welcome to
Yellowlair Oats



#161 (23.12.2020, 18:52 )
"No one knows what its like to be mistreated, to be defeated behind blue eyes"

🖤

W trakcie dłużącej się, kolejnej w tym ponurym roku izolacji prędzej czy później każdego dopadało poczucie, że dusi się w więzieniu własnych czterech ścian i musi wreszcie zmienić otoczenie. Choćby na godzinkę! By nie oszaleć od nieustannego oglądania tych samych obrazów! Melody ten moment załamania dopadł właśnie dziś, gdy kolejny dzień zapowiadał jej się dokładnie tak samo, jak kilkanaście poprzednich. Przerwa w sezonie teatralnym coraz mocniej jej doskwierała, nie tylko brakiem stałego dochodu - półetatowa pensja, standardowa dla każdego aktora na stałe powiązanego z teatrem w Newcastle, nie była wystarczająca do samodzielnego utrzymania, niemniej dziewczyna nie mogła narzekać na problemy finansowe. Żyjąc pod jednym dachem z Taehyunem i utrzymując się wspólnie, nie musieli obawiać się głodówki ani zamieszkania w kartonie po zmywarce, gdzieś pod mostem w centrum miasta. Bez dzieci, bez kredytów, tylko we dwoje i z małym psem nie potrzebowali  bardzo dużo. Lecz praca to nie były jedynie pieniądze... nie dla niej, która oddała swoje serce deskom sceny teatralnej. Chciała grać. Chciała się realizować. Chciała cieszyć się swoim zawodem. Nie odpowiadała jej ani stagnacja w domowym zaciszu, ani chwilowy pomysł władz teatru z odgrywaniem spektakli w widowiskach on-line, w których czuła się nieswojo otoczona kamerami, a za to pozbawiona standardowego kontaktu z widownią. Brakowało jej znajomych z teatru, prób... ach, próby! Ile miesięcy zmarnowali, szykując się do repertuaru, który teatr szykował na ten sezon? Sztuka, musical, ogrom pracy, nauki, ćwiczeń i nerwów odpłynęły w niepamięć, a Melody straciła już nadzieję, że kiedykolwiek zdołają zaprezentować szerokiej widowni efekty swojej pracy z ostatnich wakacji.
Musiała wyjść. Po prostu wyjść i puścić się przed siebie szybkim krokiem, wyładować nagromadzone frustracje w energicznym chodzie, bo gotowa była w akcie desperackiej furii - och, w jej przypadku ten stan mógł wywołać niewinnym impuls ze strony ukochanego! - zrobić krzywdę jemu, sobie albo zniszczyć coś wartościowego. Zwykłe spacery z psem, ograniczone do dreptania po osiedlowych dróżkach już jej nie wystarczały, więc wreszcie odważyła się wyjść daleko poza Kindly Angles, choć nie było to jej najpiękniejsze wydanie, w którym raczej rzadko ją widywano. Twarz niemalże czysta od makijażu, włosy niedbale związane w koczek  i szarobura, ale za to szalenie ciepła bluza oraz reszta garderoby... cóż! Początkowo planowała tylko spacer przed blok! Nie spodziewała się, że nogi zaprowadzą ją do parku w zupełnie innej dzielnicy.
To był jeden z tych stanów wizualnych, w których bardzo nie chce się spotkać nikogo znajomego, więc oczywiście pierwszą napotkaną osobą musiała być jej przyjaciółka! Blondynka szła przed siebie, ze wzrokiem utkwionym w przemierzanym chodniku i nagle wyrosła jej jak spod ziemi czyjaś sylwetka - prawie podskoczyła, podrywając natychmiast głowę. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie, gdy zobaczyła Carmen!
O chuj, sorry, hej... niezłe powitanie. Adekwatne do obecnych czasów - odrzekła niemal automatycznie, otrząsając się z pierwszego szoku na widok znajomej osoby, która wyrosła jak spod ziemi. - Musiałam wyjść na dłuższy spacer, bo inaczej w końcu bym zdemolowała całe mieszkanie... nie mogę już usiedzieć w czterech ścianach. A ty jak widzę... ehm... kontemplujesz sztukę?
Żartobliwy ton zamajaczył w jej głosie, gdy wspomniała wyśpiewywany przez przyjaciółkę tekst. Kawałek frazy dotarł do jej uszu, zanim prawie doszło między nimi do zderzenia. Sztuka niska, sztuka wysoka... co za różnica, kiedy potrzeba poprawiacza humoru?
Uważaj z tymi czułościami, bo wiesz, czym to grozi - dodała, z nieskrywanym rozbawieniem spuściwszy wzrok na Marilyn, która wyglądała na całą zadowoloną z zainteresowania, jakim obdarzyła ją Carmen. Kudłata suczka merdała ogonem, jakby zamierzała rozkręcić go niczym śmigło i odfrunąć, a jej drobne łapki tupały o beton chodnika, gdy przebierała nimi z ekscytacji. Ale przynajmniej nie skakała na Carmen z radości! Melody nie chciała, by psiak zostawił autografy po spacerze przez błotniste miasto, a nakręcona radością Marilyn mogła to zrobić. Teraz nie padało, ale w okresie jesienno-zimowym kałuże w całej Wielkiej Brytanii zdawały się nigdy nie wysychać.

@Carmen V. Rodríguez
#162 (03.01.2021, 20:03 )
Anger is a potent spice. A pinch wakes you up; too much dulls your senses.

Zaśmiała się ze szczerym rozbawieniem do przyjaciółki. Cóż, faktycznie, gada się ciągle o potrzebie zachowania dystansu i w ogóle, więc wesoło zakłóciła w szelką przestrzeń osobistą Melody.
 - Wiesz, że ja zawsze lubię się dopasowywać do instrukcji - rzuciła z rozbawieniem, naturalnie mówiąc to w sarkastyczny sposób. - A tak, wyszłam z pracy właśnie więc naturalnie nie brakuje mi energii, jak zawsze kiedy wychodzę z tego padołu. A zaraz wrócę na chatę to znowu będzie jak w klatce. Ja nie wiem jak ludzie na zdalnej w ogóle nadal są psychicznie sprawni, ja sama jestem już cyrkiem na kółkach... Co widać.
Bo choć lubiła ogólnie chodzić do pracy i zagadywać nieraz biednych ludzi chcących tylko zrobić sobie zakupy i mieć święty spokój, tak generalnie sama praca nie była szczytem jej marzeń, szczególnie, że również współpracownicy byli jacyś tacy... Nijacy. Jak się nie ma co się lubi to wiadomo, ale jednak jakby miała wybierać, inaczej by to sobie poukładała. Nie narzekając!
 - Oj tam, jak ma siknąć to jest i tak na dworze, a zasługuje na miłość, tak bubusiu? - ostatnie słowa skierowała do psa, zmieniając ton na słodki do porzygu. Ostatecznie jednak zaraz wstała, bo nie tylko psa cieszyła się, że spotkała, oczywiście!
 - Pewnie twoje mieszkanie jest już tak sterylne, że nawet muszki czy inne gówna odmawiają sobie wstępu, bo są przerażone.
Nie to żeby oceniała! Sama w czasie kiedy nie możnna było zbytnio wychodzić, zrobiła u siebie takie generalne porządki i czystki, że wyglądało to wszystko bardziej jak pokój w holetu niźli faktycznie zamieszkane miejsce. Teraz już było "lepiej", nie dało się w końcu nie robić bałaganu wokół siebie, ale fakt, że nigdy w życiu nie miała tak czysto. Co ta nuda robi z człowiekiem...
 - Myślę co jeszcze w ogóle mogę robić żeby się czymś zająć, może powinnam znaleźć jakieś dodatkowe hobby. Polecisz coś? Ewentualnie będziesz dostawała wkrótce spam filmów ze śmiesznymi pieskami, jakby twojego ci było za mało.
#163 (09.01.2021, 08:34 )
"No one knows what its like to be mistreated, to be defeated behind blue eyes"

Wyszła z pracy. Ta informacja przez ułamek sekundy zgrzytnęła w umyśle Melody jako delikatny dysonans poznawczy, gdyż pierwsze skojarzenie z pracą w kontekście Carmen wiązało się w jej głowie z teatrem i tańcem, a w tych kierunkach zawodowych obecnie nie było szans na znalezienie zatrudnienia... w każdym razie nie w okolicach parku w Yellowlair Oats, choć Melody podejrzewała, że światek artystyczny zamarł w całym hrabstwie i tylko w stolicy jeszcze kolebały się ociężale ostatnie taneczne i aktorskie przedsięwzięcia, na których można coś zarobić. Melody od początku pandemii siedziała w czterech ścianach i tylko wakacyjny okres rozprężenia, gdy brytyjski rząd poluzował społeczeństwu smycz, pozwolił jej nieco popracować w ukochanym zawodzie. Udało się odegrać przełożony spektakl, nad którym pracowała krótko przed wiosennym lockdownem, teatr w Newcastle zdążył podjąć decyzje o sztukach inaugurujących kolejny sezon artystyczny, ruszyły próby i... bum! Kolejny atak złośliwego wirusa zamknął dziewczynę w czterech ścianach i narastającej frustracji, z którą coraz gorzej sobie radziła. Nie szukała innej pracy, przynajmniej na razie, naiwnie wierząc, że lada moment wznowią próby. Przecież świat musi w końcu ruszyć na nowo...
- Gdzie pracujesz? - spytała z żywym zainteresowaniem, choć bez nadziei, że odpowiedź przyjaciółki wyznaczy jej jakiś nowy, szalenie pasjonujący kierunek zawodowy. Jaką pracę na szybko, w czasach lockdownu może dostać młoda dziewczyna po studiach aktorskich? Dyrektorskiej posady w obracającej milionami firmie się nie spodziewała...
Roześmiała się na jej kolejne słowa - te skierowane do niej, nie do psa, który nie posiadał się ze szczęścia na widok znajomego człowieka i jego zainteresowania. Carmen trafiła w sedno - nuda i brak sensownego zajęcia popychały do wykonywania prac domowych, jakie zwykle nie przychodziły nawet do głowy. Melody lubiła czystość i utrzymywała ją w swoich czterech ścianach regularnie, ale jej mieszkanie w obecnym stanie nie pamiętało takiej czystości od dnia ostatniego remontu. Odżyła również jej namiętność do kulinariów wszelakich i każdego dnia podejmowała kolejne wyzwania nad garnkami, próbując przeróżnych przepisów, które w przeszłości odkładała sobie na kiedyś. Cóż, owe kiedyś przyszło teraz, a jej nieszczęsny narzeczony stał się testerem przeróżnych kulinarnych eksperymentów o rodowodach z przeróżnych stron świata. Jak inaczej mogła sprawić, że dni nie zleją jej się w jedno przez podobieństwo?
- No wiesz... mogłabym ci podać obiad na podłodze i byłoby czyściej niż na talerzu w niejednej restauracji! Nie robię nic innego, tylko tańczę z odkurzaczem albo eksperymentuję w kuchni... szukam sobie zajęć na siłę, a mam wrażenie, że i tak popadam w niepokojący marazm. Zaczynam rozważać jakieś małe przemeblowanie, żeby tylko czymś się zająć - odparła, a w jej głosie wciąż dźwięczały delikatne dzwoneczki rozbawienia, ale zamarły one, gdy Melody skierowała wzrok w dół, na swojego zwierzaka, który nadal wyglądał na niezdrowo podekscytowanego spotkaniem Carmen. Marilyn lubiła ludzi, nawet za bardzo i właśnie postanowiła dać temu dowód... kudłata suczka dwukrotnie obiegła Carmen dookoła, majtając szaleńczo ogonem z nadmiaru ekscytacji i... jednocześnie owijając wokół jej łydek elastyczną smycz, na której trzymała ją Melody. - Ej, Marilyn, stop! Co ty wyprawiasz!
Pozytywem była reakcja suczki, która zatrzymała się grzecznie na polecenie właścicieli, gdy Melody przykucnęła pospiesznie, rzucając się przyjaciółce na ratunek. Negatywem... cała ta sytuacja! Melody poczęła pospiesznie rozwijać smycz, którą psinka zaplątała wokół nóg Carmen. Pięknie, piesku, wiesz, jak skompromitować swoją panią!
- Przepraszam cię za nią! Wystarczy ją spuścić z oka na minutę... jeśli szukasz dodatkowego zajęcia, to mogę ci na kilka dni opchnąć tego potworka. Nie braknie ci zajęć i nerwów - dodała, na wpół żartobliwie, na wpół z rozdrażnieniem, choć nie mogła winić psa za radość na widok ludzi. Nie żałowała, że Marilyn jest towarzyska, choć czasem bywało to uciążliwe - wolała śmiałego pupila od bojaźliwego szczurka na sterydach, który ucieka przed własnym cieniem.

@Carmen V. Rodríguez
#164 (25.01.2021, 23:45 )
Anger is a potent spice. A pinch wakes you up; too much dulls your senses.

Cóż, absolutnie to nie było spełnieniem marzeń Carmen, ale była ekstrawertyczką, nie wysiedziałaby w domu. Dostałaby pierdolca w tydzień, a co dopiero miesiąc i więcej? Nie ma mowy! Biegać nie mogła, bo w maseczce by się udusiła, imprez nie było, wydarzeń kulturalnych oczywiście też... Beznadzieja.
 - A tam, w spożywczaku ASDA - rzuciła, zbywając ją lekkim machnięciem ręki. - Nic nie ma wspólnego z moją ambicją czy czymkolwiek w sumie, ale muszę coś robić, bo oszaleję. A wiesz, tam widzisz ludzi, idzie zagadać, aktualnie robić cokolwiek. Chyba tylko dlatego jeszcze nie zwariowałam.
Zaśmiała się lekko, wzruszając przy tym ramionami. Dopiero teraz zaczęła zwijać kabelek słuchawek wokół telefonu, bo majtały jej się niewygodnie zahaczone o przewieszony przez szyję cienki szaliczek. Wrzuciła telefon do torebki, nie znajdzie go pewnie już nigdy.
 - No wiesz, mogłabyś chociaż przysłać mi pocztą jakiś przysmak. Albo zostawić przed wejściem, chętnie wyjdę żeby motor sąsiada nie urwał mi łba.
To nie tak, że go nie lubiła, ale to cholerstwo, choć seksowne, było tak pioruńsko głośne! Nie znosiła tego. Człowiek chce sobie pospać z rana, a nie może, bo ktoś mu pierdzi pod oknem jakimś żelastwem. Sexy wieczorem, z rana wyrok do wykonania od zaraz.
Zanim jednak dalej zdążyła skomentować, piesek zaczął skakać na jej piszczele wesoło, domagając się pieszczot. Carmen z otwartą buzią, jednak żadnym dalej wypowiedzianym słowem, spuściła wzrok by uśmiechnąć się chwilę po tym szeroko z zachwytem. No pobrudził jej może piesek troszkę spodnie, ale nie było widać, a dla miłości psiej mogłaby się i w błocie wytarzać! Wolałaby nie, ale mogłaby!
 - Aww, to nic, ja taką mordkę słodką to mogę spokojnie przyjąć na klatę. Gdyby nie limitowany stan konta bankowego, pewnie miałabym swojego. Tak, puszku okruszku? No tak!
Zacmokała, schylając się żeby jeszcze raz potarmosić małe zwierzątko, w którym była zakochana. To się nazywa psiara, nie ma co.
 - W ogóle jakbyś się nudziła i nie bała, że cię zabiję czy coś, to możesz wpaść do mnie w weekend, napijemy się winka, jakby kto pytał to jestem twoją siostrą i mieszkamy razem, wiadomo. - Uśmiechnęła się do przyjaciółki, prostując się. - Mogę spróbować nie śpiewać, obiecam jeśli wpadniesz.
#165 (15.02.2021, 03:13 )
"No one knows what its like to be mistreated, to be defeated behind blue eyes"

Obecna sytuacja była trudna nawet dla Melody, która z coraz większym bólem psychicznym zmuszała się do wysiedzenia w czterech ścianach, ograniczenia aktywności do spacerów z psami, a przyjaciół najczęściej widziała na ekranie komputera podczas wideorozmów... kiedy ostatnio widziała kogoś na żywo? Jak dawno temu zdołała urządzić sobie wypad z kimś gdziekolwiek? Carmen była pierwszą od miesięcy spotkaną na żywo osobą z grona jej przyjaciół i gdy Melody zdała sobie z tego sprawę, ta świadomość uderzyła ją z mocą niszczycielskiego huraganu. Jak długo jeszcze ich życie będzie tak ograniczane przez szaleństwo świata?
- Lepsze to niż nic... z miłą panią przy kasie też da się chwilę pogadać i chociaż trochę zaspokoić potrzebę kontaktu z ludźmi. Może też powinnam pomyśleć o jakiejś tymczasowej pracy... - odrzekła, choć nie była przekonana do sadzania tyłka za sklepową ladą, biegania po mieście w roli kuriera czy jakiegokolwiek innego zajęcia, które wymagało stawienia się w miejscu pracy o konkretnej godzinie i grzecznego przepracowania ośmiu godzin. W swoim zawodzie ceniła sobie pewną namiastkę wolności, której nie sposób poszukiwać na standardowym etacie. Lubiła próby, które rzadko odbywały się bladym świtem, tę odrobinę niezorganizowania, a przede wszystkim - czas wolny, którego mogła wyłuskać z codziennego harmonogramu znacznie więcej niż podczas zwyczajnych pięciu dni pracy. Jak po latach funkcjonowania w swoim własnym, indywidualnym trybie miała przestawić się i tak po prostu... wstawać z rana od poniedziałku do piątku i chodzić do pracy? Cholera!
Sposób, w jaki Carmen zwracała się do jej psiaka, był tak uroczy, że uśmiech sam wymalował się na pełnych ustach blondynki. Carmen była wspaniała dziewczyną, nieco zwariowaną, czasem aż zbyt spontaniczną, ale jej pogoda ducha i miłość do takich małych, kudłatych stworzonek mogła skraść serce. To ten typ człowieka, którego zwyczajnie nie da się nie lubić, roztacza wokół siebie zbyt wiele słońca, by przejść obojętnie obok jego promieni!
- A wiesz, że z tym jedzeniem to nie jest zły pomysł? Mogę wpadać do ciebie z pudełkiem dobrego żarcia. Nie będziesz musiała gotować, a ja przynajmniej będe miała pretekst, żeby gdzieś wyjść... ruszyć się z domu - stwierdziła i wcale nie żartowała - spacer do innej dzielnicy, z własnoręcznie ugotowanym obiadem czy upieczonym deserem mógł wnieść choć odrobinę urozmaicenia w jakże monotonne ostatnimi czasy życie blondynki. Potrzebowała przerwać tę ponurą, domową rutynę, wyjść z więzienia czterech ścian... ileż można żyć jak kura domowa! Za to kolejna propozycja przyjaciółki sprawiła, że jeszcze szerszy uśmiech ozdobił twarz blondynki i ożywiła się wyraźnie. - Babski wieczór, winko i ploty! O tak, ty wiesz, czego mi trzeba!
Oczywiście, że zamierzała skorzystać z zaproszenia! W najlepszym wypadku we dwie uda im się wygadać i odprężyć, w najgorszym - połączą swoje frustracje z alkoholem i razem kogoś zabiją. Lub zaczną śpiewać.

@Carmen V. Rodríguez
#166 (18.03.2021, 22:07 )
Anger is a potent spice. A pinch wakes you up; too much dulls your senses.

Carmen pokiwała dynamicznie głową z uśmiechem, podłapując naturalnie temat. Była w humorze na rozmowy, szczególnie kiedy dałaby się posiekać za trochę rozmów czy czasu spędzonego z kimś znajomym, przyjaciółką, a nie z przypadkową osobą, która przyszła do sklepu i chciała tylko kupić bułki, a została zagadana na śmierć i nigdy więcej nie wróci do tego sklepu.
 - No pewnie, i to powiem ci, że nieraz wrócę taka zjebana do domu, że masakra. Szczególnie jak jestem na... W sumie wszędzie dużo się nagadam z przechodniami, nie wszyscy chcą gadać, ale jebać, jak chcą wiedzieć gdzie jest mąka czy coś, muszą nie dzikować i porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Ja nie wiem, wszyscy ze słuchawkami chodzą i w dupie mają, nie rozumiem, nie dość, że w domach wszyscy siedzimy i do ścian gadamy? Ja nie oczekuję, że ktoś będzie moim przyjacielem od razu, mam ciebie, ja tylko chcę lekkiej pogawędki czy coś. A wszyscy nagle zrobili się dzikusami, z jaskiń powychodzili i są w szoku jak ktoś do nich mówi. Eh, może dlatego teraz ciągle jestem na kasie.
No... Właśnie. Podsumowując, Carmen bardzo chciała rozmawiać, ale tylko ona. Rzadko odwzajemniano tą chęć i bywało, że bywalcy sklepu celowo udawali, że jej nie widzą, żeby przypadkiem nie zaczęła paplać. Nie była chyba AŻ TAK upierdliwa? Nie była wścibska ani nic, ale nie wszyscy po prostu życzą sobie integracji z pracownikiem sklepu gdy chcą tylko zrobić zakupy i wrócić do domu. Nawet jeśli obecnie spędzają w nim większość czasu.
Nie wiedziała co dokładnie myśli o niej Melody. Przyjaźniły się więc w oczywisty sposób miała najpewniej o niej dobre mniemanie, ale jakby usłyszała podobne opinie czy sformułowania skierowane ku niej, nie tylko by się bardzo zawstydziła, ale i zwlekała ze zgodą. Nie uważała siebie za dość dobrą czy pozytywną, może to kwestia bardzo wysokich oczekiwań wobec siebie, a może myśli, że zawsze da się być lepszym. Niekoniecznie przy tym potrafiła być lepsza, cokolwiek to by w jej rozumieniu nie znaczyło.
Ale i tak miło! By było.
 - Stara, no totalnie zajebisty pomysł. Nie rozumiem czemu dopiero teraz o tym pomyślałyśmy! - Zaśmiała się, klasnąwszy w dłonie lekko w geście zachwytu. - Jakby, wcale nie pracuję jakoś dużo więc kiedykolwiek jak coś to pisz, dzwoń, psa wyślij i jak będę w domu to wpadaj. Też mam raczej zawsze czysto więc nawet nie zastaniesz mnie w niezręcznym środowisku. - Zaśmiała się znowu lekko, serdecznie. - A w tą sobotę czy piątek to w sumie jak masz czas, ja będę, nawet mam zapasy wina i planowałam zrobić pizzę. Taką bez szału, oczywiście, i możliwe, że będzie mordować, ale wezmę pierwszy kęs, jak coś to będziesz wiedziała.
#167 (08.04.2021, 00:15 )
"No one knows what its like to be mistreated, to be defeated behind blue eyes"

Carmen znów się rozgadała, ale Melody w niej to lubiła. Lubiła gadatliwość przyjaciółki. Ceniła sobie w ich spotkaniach, że czasem może po prostu pomilczeć i posłuchać, a energia, pogoda ducha i sposób, w jaki Carmen o wszystkim opowiadała - zaangażowanie, poczucie humoru, czasem jakieś ubarwione wulgaryzmem, acz zabawne porównanie - doskonale działały na jej nastrój. Z tą dziewczyną zawsze było dużo śmiechu i nawet problemy, przed jakimi stawiało je życie, jak choćby obecna dramatyczna sytuacja zawodowa aktorów, w jej towarzystwie jakby traciły nieco swej straszności. Dziś, gdy blondynka wybyła z domu nabuzowana wręcz nadmiarem złości i energii, która wzbierała i wzbierała przez zamknięcie w więzieniu własnych czterech ścian, spotkanie właśnie Carmen było najlepszym, co mogło jej się przytrafić. Czuła wręcz, jak z każdą chwilą jej zły nastrój umyka, a na usta uśmiech pcha się samoczynnie. Tego potrzebowała! Zwykle dobrze czuła się w swoim mieszkaniu, uwielbiała w obecnej sytuacji zawodowej mnóstwo wolnego czasu, który mogła poświęcić Taehyunowi. Ale siedzenie nieustannie w tym samym miejscu, nawet z ukochanym człowiekiem, z czasem zaczyna ciążyć i dobijać. Taehyun tego nie rozumiał. Miał kontrakty zawodowe, które nie wygasły mimo pandemii, raz na jakiś czas znikał na tydzień czy dwa w Londynie na próby i nagrania - a ona zostawała sama ze sobą i tysiącem myśli, coraz czarniejszych. Potrzebowała wyjść i zobaczyć znajomą, przyjacielską twarz, której bardzo jej brakowało podczas lockdownu. I cholernie potrzebowała tego babskiego wieczoru!
- No tak. Ludzie boją się teraz rozmawiać z drugim człowiekiem, jakby sama wymiana paru zdań miała ich zarazić. To już paranoja... chodzimy uzbrojeni w maseczki, gumowe rękawiczki, zachowujemy odległość, a niektórzy nadal zachowują się jak spłoszone sarenki - westchnęła, ale zaraz po tym zaśmiała się cicho, przypominając sobie niedawne zdarzenie ze spaceru z psem. Sama była świadkiem, jak ludzie na widok drugiego człowieka przechodzili na drugą stronę ulicy, byle tylko się z nim nie minąć... to był ponury, apokaliptyczny wręcz obraz, ale Melody starała się dopatrzeć w nim czegoś zabawnego. Co innego mogła robić? Umartwiać się takimi obrazami? - Przypomniało mi się, jak niedawno byliśmy na spacerze z Marilyn i chcieliśmy się przywitać z sąsiadami... ot, zwykłe kulturalne "dzień dobry". Gdy na nas spojrzeli, zwiali na drugą stronę ulicy, drąc się, żeby się do nich nie zbliżać. Ludzi kompletnie powaliło, naprawdę.
Perspektywa spotkania w najbliższy weekend? To brzmiało wspaniale! Jeśli dogadają się co do czasu, pewne będzie, że Melody zacznie odliczać dni i godziny do momentu, w którym zapuka do drzwi Carmen!
- Teraz to ja mam tyle wolnego czasu, że mogę wpaść o każdej porze dnia i nocy. Także jeśli piątek albo sobota ci pasują, ja się piszę! Ewentualnie możemy zacząć w piątek i pobalować do soboty - stwierdziła, ostatnie zdanie dodając z lekkim przymrużeniem oka... ale właściwie, czemu nie?!

@Carmen V. Rodríguez





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości