welcome to
Yellowlair Oats



#1 (22.11.2018, 02:56 )


#2 (12.12.2020, 23:16 )
What we're doing here ain't just scary,
it's about to be legendary

#4 + outfit

Wiedział, że wybierając to miejsce narazi się na narzekanie, przewracanie oczami i ponure pomruki Beale'a. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego towarzysz nie będzie zadowolony z wyboru miejsca, a jakże! Lawrence od kilku miesięcy, odkąd regularnie w wolnych chwilach zaczął wracać do Wielkiej Brytanii, spędzał mnóstwo czasu z kompozytorem, którego podesłała mu wytwórnia i czy tego chcieli czy nie, musieli znosić swoje towarzystwo. Brunet czuł się czasem jak z niańką, która pilnuje go na każdym kroku, ale nie narzekał. Mimo że Beale miał swoje humory i czasem ciężko szło nawiązanie z nim dialogu, nie był zbyt surową niańką z wytwórni, raczej kojarzył się z taką wyluzowaną opiekunką, która pozwala dzieciakowi wsunąć parę cukierków, gdy rodzice normalnie zabraniają jedzenia słodyczy. Nie mógł mieć pretensji, że poruszyli swojego współpracownika z Wysp Brytyjskich, aby pilnował jednego z ich artystów. Lawrence był zbyt cenny, żeby pozwolili mu zaszyć się na jakiejś angielskiej wsi, zanim wygaśnie jego kontrakt z wytwórnią, więc musieli mieć nad nim jakąś kontrolę, zaś on zupełnie niepotrzebnie dał im do zrozumienia, że ma ochotę na ucieczkę. Tyle że poziom jego frustracji zaczął osiągać takie wyżyny, że musiał wydostać się z dusznego koreańskiego dormu i zmienić otoczenie. Usłyszeć ukochany angielski. Zobaczyć znajome brytyjskie zabudowania. Popatrzeć na samochody, które jeździły w odwrotnym kierunku niż w reszcie świata. Po wieloletnim pobycie w Korei Anglia wydawała się dziwna, jakby działała na opak, ale Lawrence kochał to dziwactwo i musiał zacząć w nie uciekać, żeby nie zwariować przez swoją karierę artystyczną. Osiągnął marzenia, ale... jakim kosztem?
Powroty do Anglii wiązały się z zobaczeniem ukochanych przyjaciół. Wreszcie po latach Lawrence mógł nacieszyć się towarzystwem Sinead, Jamesa, Rosie oraz odwiedzić rodzinę, z którą pozostał jednak w raczej luźnych kontaktach. Przyjeżdżał do Yellowlair Oats po każdym powrocie i czasem zostawał w mieszkaniu Sinead, nieraz w okazałej willi Jamesa, a czasami zatrzymywał się właśnie u Beale'a, w którego mieszkanku, takim niedużym oraz zdziwaczałym od komunistycznych symboli czuł się o dziwo bardzo dobrze. Zaskakująco dobrze! Lubił spędzać noce na kanapie w salonie, nawet jeżeli to wiązało się z czuciem na sobie wzroku dynastii Kimów, która patrzyła na niego ze ściennych obrazów. Czasem czuł się z tym tak nieswojo, że musiał odwracać obrazy przodem do ściany, ale lubił to miejsce. Uwielbiał dwa gigantyczne, kudłate kociska, które wlepiały w niego swoje błękitne oczka i pomrukami dopraszały się czułości. Przepadał za specjałami z angielskiej i koreańskiej kuchni, które zawsze znajdował w kuchni dzięki talentom kulinarnym gospodarza. Ale najbardziej lubił towarzystwo tego aspołecznego dziwaka, który chował się pod kołdrą, czytał książki zapisane cyrylicą, popijał rude trunki i potrafił przez cały dzień odezwać się tylko trzy razy. Był ekscentrykiem z rodzaju tych, którzy fascynują niebanalnością. Zainteresowanie pobudzał małomównością, bo mimo że w ciągu paru miesięcy Lawrence spędził w jego mieszkaniu już trochę czasu, nadal wiedział o Beale'u bardzo niewiele. Pytał znajomych z wytwórni albo muzyków z Anglii, którzy kojarzyli go jako producenta muzycznego lub kompozytora i głównie od nich wyciągał jakieś informacje o tym uroczym chłopaku. Właśnie, uroczym! Beale mógł intrygować swoją osobowością, ale także zachwycał urodą, która przyciągała Lawrence'a. Już dowiedział się z muzycznego środowiska, że ma do czynienia z biseksualistą, a może nawet homoseksualistą, ale o dziwo nic do tej pory się między nimi nie wydarzyło. A może Lawrence za mało próbował albo... nie był dla niego atrakcyjny?
Rzadko udawało mu się wyciągnąć Beale'a z domu, a odkąd wrócił do Anglii po ostatnim lockdownie, chłopak nie wychylił nosa z mieszkania ani razu i to jego wysyłał na zakupy. Lawrence uznał to w końcu za tak niezdrowe, że prawie siłą wyciągnął go z łóżka i wybłagał, żeby zrobili sobie krótki wypad za miasto. Okoliczności przyrody nawet sprzyjały, bo grudzień okazał się w tym roku typowo angielski: padało sporo deszczu, a temperatury oscylowały na przyjemnym poziomie pod warunkiem założenia ciepłej kurtki, więc pogoda nadawała się na wyjazd poza granice Yellowlair. Tyle słyszał o urokliwych zielonych okolicach tego miasta! W grudniu nie były tak malownicze jak wiosną lub latem, ale czemu miał chociaż raz nie zmienić otoczenia zimą? Dość miał widoku blokowiska na Kindly Angles.
- Ale tylko na chwilę! Obiecuję, że niedługo wrócimy do domu! - zapowiedział, gdy zatrzymywał samochód na parkingu tuż przy plaży. Dobrze, że uparł się, by usiąść za kierownicą. Oficjalnie argumentował to faktem, że Beale rano napił się whisky, ale tak naprawdę dobrze wiedział, że gdyby to on prowadził, w życiu by nie skręcił w stronę plaży. Pewnie nigdzie by nie skręcił, tylko objechał okolice miasta, żeby Lawrence popatrzył na nie przez szybę i wróciłby do domu... - Prawie od dziesięciu lat nie widziałem angielskiego wybrzeża!
Gdy silnik Mustanga zamilkł, a Lawrence zaciągnął hamulec ręczny, wysiadł z samochodu, obszedł go dookoła i otworzył na oścież drzwi od strony pasażera. Złapał Beale'a za rękaw w okolicy ramienia i mocno pociągnął.
- Wyłaź, klucho!
Wcale się nie zdziwił, że spotkał się z oporem.

@Beale Seoh
sometimes you pick me up,
sometimes you leave me weak...

...but I'll take what I can get,
 'cause baby I love what you're doing to me
#3 (08.01.2021, 09:08 )
Crawling to my glass prison, a place where no one knows. My secret lonely world begins.

🖤

Zimno, ponuro, wstrętnie. W taką pogodę normalni ludzie siedzą w czterech ścianach, skryci pod ciepłym kocykiem, z filiżanką rozgrzewającej herbaty i nad ulubionym zajęciem relaksacyjnym. Normalnym ludziom nie przychodzi do głowy, by w takich warunkach atmosferycznych wyściubiać nos za drzwi komfortowego, bezpiecznego domostwa i rzucać się w ofierze lodowatym wietrzyskom, angielskim grudniowym deszczom i wodno-lodowej ślizgawce, która czyni przejażdżkę samochodem karkołomnym wyzwaniem dla niedoświadczonych kierowców. Beale też chciał być normalny tego dnia. Zamierzał spędzić popołudnie w ciepłym, mieszkanku, pod grubym, miękkim kocem i z ukochaną koteczką, która niczym mięciutki grzejniczek rozgrzewa kolana. Planował zagłębić się w lekturze, tonąc w korowodach liter zwanych imieniem świętego Cyryla i cieszyć kubki smakowe cierpkim aromatem herbaty, rozpalonej dolewką spirytusowego prądu. Nie chciał od dzisiejszego dnia niczego więcej. Od jutrzejszego zresztą też nie. Ani od kolejnych. Bo czego więcej potrzeba do szczęścia w ponure grudniowe popołudnie, gdy dzień szybko chyli się ku końcowi, a oziębłe w zimowej grozie ulice pustoszeją przedwcześnie?
Niestety - nie wszyscy byli normalni i dbali o swój komfort zimą. Beale przez okienne szyby swego ciepłego zakątka mógł obserwować szaleńców, którzy z własnej woli wychodzili na spacery i przemierzali dziarskim krokiem blokowisko w Kindly Angles. Niektórzy pewnie trącili normalnością, a wynurzyli się z ciepła domowych pieleszy z konieczności. Praca, zakupy, załatwienie istotnych spraw życia codziennego... pogoda ani pandemia nie były dobrą wymówką, by migać się od obowiązków dorosłości, a w każdym razie nie zawsze. Lecz co powiedzieć o człowieku, który w taką pogodę z własnej woli rzuca się we wczesnozimową słotę, bo ma ochotę - o zgrozo! - pospacerować i obejrzeć sobie okolice miasta? A cóż tu jest do oglądania, gdy grudzień skuł roślinnośc mrozem, odzierając z kołderki zieleni, a popołudniowy półmrok nie pozwala oczom pochwycić choćby połowy szczegółów z otoczenia? Lawrence niestety okazał się tym nienormalnym, który nie chciał siedzieć w cieple i oddawać się lenistwu grudniowego popołudnia i wieczoru. Po kilku dniach namów, próśb, gróźb i szantaży emocjonalnych zmusił Beale'a do wyjścia z domu po raz pierwszy od... och! Tygodnia! Ostatnim razem, kiedy wytoczył się sennie ze swej pieczary, leniwy Koreańczyk pojechał na lotnisko w Newcastle, by odebrać z niego Lawrence'a. Zahaczyli wtedy o market, by zrobić duże zakupy i Beale nigdzie więcej nie wychodził. Patrzył tylko, jak pomieszkujący u niego wokalista znika za drzwiami wejściowymi lub pojawia się w nich na ponów, spędziwszy czas z angielskimi przyjaciółmi, a sam zakopywał się coraz głębiej w cieple koca i dziwacznym świecie swoich historyczno-politycznych pasji. Pochłaniał kolejne książki, pił i spał, a odmienność od tych zajęć ograniczał do popołudni spędzanych w kuchni, gdy czarował całe mieszkanie - i zapewne klatkę schodową - apetycznymi woniami przyrządzanych potraw. Nie potrzebował do szczęścia niczego więcej, a już na pewno nie miał ochoty wychodzić z własnej woli na grudniowy chłód!
Lawrence niestety nie dał za wygraną i w końcu jego wiercenie dziury w brzuchu odniosło skutek. Beale pozwolił wyciągnąc się z mieszkania, posadzić na miejscu pasażera we własnym samochodzie i wywieźć za miasto. Nie planował jednak wychodzić z auta. Rozsiadł się wygodnie jako pasażer i patrzył przez okno na mijane okolice, które rozmywały się w pędzie Mustanga prowadzonego przez towarzysza. Obserwatorem zamierzał pozostać również, gdy Lawrence dotrze do celu swych poszukiwań i uda się na upragniony spacer. Nie oponował więc, kiedy Byun zaparkował przy opustoszałej w grudniu plaży i na jego obietnice zareagował milczeniem i wyrazem twarzy godnym zatwardziałego stoika. Szerokiej drogi, piękny!
Protestować zaczął dopiero, kiedy Lawrence otworzył drzwi i spróbował wyciągnąć go z samochodu. Grudniowy chłód wdarł się do auta i przeszył ciało pianisty nieprzyjemnym dreszczem, na co ten skulił się nieco w swym fotelu, by Lawrence nie wywlókł go łatwo z auta.
- Nie wyjdę! Nie chcę! Taplaj się w tym piasku sam! - prychnął, odchylając ciało w stronę wnętrza samochodu i napinając mięśnie, żeby zaprzeć się przy swoim całą siłą i ciężarem ciała.

@Lawrence Byun


#4 (23.01.2021, 21:22 )
What we're doing here ain't just scary,
it's about to be legendary

Beale go czasami załamywał. Czasami? Wróć! Każdego dnia spędzonego w jego mieszkaniu przynajmniej raz Lawrence'owi opadały ręce, kiedy patrzył na tego leniwego kluska i uświadamiał sobie, w jaki sposób on żyje. Na Boga, jak długo można leżeć w bezruchu i patrzeć w telewizor, wisieć nad książką lub po prostu spać czy gapić się bezmyślnie w ścianę? Czasem obserwowanie go podsuwało Lawrence'owi myśl, że tamten błysk w oku Beale'a, który zobaczył podczas ich pierwszej rozmowy nie był tylko przypadkiem. Byun wyczytał wtedy z mrocznych i pozornie pustych tęczówek urokliwego Północnego więcej niż Beale prawdopodobnie chciał i czasem zastanawiał się, czy czegoś sobie nie dopowiedział, czy nie nadinterpretował znaczenia tego nietypowego dialogu bezsłownego, w który wdali się wówczas w hotelowej restauracji. Miał wrażenie, że te oczy prosiły o pomoc. Tkwiło w nich coś bardzo boleściwego, ciężkiego, co kryło się na dnie serca Beale'a i prosiło, żeby wydostać to na zewnątrz, stoczyć z tym walkę, żeby uwolnić duszę nieszczęsnego muzyka od... właśnie, czego? 
Lawrence jeszcze tego nie wiedział. Ale coś z nim było nie tak. Jego tryb życia, zamknięcie na ludzi, apatyczne zachowanie, milczenie dawały wiele do myślenia. Czy miał do czynienia z osobą pogrążoną w depresji? Ach, no i ten alkohol... Beale pił dużo. Odkąd otworzył oczy późnym popołudniem, aż zamknął je nad ranem. To nie było picie dla schlania się do nieprzytomności, tylko spokojne popijanie od czasu do czasu. Jakby dla podtrzymania odrobiny procentów we krwi... ale było i bardzo niepokoiło. Beale żył jak odludek, choć wcale nie był dzikusem. Potrafił zachować się wśród ludzi, być miły i zarażać urokiem osobistym. Albo to tylko Lawrence miał takie wrażenie i oceniał go zbyt pozytywnie? Pomieszkując o niego, zauważał nie tylko niepokojące zachowanie znajomego, ale także swoją słabość do niego, która wydawała się pogłębiać z dnia na dzień. Z każdym kontaktem... dziw, że jeszcze nic się między nimi nie wydarzyło, choć mieli ku temu sporo okazji, a Beale już podczas ich pierwszego spotkania dał mu do zrozumienia, że jest nim zainteresowany w erotyczny sposób. Nie powiedział wprost, ale aluzja była oczywista...
Miewał wrażenie, że nie powinien u niego mieszkać, bo ten zblazowany dzikus tylko wpłynie negatywnie na jego i tak nadszarpniętą psychikę, ale nie umiał się oderwać od niego i coraz częściej podczas przyjazdów do Anglii pomieszkiwał właśnie u niego, nie u Jamesa, który miał tak dużo miejsca, że Lawrence'a domownicy nawet nie zauważali, ani nie u Sinead, gdzie siedzieli we trójkę z Rosie i czuli się w swoim przyjacielskim towarzystwie wspaniale. Zamiast wybrać swojego "brata" lub "siostry"... wybierał Beale'a. Pogrązonego w alkoholizmie ponuraka, który nie chciał wychylać nosa spod ciepłego koca i w ciągu dnia potrafił wypowiedzieć tylko trzy zdania, a do tego wszystkiego był najzwyklejszą wtyką wytwórni i zapewne donosił CEO o każdym ruchu Lawrence'a. Czy on upadł na głowę?
Tak bardzo nie mógł patrzeć na życiową bierność Beale'a, że zmusił go w końcu do wyjścia z domu. Nie dał się jego boleściwej minie, tylko wpakował go do auta i po prostu pojechał za miasto, by wyciągnąć go na spacer... ale takiego buntu na miejscu się nie spodziewał! Co nie znaczy, że leniwemu miśkowi udało się wziąć go z zaskoczenia i przeforsować swoje lenistwo, bo Lawrence wciąż miał siły do walki z tym uparciuchem!
- Nie! - podniósł nieco głos, ale nie krzyczał na Beale'a, tylko dodał sobie stanowczości. - Idziesz ze mną!
Ciągnięcie za rękaw nic nie dawało, gdy Beale tak mocno zapierał się całym ciałem, więc schylił się i zanurzył głowę we wnętrzu samochodu, a odchylone ku skrzyni biegów ciało blondyna silnym chwytem objął oboma rękami i wpijając w niego mocno palce zaczął go ciągnąć w swoją stronę. Wyciągnie go i koniec! Chwila szamotania się z nim i Lawrence nagle uzmysłowił sobie, że... znaleźli się bardzo blisko siebie. Beale wręcz znalazł się w jego ramionach, a kiedy Byun podniósł wzrok na jego twarz, czarne jak noc tęczówki muzyka znalazły się tuż przed jego własnymi. Po raz pierwszy fizycznie tak blisko... serce szybciej mu zabiło, zaś ciało skąpała fala miłego ciepła. Chciał coś powiedzieć, ale uzmysłowiwszy sobie tą bliskość zaciął się na ułamek sekundy i wydał z ust pojedynczą, urwaną sylabę. Patrzył na uroczą twarz Beale'a w milczeniu i te sekundy ciągnęły się jak minuty, zanim znów się odezwał, ale teraz jego głos brzmiał inaczej. Zupełnie inaczej. 
- Proszę... chodźmy na krótki spacer. - To było ciche, lekko zawstydzone i łagodne. Była nutka dziecinnego wiercenia dziury w brzuchu, ale także bardzo dojrzałego ciepła, które zdziwiło samego autora tych słów.  

@Beale Seoh
sometimes you pick me up,
sometimes you leave me weak...

...but I'll take what I can get,
 'cause baby I love what you're doing to me
#5 (13.02.2021, 02:23 )
Crawling to my glass prison, a place where no one knows. My secret lonely world begins.

Po cóż mu wychodzenie z domu? Mieszanie się z szaroburą masą pospólstwa, wcale nie mniej ponurą i zamkniętą we własnym świecie niż on sam? Ryzykowanie zakażeniem tym nieszczęsnym wirusem tylko po to, by odetchnąć powietrzem tylko pozornie świeżym - a w rzeczywistości rojącym się od zanieczyszczeń z samochodowych rur wydechowych i kominów domków jednorodzinnych? Beale nie potrzebował do szczęścia ani zimowego oddechu spalinowej śmierci, ani widoku ponurych twarzy, skrytych pod nieświeżymi, rojącymi się od zarazków maseczkami. Nie chciał i nie czuł potrzeby wtapiania się w ludzki tłum, który nie dawał mu niczego poza poczuciem zagubienia i alienacji. Istnieją osoby, które wychodząc do wielkiego świata i zatapiając się w tłumie odczuwają przyjemną przynależność do grupy, dają się zwieść wrażeniu, że nie są sami, że coś dzieje się wokół nich i mają do kogo otworzyć usta. Beale zaś, patrząc na sunących flegmatycznie po chodnikach lub spieszących do swych spraw Anglików, czuł się tylko coraz bardziej obco. Coraz mocniej nie na miejscu. Żył w kraju, który przyjął go z otwartymi ramionami, tu się wychował i wszedł w dorosłość, ale nie czuł, że jest w domu. Wszędzie, gdziekolwiek się udał, ciągnęło się za nim poczucie alienacji i niezrozumienia, które potęgowało się w otoczeniu dużych ludzkich grup. Przebywanie wśród ludzi wyżymało go z sił społecznych, które później długo musiał regenerować w samotności. Kontakty z Lawrencem czy kilkoma znajomymi, z którymi trzymał się poza pracą, w zupełności wystarczały mu do szczęścia. Dlaczego on nie chciał tego zrozumieć?
Beale mógł tylko cieszyć się, że Byun postanowił wywieźć go nad morze, które o obecnej porze roku nie było zaludnione, co nie zmieniało faktu, iż wolałby pozostać w ciepłym mieszkaniu, pod ulubionym kocykiem i spędzać wieczór na czytaniu książek. Takie popołudnia i wieczory stanowiły jego rutynę, odkąd wybuchła pandemia, Lawrence zaś stał się niszczycielem, który wpadł w to poukładane życie i poprzestawiał je do góry nogami swoją obecnością. W mieszkaniu już nie odpowiadała cisza - ewentualnie miauknięcia kocich towarzyszy Koreańczyka. Znalazł się żywy człowiek, najprawdziwszy, z krwi i kości, który przerywał wiercącą w uszach ciszę, zajmował sobą uwagę i... choć czasem denerwował, to jego obecność zaskakująco cieszyła Beale'a. Lubił, gdy Lawrence u niego pomieszkiwał. Uwielbiał przekomarzać się z nim, podszczypywać złośliwościami, które nigdy nie wychodziły poza ramy przyjacielskich, życzliwych żarcików... szczerą radość sprawiał mu widok jego uśmiechu, a jego wspaniały, ciepły baryton dźwięczał w uszach pianisty jak najpiękniejsza melodia. Gdy wyjeżdzał, wzrok Beale'a zdawał się ślepnąć na kolory, jego powroty zaś wprowadzały tyle barw, że wirowało mu od nich w głowie! Cóż tak niezwykłego miał w sobie ten piękny wokalista, że działał na niego z taką magią?
Zadziałał również i teraz. Beale nie przewidział, że chłopak spróbuje w taki sposób wyciągnąć go z samochodu siłą, więc zaparł się tylko mocno i odchylił w stronę skrzyni biegów, by być jak najdalej od drzwi... poczuł, że Lawrence znalazł się tuż obok, że oplotły go męskie ręce i...
I wtedy popełnił błąd.
Odwrócił ku niemu głowę. Jego oczom ukazał się Lawrence, blisko, tak cholernie blisko... za blisko! Całe zawzięcie w ułamku sekundy ulotniło się z jego ciała, które rozluźniło się bezwiednie, poddając przeciwnikowi. Spojrzenie Beale'a trwało utkwione w dużych oczach Lawrence'a, a jego autor nie potrafił odwrócić wzroku, tonąc w hipnozie tych ciemnych, a zarazem ciepłych tęczówek, których nigdy wcześniej nie miał okazji podziwiać z tak bliskiej odległości. Serce zawtórowało sercu Byuna w przyspieszonym rytmie, ciało zaś zalała przyjemna fala ciepłej ekscytacji, której Beale nie potrafił wyjaśnić. Nie umiał zrozumieć, dlaczego Lawrence zadziałał na niego w taki sposób, dlaczego sparaliżował go swoją bliskością, onieśmielił i zniewolił w swych ramionach!
- D...dobrze - wydusił z siebie, odtwarzając w wyobraźni brzmienie głosu Lawrence'a, by utrwalić je i móc w przyszłości, gnijąc w domowych pieleszach odtwarzać w nieskończoność. Zabrzmiał tak szczególnie... tak inaczej! Nie potrafił oprzeć się ani tym słowo, tam niezwykle wypowiedzianym, ani magicznej bliskości przepięknego towarzysza. Poczuł nieprzeparte pragnienie skorzystania z tej chwili, wykorzystania bliskości. Tak niewiele dzieliło ich usta, wystarczyłby jeden delikatny ruch, by złączyć je ze swoimi w słodkim pocałunku...
Serce przyspieszyło jeszcze mocniej na tę myśl, spojrzenie utkwione w oczach Lawrence'a zdawało się błagać, by to zrobił, ale Beale nie drgnął choćby o milimetr. Zaraz... czy on się onieśmielił?!

@Lawrence Byun

[Obrazek: 1zKEy7]


#6 (24.02.2021, 20:11 )
What we're doing here ain't just scary,
it's about to be legendary

Mógł przewidzieć, że może między nimi dojść do krępującej bliskości, jeśli zdecyduje się na złapanie Beale'a i siłowe wyszarpanie z samochodu, ale przy działaniu tak spontanicznym nie analizował tego, co robił i wyszło jak wyszło! Ich spojrzenia spotkały się w bliskości, której nie można porównać z żadną wcześniejszą w ich przypadku, a reakcja Lawrence'a była natychmiastowa i tak intensywna, że chłopak poczuł silne zaskoczenie samym sobą. Poczuł falę gorąca, która zalała jego ciało od czubka głowy do samych stóp, jego serce zaczęło szybciej bić, a słowa uwięzły w gardle. Udało mu się wydukać łagodnie prośbę, ale po niej poczuł, że rośnie mu w gardle klucha nie do przełknięcia, która nie przepuści żadnego słowa więcej. Czuł się dziwnie niezręcznie. Jego skrępowanie rosło z następnymi sekundami ich bliskości. Miał niemiłe wrażenie, że jeśli poczeka jeszcze chwilę i się nie odsunie, to na jego policzkach pojawią się rumieńce zawstydzenia, z których nie będzie łatwo się wytłumaczyć - skóra w tych miejscach twarzy już zaczynała go piec, to nie jest dobry znak! Ale o dziwo Lawrence nie był w stanie wypuścić z ramion Beale'a i się odsunąć. Ta bliskość była zawstydzająca, ale zarazem niezwykle... miła. Tak, miła! Przyjemna i ciepła tak, że brunet wcale nie miał ochoty cofać rąk i odsuwać się od tej leniwej kluski.
W Beale'u było od początku coś, co przyciągało Lawrence'a. W jego oczach kryła się jakaś tajemnica, którą wyczytał z ich czerni podczas pierwszego spotkania. Nie mógł zapomnieć chwil, w których badali się uważnie spojrzeniami, próbując wyczuć się nawzajem, żeby zrozumieć czego mogą się po sobie spodziewać. Właśnie wtedy popatrzył w mroczne tęczówki północnego Koreańczyka i wtedy zobaczył w nich... to coś. Coś mignęło, jakiś niemy krzyk, błaganie o pomoc, pragnienie. To coś Beale szybko stłumił i zasłonił maską pustki i spokoju, która zwykle widniała w jego oczach, ale tamta sekunda wystarczyła, żeby Lawrence poczuł niezdrową ciekawość tym człowiekiem. Beale stał się dla niego tajemnicą, którą obsesyjnie pragnął rozgryźć, zrozumieć. Jego pragnienie rosło, gdy przyjeżdżał do Anglii w wolnych chwilach i zatrzymywał się u niego na noc. Obserwował owego ekscentryka i zauważając nietypowości w jego zachowaniu i fascynował się nim tylko mocniej. Intrygowało go to, co we wnętrzu Beale. A co z tym, co na zewnątrz?
Jego uroda była miła dla oczu Lawrence'a. Chłopak tkwiący w jego ramionach był bardzo ładny. Nie był typem przystojnego amanta z filmów, jakiegoś wybitnie męskiego i uwodzicielskiego, był po prostu śliczny. Uroczy. Jego delikatne rysy twarzy powodowały, że Lawrence lubił nazywać go słodziakiem i jak się dowiedział odnawiając swoje znajomości w brytyjskim środowisku muzycznym, nie tylko on go w ten sposób odbierał. Kojarzył mu się z uroczym kociakiem, który nieważne jak spojrzy i co zrobi, zawsze urzeknie swoją niewinną słodyczą. Teraz też urzekał i... o nie, dlaczego jego usta są tak blisko? Miały uroczy kształt i wydawały się takie mięciutkie! To idealna okazja, żeby ich posmakować!
Przysunął twarz do Beale'a. Byli tak blisko tego pocałunku, że zdaje się nic nie mogło ich od niego odwieść, ale o dziwo Lawrence zrezygnował w ostatniej chwili. Stchórzył. Cofnął się i spuścił wzrok z zakłopotanym chrząknięciem. Cofnął też ręce, wyswobodził go ze swojego uścisku. 
- To... to chodźmy! - powiedział, gdy wycofywał się z samochodu, a odezwał się tylko dlatego, że cisza zaczęła stawać się koszmarnie niezręczna. Rany boskie, jak on mógł stracić odwagę w tak jednoznacznym momencie! Poza zażenowaniem poczuł złość na siebie. Od dawna marzył o chwili takiej jak ta. Czekał na moment, w którym znajdą się blisko i pojawi się między nimi magiczne ciche przyzwolenie na coś więcej niż spojrzenie i dotyk. Dostał to teraz jak na tacy, a dziwny nawał uczuć, które miał do Beale'a zrobił z niego ostatniego kretyna.
Odczekał, aż Beale wysiądzie z samochodu i zamknął za nim drzwi. Użył pilota do zablokowania centralnego zamka w Mustangu, a gdy auto charakterystycznie piknęło na sygnał, że zamki się zatrzasnęły, pomału ruszył w kierunku plaży. Nic nie mówił i nie patrzył na Beale'a wprost, ale kątem oka zerkał czy leniwy cwaniak nie próbuje mu uciec. Choć teraz już nie miał dokąd, samochód został zamknięty i w polu widzenia nie było żadnego ciepłego punktu, w którym mógł się zaszyć.

@Beale Seoh
sometimes you pick me up,
sometimes you leave me weak...

...but I'll take what I can get,
 'cause baby I love what you're doing to me
#7 (06.03.2021, 03:21 )
Crawling to my glass prison, a place where no one knows. My secret lonely world begins.

Sekundy dłużyły się jak minuty, a centymetry, niczym wartości odwrotnie proporcjonalne do czasu, zdawały się skracać do milimetrów. Ich usta były tak blisko, tak niewiele brakowało, by wreszcie spotkały się w pierwszy pocałunku! Beale trwał w bezruchu, sparaliżowany magią tej chwili, zdumiony siłą, z jaką zadziałała na jego serce cielesna bliskość Lawrence'a i zamiast wziąć sprawy we własne ręce, czekał, aż to przepiękny muzyk przejmie inicjatywę. Stracił całą swą śmiałość, gdy z tak bliska patrzył w rozmigotane nieopisaną magią oczy wokalisty. Cóż tak niezwykłego w sobie miały, ze zawsze w nich tonął... zawsze, w każdych okolicznościach... patrząc z bliska, z daleka, niezależnie od nastroju i okoliczności tonął w błyszczącej czerni jego tęczówek i tracił władzę nad samym sobą. Zdawało mu się z początku, że to uroda Lawrence'a go onieśmiela - miał w końcu przed sobą szalenie przystojnego artystę, za którego jedno spojrzenie dałyby się pokroić niezliczone zastępy fanek! Tak, Lawrence był piękny. Beale uwielbiał jego duże oczy, gładką, acz muśniętą rysem męskości twarz, zgrabny nos, usta, które potrafiły wygiąć się w szalenie kusicielskim uśmiechu... a to wszystko dopieszczone burzą półdługich czarnych włosów i zgrabnym, perfekcyjnie proporcjonalnym męskim ciałem, które budziło pożądanie pięknem swych kształtów. Lawrence był wspaniały, lecz... och, nie, to nie tylko o jego urodę chodziło! Od miesięcy pomieszkiwał regularnie u Beale'a, przyzwyczajając go do swego widoku, lecz oczy pianisty nie chciały przywyknąć. Wciąż było w nim coś, co potrafiło wręcz przyspawać wzrok pianisty do tego chłopaka, onieśmielić go, zachwycić i podniecić. Nikt dotychczas nie miał nań takiego wpływu!
Pocałuj... przytul... proszę! Ponury, zwykle pusty i znużony wzrok Beale'a ożywił się, zawierając w sobie to nieme błaganie, usta łaknęły kontaktu z wargami Lawrence'a, a ciało straciło wcześniejsze nerwowe napięcie, poddając się uściskowi jego rąk. Tak dobrze było mu w tych ramionach, tak ciepło i rozkosznie! Dusza Beale'a łapczywie karmiła się tą bliskością niczym spragniona roślina, której liście w końcu zrosił upragniony deszcz. Potrzebował tego ciepła. Łagodnego, subtelnego, dalekiego od seksualnego napięcia, którego nie brakowało mu z kolegami z muzycznego światka. Sam nie wiedział, nie rozumiał, co tak niezwykłego wyczuwa w tej niewinnej, przypadkowej zupełnie bliskości z Lawrencem, lecz to było. Istniało, choć nieopisane słowem. A zalana czernią samotności dusza Beale'a posmakowała tego po raz pierwszy i już wiedziała, że będzie do tego smaku dążyć po wsze czasy.
Potrzebował tego pocałunku. Był pewny, że za chwilę poczuje miękki dotyk ust Lawrence'a, lecz... pragnienie pozostało niezaspokojone, a serce przebił sztylet rozczarowania i chłodu, gdy wyraźnie zakłopotany brunet odsunął się tak niespodziewanie i zażądał wyruszenia na spacer.
- N-nie... - wyjąkał zduszonym półszeptem, niewyraźnie, z nutą rozpaczy, która wprawiła jego ton w płaczliwe drżenie. Nie odchodź, chciał rzec, lecz drugie słowo pozostało bezgłośne, jedynie wargi poruszyły się, kreśląc je niemo, jakby Beale stracił nadzieję, że ta cicha prośba pomoże, że zostanie dosłyszana... ogarnęła go fala chłodu, a wraz z nią emocjonalny ścisk serca i gardła. W jednej chwili zachciało mu się płakać, jakby Lawrence brutalnie go odtrącił, zranił... a przecież nie zrobił nic złego! Może ta chwila napięcia była tylko jednostronna? Może nigdy nie chciał go pocałować, a to spragniony go Beale dokonał niebezpiecznej nadinterpretacji...
Nie mówiąc nic więcej, by nie wypuścić z ust uciskającego krtań szlochu, wysiadł posłusznie z samochodu. Tuż po wyjściu przeszył go lodowaty wiatr, na co odruchowo skrzyżował ręce, próbując się ogrzać, ale nie protestował. Nie narzekał na zimno, choć gdyby nie doszło do tamtego rozczarowującego zbliżenia, zapewne to by właśnie robił. Poczekał, aż Lawrence zamknie jego auto i jego śladem powoli ruszył na plażę.
Minuta, może dwie spaceru w ciszy wystarczyły, by Beale zdusił łzawą gorycz, która ścisnęła go w samochodzie. Powstrzymał tę niezrozumiałą potrzebę rozpłakania się i nie zniżył się do błagania Lawrence'a o kolejną chwilę bliskości i wymarzony pocałunek. Nie rozumiał, skąd w ogóle przyszła ta chwila słabości, dlaczego odtrącenie przez przystojnego wokalistę wywarło na nim takie wrażenie... dlaczego tak piekielnie ciągnęło go do jego pięknych ust, ramion... czemu jego obecność wywoływała ciepło w jego sercu i malowała szarobury świat całą tęczą pięknych barw... nie potrafił pojąć swych uczuć, zrozumieć, że po prostu się zakochał!
- Z dziesiątek ciekawych miejsc za miastem musiałeś wybrać właśnie ten wygwizdów! I po co mnie tu przywlokłeś? - jego głos rozbrzmiał już zwyczajną nutą znużenia w barytonowym pomruku, gdy zatrzymali się na środku pustej plaży, a wzrok Beale'a zawiesił się chwilowo na niedalekiej latarni morskiej. - Tak tu wieje, ze zaraz urwie mi łeb razem z dupą!
Chwila słabości minęła. Wrócił zrzędliwy leniwiec i wyraźnie zaznaczył swój humor, gdy podmuch wiatru zmierzwił mu jasne włosy.

@Lawrence Byun


#8 (11.03.2021, 22:43 )
What we're doing here ain't just scary,
it's about to be legendary

Teraz nie przestanie zadawać sobie pytania, dlaczego nie pocałował Beale'a, kiedy trafiła się taka idealna okazja! Od dawna marzył o zbliżeniu się do niego i złościł się po cichu, nie mając odwagi powiedzieć tego nikomu (nawet najbliższym przyjaciołom!), ale marzył o zobaczeniu zainteresowania w oczach Beale'a. Starał się zwrócić na siebie jego uwagę, ale marnie mu to wychodziło. Miał wrażenie, że muzyk go wcale nie zauważa, mimo wszystkich prób, które Lawrence podejmował, żeby przyciągnąć jego oko. Starał się w jego towarzystwie wyglądać nienagannie, zagadywać go, wymyślać różne aktywności, które mogli podjąć wspólnie. Kilka razy zbliżył się do niego na płaszczyźnie fizycznej, przez co należy rozumieć znalezienie się idealnie blisko tak, że chętny powinien wykorzystać sytuację. Mógł zrobić to sam, przynajmniej spróbować, ale nie miał odwagi, gdy widział to znużone oblicze Beale'a, na którym jego obecność i starania wydawało się, że nie robią żadnego wrażenia. Lawrence tracił nadzieję, że to, co zasugerował mu Beale w hotelowej restauracji pierwszego dnia, było naprawdę wyrazem zauroczenia nim albo chociaż zainteresowania nim fizycznie. Jeżeli uważał go za atrakcyjnego, to dlaczego patrzył na niego wiecznie jak teatralny widz?
Lawrence mógł, a nawet powinien wziąć sprawy w swoje ręce i spróbować zrobić pierwszy krok. Pierwszy, ale taki wyraźniejszy od posadzenia tyłka na kanapie tuż obok niego albo nieśmiałego pogłaskania go po udzie podczas rozmowy. Powinien i zdawał sobie z tego sprawę, ale coś go blokowało i chłopak potrzebował czasu, żeby w spokoju, podczas przemyśleń w samotności, gdy po przyjeździe do Korei albo do Anglii męczyły go nieprzespane noce przez nieznośny jetlag, zrozumieć co to jest. 
Strach.
Lawrence bał się odrzucenia przez Beale'a. Zdał sobie z tego sprawę z pewnym zaskoczeniem i to był początek uzmysławiania sobie, że zakochał się w tej leniwej, zdziwaczałej klusce. Nieśmiałość w sprawach miłosnych była dla niego czymś nietypowym. Zwykle nie brakowało mu pewności siebie, kiedy próbował zakręcić się wokół osoby, która wpadła mu w oko i najczęściej dzięki owej pewności siebie udawało mu się osiągnąć swój cel. Zauroczenia nie powodowały u niego onieśmielenia, strachu albo innych problemów z daniem do zrozumienia, że jest zainteresowany. Dzięki śmiałości umiał być tak skuteczny, że uwiódł kolegę z zespołu, Koreańczyka z dziada pradziada, któremu wbijano do głowy od dzieciństwa, że relacje homoseksualne są czymś nieodpowiednim. A Lawrence'owi spodobał się kolega, więc nie bał się okazać mu zainteresowania i weszli w dość długotrwałą relację czysto erotyczną. Wtedy się niczego nie bał, a gdy patrzył na Beale'a? Mogły mijać miesiące od ich pierwsze spotkania i tygodnie spędzone pod jego dachem, a Lawrence ciągle miał problem z poczuciem się przy nim w pełni swobodnie. Widok Beale'a w niektórych sytuacjach go onieśmielał, niektóre go podniecały i z trudem to ukrywał, a czasem kiedy popatrzył w jego oczy, brakowało mu słów. Na początku tego nie rozumiał, ale w końcu wszystko stało się jasne i... strach zrobił się jeszcze większy! Lawrence bał się, że się zbłaźni, spotka się z odrzuceniem. Przerażało go, że jeśli wychyli się ze swoimi uczuciami, może zrazić do siebie muzyka i Beale ograniczy ich kontakty. W obecnym układzie mógł go przynajmniej mieć jako przyjaciel i lokator. Gdyby tylko znał prawdę...
Miał wrażenie, że gdy się odsuwał, w oczach Beale'a mignęło coś dziwnego. Bał się nazwać to głośno rozczarowaniem, więc w drodze na plażę podczas milczenia intensywnie to analizował, zamiast beztrosko pochłaniać wzrokiem piękne otoczenie. Bardzo chciał zobaczyć angielskie wybrzeże i wreszcie mu się udało, a zamiast skupiać się na tym, myślał o zaprzepaszczonej szansie na pocałunek w samochodzie. Czuł się jak idiota i był wściekły na siebie, że tego nie wykorzystał, ale w chwili bycia blisko ust Beale'a obawa przed odrzuceniem była zbyt silna, żeby pozwolił sobie na bezpośredniość. Może następnym razem? Jeżeli się trafi...
- Mówiłem ci, żebyś ubrał się cieplej, bo nie pozwolę ci gnić w samochodzie. Wystarczy, że całymi dniami gnijesz w swoim legowisku w mieszkaniu, a ile można tak żyć! - odparł, co z tego że łagodnie, jeśli jego głos wyraźnie nie znosił żadnego sprzeciwu ze strony pianisty? Lawrence był zdeterminowany, żeby spędzić odrobinę czasu na świeżym powietrzu, a jeszcze większą determinację odczuwał, żeby wreszcie wyrwać Beale'a z domu. - Ale wiesz co? Mam pomysł. - zatrzymał spojrzenie na latarni morskiej, którą Beale też zauważył. Na wysepkę z nią prowadził niski mostek, który częściowo skąpała cienka warstewka wody. Takie miejsce prosiło się, żeby je bliżej poznać! - Wiesz, co trzeba robić, żeby nie zmarznąć w nieodpowiednich ciuchach? Zostać w ruchu! Chodź!
Złapał Beale'a za rękę i prawie biegiem ruszył przez piasek w stronę mostu. Mocno zacisnął palce na jego dłoni. Miał ciepłą i gładką skórę, taką przyjemną...

@Beale Seoh
sometimes you pick me up,
sometimes you leave me weak...

...but I'll take what I can get,
 'cause baby I love what you're doing to me
#9 (05.04.2021, 23:58 )
Crawling to my glass prison, a place where no one knows. My secret lonely world begins.

Dlaczego patrzył, jakby obserwował z widowni w teatrze? Czemu nie okazywał Lawrence'owi, że jest nim zainteresowany tak, jak zrobił to podczas tamtego pierwszego spotkania, tak elektryzującego i zdumiewającego, gdy hotelowa restauracja przyjęła ich na biznesową rozmowę? Nawet jeśli kiedyś Lawrence zapyta go o to wprost - niczego się nie dowie. Jak Beale miał bowiem odpowiedzieć na pytania, które zbierały się w głowie pięknego wokalisty, skoro sam nie znał na nie odpowiedzi?
Nie zdawał sobie sprawy, jak wiele nieświadomie niszczy. Jego nastawienie do świata, tak ponure, niechętne, wręcz aspołeczne w ostatnich dwóch - trzech latach, chłód i obojętność wyzierające z czerni oczu i kamiennej twarzy, niezdrowy spokój, zachowywany w każdej sytuacji... to oddalało go od ludzi i choć Beale nie narzekał, że niektórzy znajomi przestali naprzykrzać się swoją irytującą obecnością, a pracownicy w studiu rzadziej odzywali się z bzdurnymi tematami, działał w ten sposób na własną krzywdę. Zniechęcał osoby, którym naprawdę na nim zależało, które mogły stać się jego terapią, pomóc mu wyjść na prostą z tej krętej ścieżki życia, na którą zaczął wstępować w ostatnich latach. Nie przyjmował do wiadomości, że przeżywa nawrót depresji. Chciał wierzyć, że jest wolny, że nie musi już uczęszczać do terapeuty, faszerować się uzależniającymi antydepresantami! Pragnął czuć się jak przed wieloma, bardzo wieloma laty, gdy jako wczesny nastolatek widział wszystkie barwy życia tak wyraźnie, gdy były tak kolorowe i piękne! Teraz kolory widziały jedynie oczy, umysł zaś zdawał się konwertować każdy obraz na skalę szarości. Bez radości. Bez barwnego światełka nadziei, że pojawi się ktoś, kto przerwie tę bolesną samotność. Był tak ślepy na otaczające go sygnały, iż nie dostrzegał, że to wymarzone światełko właśnie tli się prześlicznie tak blisko, na wyciągnięcie rąk!
To Lawrence stał się tym światłem. Na początku był jedynie pięknym wizualnie, acz męczącym obowiązkiem, który na barki zmęczonego producenta zrzuciła wytwórnia. Niańczenie ich gwiazdorka w Anglii był ostatnim, na co Beale miał ochotę niespełna rok temu, gdy Lawrence po raz pierwszy zagościł w jego życiu. Nie zauważył nawet, kiedy artysta stał się szalenie ważnym elementem jego codzienności. Beale odżywał, gdy Lawrence u niego pomieszkiwał. Czasem uciekał przed nim, chowając się w swojej sypialni pod grubą kołdrą, zdarzało mu się też narzekać na jego nachalność, energiczność i nadmiar kontaktów, do których dążył. Mówił, że nie może się doczekać, aż Lawrence znowu wyjedzie do swoich koreańskich obowiązków. Lecz gdy wylatywał do Azji, raptem okazywało się, że jest gorzej, znacznie gorzej! Ostatnie kolory blakły, cisza stawała się nieznośna. I te oczy, ten pogodny uśmiech, piękna twarz... tak cholernie brakowało tego widoku!
Najgorsze, iż Beale sądził, że okazywał mu zainteresowanie. Dawał mu więcej uwagi, słów, spojrzeń niż komukolwiek innemu i wydawało mu sie, że to bardzo wiele... tak, w jego kategoriach zmęczonego odludka to było wiele. Lecz z perspektywy zwykłego, zdrowego człowieka? Wręcz przeciwnie - mógł sprawiać wrażenie chłodnego i zdystansowanego. Znów krzywdził kogoś, kto go pokochał, choć zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie chciał tego robić, lecz w swoim stanie psychicznym nie był zdolny do niczego innego. Pozostawał jedynie nadzieja, że Lawrence nie straci swej spostrzegawczości, która nie ukryła przed jego uważnym spojrzeniem nawet odczuć, które przez ułamki sekundy zamigotały w oczach Beale'a, kiedy usta wokalisty uciekły w ostatniej chwili. Wydawało się, że Lawrence widzi więcej od przeciętnego człowieka. Może dostrzeże to, co tak nieoczywiste dla świata, a oczywiste dla Beale'a...
- Ej, ale co ty... - zaczął zdumiony, gdy ręka Lawrence'a zacisnęła na jego dłoni pewny chwyt, ale nie dane mu było dokończyć zdania, bo zanim zebrał się w swej flegmatycznej naturze do kolejnych słów, został mocno pociągnięty i żeby nie rąbnąć twarzą w piasek, musiał posłusznie pobiec za nim. Szybko uzmysłowił sobie, dokąd zmierzają i bardzo mu się ten kierunek nie spodobał! - Nieee! Nieeee chcęęęę!
Mógł jęczeć, pretensjonalnie przeciągając sylaby i zapierać się w piasku, próbując wyhamować Lawrence'a, ale na nic się to nie zdawało. Ciągnął go uparcie w stronę wyspy i tego nieszczęsnego, zlanego lodowatą morską wodą molo, które najbardziej przerażało Beale'a.
- Wiesz, jakie to jest śliskie?! - jęknął, podejmując ostatnią próbę zatrzymania się tuż przed mostkiem. - Poślizgniesz się, wpieprzysz się do wody, a mnie wciągniesz za sobą! Obaj skończymy z zapaleniem płuc, nie chcę!
Boże przenajświętszy, co ja ci zrobiłem, że zesłałeś na mnie tego radosnego kretyna bez wyobraźni?!

@Lawrence Byun


#10 (09.04.2021, 19:20 )
What we're doing here ain't just scary,
it's about to be legendary

Ich relacja była dość mocno zamknięta w klatce nieświadomości. Taka klatka umie sporo popsuć między ludźmi, gdyż powoduje niezrozumienie dla niektórych decyzji i sposobu zachowania, a to rodzi konflikty i oddala od siebie osoby, które pragną być ze sobą bardzo blisko. W ich przypadku działo się podobnie, chociaż nie można tu mówić o konfliktach. Lawrence był empatyczny i nie umiał mieć do Beale'a pretensji za jego oziębłość albo brak zainteresowania próbami aktywizowania go, które brunet podejmował regularnie podczas swoich przyjazdów do Anglii. Nie potrafił się na niego złościć. W głębi duszy czuł, że z tym człowiekiem jest coś nie tak. Coś go gnębiło. Czy przez to Beale na początku wykazał zainteresowanie Lawrencem, które jednoznacznie dał odczytać jako erotyczne, a później jakby zapomniał o tym i wycofał się za zasłonę zobojętnienia - tego nie wiedział, ale tak podejrzewał. Nie mógł robić mu wyrzutów za to, jaki był, bo widział, że coś jest na rzeczy. Tylko nie miał jeszcze pomysłu, co. Jednak mimo że miał w sobie rozbudowaną empatię i nie mógł się na Beale'a za to złościć, jego obojętność nie spływała po nim bez konsekwencji. Z każdym rozczarowaniem reakcją pianisty, kiedy próbował się do niego zbliżyć, Lawrence zamykał się w sobie ze swoimi uczuciami i zaczynał się powoli wycofywać z prób zdobycia pięknego muzyka. Tracił nadzieję, że coś może się między nimi wydarzyć. Na początku trzymał się kurczowo jego sugestii i spojrzenia, które posłał mu, kiedy żegnali się w restauracji, podczas pierwszego spotkania. Później wciąż to rozpamiętywał, choć zaczynał się obawiać, że opacznie zrozumiał jego intencje, bo bardzo chciał zobaczyć w jego oczach zainteresowanie. Następnie uwierzył, że jednak sobie wyobrażał za wiele i źle ocenił sytuację, ale słyszał w brytyjskim środowisku muzycznym (kolegów mu tutaj nie brakowało), że Beale'a interesują mężczyźni, więc liczył na jakiś przełom. Czas mijał nieubłaganie, a mimo subtelnych prób Lawrence'a ów przełom nie przechodził, więc w niego też powoli tracił wiarę. Poczuł do Beale'a coś mocnego, co niedawno zaczął nazywać śmiało zakochaniem. Wiedział, że tego uczucia nie może tak po prostu się wyprzeć, ono nie minie. Lecz był coraz bliższy uciszeniu swoich uczuć, aby żyć w roli jego przyjaciela. Nie brakuje osób, które po grób tłumią swoje zakochanie do przyjaciółki albo przyjaciela, bo tak jest lepiej. Mogą uczestniczyć w życiu ukochanej osoby, nie w wymarzonej roli, ale jednak. Lawrence zaczynał wierzyć, że w przypadku jego i Beale'a tak będzie najbezpieczniej. Chyba nie mógł liczyć na coś więcej.
Odniósł wrażenie, że próba wyciągnięcia z mieszkania została odczytana przez Beale'a jako złośliwość, a Lawrence zrobił to z troski o zasiedziałego w czterech ścianach przyjaciela. Nie chciał go do niczego zmuszać na siłę, ale czasami tak trzeba. W jego przypadku tak było trzeba. Lawrence szanował jego introwersję i flegmatyzm, ale jeśli przez kilka tygodni siedzi się ciągle w łóżku albo na kanapie, do tego w mniej więcej takiej samej pozycji bez przerwy, to robi się niezdrowe. Trzeba czasami oderwać się od książek, pięciolinii i telewizora. Umysł wymaga resetu i przewietrzenia, a na to najlepiej robi spacer w jakieś ładne miejsce, które oferuje inne widoki niż ciągle te same pomieszczenia w mieszkaniu. Plaża była do tego idealna. Nie musieli spędzić tu całego popołudnia. Wystarczy kwadrans spaceru, a organizm się dotleni. Wiatr przyniesie zapach morza i może będzie przeciwwagą dla codzienności. Mieszkanie Beale'a było strasznie przygnębiające.
- Trudno! Do samochodu mamy niedaleko, nie zdążymy się przeziębić! - Nie chciał rezygnować z planu przejścia na wysepkę i zobaczenia z bliska latarni morskiej. Nigdy nie widział czegoś takiego na własne oczy, a przynajmniej nie z bliska. Nie miał możliwości dotknięcia takiej budowli własną dłonią. Mogli tu wrócić w lepszą pogodę i wtedy to zrobić, ale Lawrence wątpił poważnie, że Beale da się jeszcze wyciągnąć na plażę, zaś samemu nie chciał tu przychodzić. A z Rosie albo z Sinead to już nie to samo! Zatrzymał się na chwilę, bo Beale bardzo mocno zaparł się przed wejściem na mostek, ale to było chwilowe wahanie. - Jeśli będziesz się tak opierał, to zaczniemy się szamotać. Wtedy to naprawdę o krok od wylądowania w wodzie - zauważył i bez czekania na zgodę Beale'a wszedł na molo. Było ślisko, to prawda. Cienka warstewka zimnej wody przeszkadzała w stabilnym stawianiu kroków, więc Lawrence zwolnił. Znowu pociągnął Beale'a za rękę. - Chodź, chodź! Ruszaj się, to nie będzie ci zimno!
Po ostrożnym spacerze przez mokre molo dotarli na małą wysepkę ze starą latarnią morską. Lawrence dopiero wtedy puścił nadgarstek Beale'a. Był pewny, że tak łatwo mu nie ucieknie: teraz powrót do samochodu wymagał przejścia przez molo, a tego leniwa klucha nie zrobi energicznie, za bardzo się obawiając wpadnięcia do wody.
- Ta latarnia została zbudowana pod koniec dziewiętnastego wieku, słyszałeś o tym? - zapytał. Była jedną z głównym atrakcji turystycznych Yellowlair Oats. Lawrence przypomniał sobie różne turystyczne broszurki, które przeglądał, gdy wybierał te okolice na miejsce zamieszkania. Ta informacja utkwiła mu w pamięci.

@Beale Seoh
sometimes you pick me up,
sometimes you leave me weak...

...but I'll take what I can get,
 'cause baby I love what you're doing to me





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości