witaj w Yellowlair Oats
rejestracja  logowanie
yellowlair oats
north east england




Costa Coffee

#41 (02.09.2018, 11:58 )
22 lata
rozglądam się
170 cm
wieczny uśmiech na twarzy


Camille była osóbką pełną wigoru i energii, obecnie całkiem dobrze sypiającą oraz wypoczętą. Nie potrzebowała zatem dodatkowego pobudzenia, którego pożądanie było z pewnością powodem pojawienia się w kawiarni sporego tłumku ludzi. Camille nie była również na chwilę obecną uzależniona od jakichkolwiek używek - w tym również kawy. Pojawiła się w tym lokalu z powodu zupełnie innego, niemalże graniczącego z czystym przypadkiem. Najzwyczajniej w świecie czasami tęskniła za zapachem świeżo mielonych ziaren kawy, czasami tęskniła również za smakiem dobrze przygotowanego napoju. I chociaż na liście celów dnia dzisiejszego próżno doszukiwać się wizyty w Costa Coffe, wędrując dziarsko od sklepu do sklepu natknęła się na znany sobie szyld. Przyjemny aromat - niczym w kreskówce! - dopadł jej zmysły kusząc i nęcąc do momentu, aż brunetka najzwyczajniej w świecie przekroczyła próg lokalu. Posłała serdeczny uśmiech pracującym dzisiaj baristom, usiadła miękko przy jednym ze stolików i chwyciła w szczupłe dłonie menu kawiarni. 
Dziewczyna była w wręcz wyśmienitym nastroju, przez co przez niemal cały okres pociągnięte jasnoróżową pomadką wargi trwały subtelnie uniesionymi, a oczy zdawały się emitować ciepło i przykuwać uwagę. Niedawno udało jej się wydać w końcu drugą powieść, co prawda nieco krótszą od poprzedniej, jednak - jak miało się okazać - równie mocno przyciągającą. Raptem kilka godzin temu odebrała telefon od wydawcy, który poinformował jej, w jak wielkim nakładzie sprzedaje się jej nowa książka. Oczywiście jak to w świecie, nie brakowało również "hejtów" i wyrazów krytyki, jakoby Camille spłyciła charakter głównej bohaterki, która utraciła pazur, stała się mniej barwna, a bardziej zwyczajna. Lithium wiedziała, iż - faktycznie - bohaterka, z którą się dość mocno utożsamiała pod pewnymi względami, najzwyczajniej w świecie dorosła, podobnie jak sama autorka. Pomiędzy wydaniem pierwszej części przygód Adriany oraz kontynuacją opowieści minęło kilka lat; lat, podczas których Cammy ewoluowała, zmieniała się, dojrzewała. Zażegnała depresję, odzyskała świadomość własnych zalet oraz wad, inaczej zaczęła postrzegać świat. Dzisiaj była kimś zupełnie innym, aniżeli wtedy. Znalazło się całe grono obrońców twórczości Camille, którzy - jak zdawało się kobiecie - doskonale rozumieli, że powieść to coś więcej niż puste slogany upchnięte w kilku linijkach tekstu. 
Spojrzenie, którym omiotła całą kartę już po raz piąty, było nieco nieobecne, rozmarzone. Powoli zaczynała układać w głowie kolejne fabuły; chciała opowieść o istocie dziwnie podobnej do samej siebie zakończyć na trzech dziełach. Owszem, ogólny zarys i koncept posiadała już od bardzo dawna, niemniej wciąż i wciąż wpadały jej do głowy nowe pomysły, które albo eliminowały poprzednie, uznawane przez nią za słabsze, albo je wzbogacały, albo nieco modyfikowały. Chciała z całego serca, by ostatnia książka cyklu była jak najbardziej dopracowana i dopieszczona. Chciała zakończyć w dobrym stylu. Zabawne, jeszcze jakiś czas temu pisała czysto hobbystycznie, do  szuflady. Dopiero z czasem, kiedy głód zajrzał w oczy, postanowiła przeredagować swoje opowieści, nadać im punkt wspólny, zbudować postać młodej kobiety. Pamiętniki, skrupulatnie i konsekwentnie przez nią prowadzone, dopomogły jej uczynić główną bohaterkę bardziej rzeczywistą, realną, prawdziwą. Niepozbawioną wad, nieidealizowaną na siłę, potykającą się - lecz zawsze dzielnie podnoszącą się z kolan i gotową na kolejne wyzwania. 

@Claude Yuu Saitou
Odpowiedz
#42 (03.09.2018, 20:20 )
27 lat
malarz, ilustrator
185 cm
Wisienka na torcie

W dzisiejszych czasach większa część społeczeństwa prowadzi siedzący tryb życia. Z własnej kanapy, na niezbyt wygodny biurowy fotel. Ich codzienność nie jest zbyt ekscytująca, ale zdecydowanie sprzyja utrzymaniu pracy i jej poprawnym wykonaniu. I to właśnie z tego powodu Saitou nie nadawał się do typowego fachu. Zanim został adoptowany przez Pana Bisognina, często gaworzył z siostrą na temat ich przyszłości. Chizuru chciała zostać nauczycielką, on zaś jak zwykle stwierdził, że powinien iść w jej ślady. Praca ta wydawała się niesamowicie ciekawa, dająca możliwość do obcowania z młodzieżą. Pierworodna Saitou uwielbiała dzieci, co zresztą można było zauważyć po jej podejściu do brata i jego nielicznych kolegów. Claude zaś starał się podzielać jej entuzjazm, jednakże z czasem przejrzał na oczy. Zupełnie nie wiedział jak powinien się zachować w otoczeniu ''smarków'', a już tym bardziej wpoić im jakąkolwiek wiedzę. A gdy doszła do tego świadomość, że musiałby samodzielnie przygotowywać wszystkie materiały siedząc po godzinach przy biurku, całkowicie porzucił ten plan. Skupił się na rysowaniu, albowiem to one przynosiło mu najwięcej przyjemności. Raczej nie planował wiązać z nim swojej przyszłości. Naczytał się za młodu o niedocenianych artystach i jakoś odechciało mu się bawić w drugiego zapomnianego biedaka. Nie wierzył również w sens bycia odkrytym dopiero po śmierci, a więc zachowywał wszystkie swoje prace dla siebie. Dopiero po śmierci Chizuru zaczął umieszczać je wszędzie, na dosłownie każdej powierzchni jaka wpadła mu w oko. Pościeli, nodze pielęgniarki, a nawet i gipsie wychudzonego dzieciaka z łóżka obok. Na początku za każdym razem kończył płacząc po otrzymaniu nagany. Ale z czasem jego opiekunom znudziło się pouczanie nieposkromionego artysty, a więc najzwyczajniej w świecie się poddali. Ta mała paskuda nie miała zamiaru przestać, nawet jeśli powoli tracił sympatię otoczenia. W taki też sposób rozwinął swój talent, ostatecznie po kilkunastu latach stając się znanym artystą. Jego prace znajdowały się na ścianach galerii, okładkach książek i we wnętrzach komiksów. Robił po prostu to w czym był dobry, nie mając przy tym zbyt wielu ograniczeń. Pracował kiedy miał na to ochotę, nie musiał wyrabiać ustalonych godzin i siedzieć bezcelowo na tyłku. Pozwolił sobie więc na to aby po skończeniu większej części zamówionego obrazu, udać się na szybką przebieżkę po okolicy. Zazwyczaj trzymał się raczej siłowni, jednakże potrzebował odskoku od rutyny. W momencie w którym przekraczał próg domu, wszyscy pozostali domownicy tkwili w głębokim śnie. Starał się więc opuścić mieszkanie jak najszybciej i jak najciszej. Skończył więc bez butelki z wodą, słuchawek i telefonu. Cudem było to, że przynajmniej natrafił na wygodne buty i nasunął je na stopy. Nieco spuchnięte po długim staniu przed obrazem nogi, okrył zaś czarnymi dresami pasującymi do jego luźnej koszulki. Był to typowy, komfortowy strój do biegania. Nie odstawał w nim od tłumu, gubił się wśród szarej masy i nie czuł się obserwowany. Nadal starał się unikać wszelkich spojrzeń, wbijając wzrok w chodnik i pędząc przed siebie ile sił w nogach. Ale wiadomym było to, że w czasach w których ludzie preferują raczej lenistwo, nietypowym widokiem będzie tak zdeterminowany sportowiec. Niektórzy przechodnie podążali więc za nim wzrokiem, jednakże ku jego uciesze nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Faktem było to, że osoby pracujące niekoniecznie miał czas i chęć aby go marnować na obserwowanie przypadkowego kolesia pocącego się na ulicy. Jednakże w umyśle Claude każdy tylko czekał na jego potknięcie, moment w którym będą mogli zdeptać pewność siebie którą starał się budować przez tyle lat. Szybko więc opanowała go frustracja. Poczuł jak jego oddech przyspiesza, tym razem nie ze względu na zmęczenie. Potrzebował chwili odetchnienia, odpoczynku w nieco mniej zaludnionym miejscu. Zaczął więc rozglądać się za nieoblężonymi kawiarenkami, ostatecznie natrafiając wzrokiem na praktycznie całkowicie pustą Costa Coffee. Odetchnął z ulgą po czym szybkim krokiem wszedł do budynku. Na wejściu sięgnął do stojaka z książkami dla klientów, w celu odwrócenia swojej uwagi od reszty klientów.
-O, Ivette Blanco.- powiedział do samego siebie uśmiechając się lekko pod nosem. Pierwsza część jej książki pochłonęła go na niemalże cały dzień. Nie miał więc problemów z tym aby przeczytać ją po raz kolejny. Jego uwaga była jednak nieco zbyt głośna, a więc usłyszała go większa część klientów kawiarni. Poczuł jak jego nogi miękną pod ciężarem sytuacji. To zdecydowanie zbyt wiele.
Co ty zrobiłeś? Wszyscy pewnie myślą, że coś jest z tobą nie tak.
Odchrząknął i podrapał się po tyle głowy. Co teraz? Powinien wyjść i poszukać innego miejsca? Nie, już za późno. Wyszedłby na jeszcze większego dziwaka gdyby teraz opuścił kawiarnię. Narzucił więc na swoją buzię nieco fałszywy uśmieszek i skierował się do małego stolika znajdującego się przy oknie. Przez całą drogę spojrzenie miał wbite w swoje własne buty. Wolał unikać kontaktu wzrokowego. Nie zorientował się więc, że przy tym samym stoliku siedziała całkiem znana mu postać. Camille Lithium minęła się z nim kilka razy w szpitalu. Zawsze posyłała mu ten sam delikatny uśmiech, on zaś niemalże całą drogę powrotną do domu starał się rozszyfrować jego znaczenie. Teraz siedziała naprzeciwko niego. Nawet jej nie zauważył zatapiając się w coraz to kolejne fragmenty książki. Ostatecznie podniósł jednak chwilowo wzrok aby zwrócić na siebie uwagę kelnerki. Jednakże zamiast złapać nim pracownika, spojrzenie jego utkwiło na Cam. Poczuł się jakby jego dusza właśnie pożegnała się z ciałem. Chyba jeszcze nigdy nie udało mu się aż tak wytrzeszczyć oczu. 
@Camille Lithium
Odpowiedz
#43 (03.09.2018, 21:01 )
22 lata
rozglądam się
170 cm
wieczny uśmiech na twarzy

Młodziutka Lithium natomiast czasami do zajęcia siedziska była zmuszoną, czy to prowadząc kolejny już pamiętnik, czy też tworząc szkice koncepcyjne i konspekty, z których później powstawało to, co nazywała książką. Inspiracje czerpała zarówno z codziennych sytuacji, jak również z bieżących wydarzeń nie dotykających bezpośrednio jej samej. Najlepszym - jej zdaniem - oraz najbardziej pasjonującym źródłem informacji, pomysłów i zachęt był człowiek. Obserwowała zatem ludzi za każdym razem, ilekroć miała okazję, niejedną z pobocznych postaci opierając w całkiem sporej mierze na szablonie zachowań człowieka spotkanego w autobusie, parku czy w kawiarni. Nie było więc niczym zaskakującym, że chociaż przeglądała menu raz za razem, spojrzeniem błądziła po zgromadzonych w lokalu osobach. Tutaj przesadnie pomalowana i wydekoltowana kobieta o tlenionym blondzie na zniszczonych kosmykach pielęgnowała dłonie, pewnie czekała na swoją randkę, bo jej mocno napięte mięśnie twarzy zdradzały podenerwowanie i zniecierpliwienie. Kilka krzeseł dalej samotny skulony mężczyzna, który prawdopodobnie niczego innego nie pragnął równie mocno jak tego, by nagle zniknąć. W kącie para, ulokowana w najsłabiej oświetlonym miejscu, dość żarliwie demonstrująca samym sobie (oraz przy okazji wszystkim dookoła) jak gorące uczucie spaja ich związek. Camille nie przepadała za nadmiernym obnoszeniem się z tego typu emocjami, chociaż na dnie serca zarówno zazdrościła im śmiałości, jak i cieszyła ich szczęściem. Costa była dzisiaj wyjątkowo szara, codzienna, nudna. Nieinspirująca. I być może powinno to rozczarować łaknącą przypływu weny dziewczynę, w końcu wydawca dość mocno zasugerował jak bardzo pragnie ujrzeć pierwsze rozdziały nowej powieści jak najszybciej - niemniej nie zmąciło to spokoju i radosnego wyrazu pyszczka brunetki. Dzisiaj wiedziała już, jak krótkie ma przed sobą życie oraz jak kruchym ono bywa. Nie chciała marnować czasu na smutek, tęsknotę, żal czy obawę o dzień jutrzejszy, kiedy oznajmi wydawcy, że nie ma niczego więcej, aniżeli bardzo ogólny zarys fabuły. 
I wtedy właśnie do kawiarni wpadł on: w dresie, z oznakami wysiłku na twarzy, dość mocno niepasujący do tego miejsca, nie tak szary (paradoksalnie, ze względu na ubiór) oraz bezkształtny jak reszta znajdującej się wewnątrz masy. Przez krótki moment dyskretnie prowadziła go spojrzeniem do półki, a potem... uśmiechnęła się pod nosem. Znajdowała się na tyle niedaleko, by bez większych trudności rozpoznać tak sobie dobrze znaną okładkę. Poza tym imię, które na potrzeby jej wydania przybrała, było jej wyjątkowo bliskie; miała czasami wrażenie, że byłaby w stanie wyłapać jego brzmienie nawet pośród wielkiego tłumu złożonego z przekrzykujących się jednostek. Ivette. Jej matka. W ten sposób chciała podziękować za wszelkie godziny, które ta poświęciła na poprawianie jej pierwszych tekstów, przedstawianie zasad gramatyki, naukę języka i zachęcanie, by nie przestawała rozwijać umiejętności pisania, łaknęła poznawania nowych słów i zwrotów. To ona nauczyła ją wszystkiego, co mogła w swej twórczości przedstawić. Zagryzła mimochodem dolną wargę. Pseudonim, niczym obusieczny miecz, uderzał w nią za każdym razem, gdy widziała ten niepozorny zlepek liter. Miała w matce przyjaciółkę, którą tak brutalnie utraciła jako nastolatka. Dokładnie wtedy, gdy najmocniej jej potrzebowała. Chwilową tęsknotę i smutek szybko rozwiało przekonanie, że młody mężczyzna był jej znanym. A że faktycznie obserwowała wszystkich zawsze, miała pewność, że już się spotkali. Póki co nie była jednak w stanie odgrzebać właściwych okoliczności, miejsca czy czasu. 
Zrobiło jej się też go nieco żal, kiedy wyraźnie zakłopotany nie do końca wiedział, gdzie się podziać - lub też sprawiał tylko takie wrażenie. W całym tym zawstydzeniu zawędrował wprost do jej stolika, co ją najzwyczajniej w świecie, w ten dziecięco niewinny sposób, ucieszyło. A gdy znalazł się naprzeciwko, ulokowała jego twarz we właściwym wspomnieniu. I chociaż dotąd nie udało im się zamienić ani jednego słowa, odruchowo uśmiechnęła się do niego tak, jakby znali się całą wieczność. Inna rzecz, że gest ten mógł wychwycić nieco później, pochłonięty lekturą. Camille poczuła ogromną radość i satysfakcję. Co innego czytać statystyki sprzedaży i recenzje w internecie, co innego widzieć autentycznie zaciekawioną jej powieścią osobę. Claude sprawił, iż jej osiągnięcia nabierały bardziej namacalnego, rzeczywistego charakteru. 
- Miło spotkać cię w nieco przyjemniejszych okolicznościach - powiedziała wesoło, skinąwszy w powitaniu głową. Zapewne gdyby czytał cokolwiek innego zawiązałaby właśnie rozmowę na temat czytanej książki, w końcu pytania o opinie całkiem dobrze zbliżają do siebie ludzi. Nie chciała jednak wyjść na zapatrzoną w siebie (owszem, miała tendencje do sporego przesadyzmu na tej płaszczyźnie!), tak więc postanowiła podobne zagadnienia odłożyć w czasie. - Chyba nie miałam okazji się przedstawić. Camille. Camille Lithium - dodała jeszcze, odruchem wyciągając ponad stolikiem dłoń.


@Claude Yuu Saitou
Odpowiedz
#44 (04.09.2018, 20:39 )
27 lat
malarz, ilustrator
185 cm
Wisienka na torcie

Gdyby Claude wiedział cokolwiek o relacji Camilli z jej matką, prawdopodobnie nieświadomie zacząłby odczuwać zazdrość. Nawet jeśli zostałby również uświadomiony, że straciła ją zdecydowanie wcześniej niż powinna. Pani Saitou odeszła z tego świata zanim zdążył otrzeć mleko spod nosa. Zaś w czasie swojego życia nigdy nie nazwała go swoim synem. Nie odprowadziła go do przedszkola, nie przygotowała mu ani jednego posiłku i nie zawołała go po imieniu. Początkowo zawsze przychodził na jej żądanie, z czasem jednak przestał reagować na ''szczeniaku'' i ''gówniarzu''. O to w akcie desperackiego buntu poprosiła go siostra. A więc posłuchał się jedynego członka rodziny który faktycznie okazywał mu ciepło i współczucie. Nieświadomie zaczął mieszać swoje uczucia i marzyć o jakiejkolwiek atencji ze strony rodzicielki. Takowej jednak nie otrzymał aż do ich ucieczki. Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu Yuki zwróciła się bezpośrednio do niego. Jeszcze nigdy nie miał tak bardzo ochoty zawrócić i rzucić się jej ramiona. Słyszał jak jej bezwładne ciało strąca z półki kilka doniczek, ostatecznie lądując na podłodze. Kochał ją. Tak bardzo kochał swoją matkę, ale nigdy nie dowiedział się czy jego uczucie zostało faktycznie odwzajemnione. Całą swoją młodość spędził na zastanawianiu się nad tym, czy faktycznie był tak złym dzieckiem. Nie wiedział kto w tym wszystkim zawinił, ostatecznie tracąc zdrowe podejście do własnych relacji i emocji. Jego podświadomość na stałe zakodowała sobie, że musi zrobić wszystko aby nie pozwolić bliskiej mu osobie odejść. Stał się więc chorobliwie zazdrosny, do punktu w którym zdolny był do przedmiotowego traktowania partnerów. W rzeczywistości chciał jednak chronić ich, relację jaka pomiędzy nimi zaistniała, oraz samego siebie. Odsunąć od siebie możliwość porzucenia po raz kolejny. Nie był gotowy na przyjęcie kolejnej straty. 
Jednakże nie myślał o tym, może i nawet nie wiedział co w rzeczywistości kłębi się w zakamarkach jego głowy. Obecnie skupiał się na książce którą wyjął z małego drewnianego stojaka. Odnajdywał w niej pocieszenie. Uwielbiał czytać. Literatura dawała mu możliwość chwilowego opuszczenia własnego ciała, skupienia się na cudzych historiach. Takowe zaś zazwyczaj były ciekawsze, szczęśliwsze niż jego własna. Pochłaniając coraz to kolejne zdania nie myślał o tym co zrobił źle. Analizował tekst i powoli dusił swoje kompleksy. 
Idealnym tego przykładem był dzień jego pierwszych poważniejszych egzaminów na studiach. Cały dzień czuł się jakby zaraz miał się udusić, ostatecznie niemalże zemdlał na egzaminie pisemnym z angielskiego. Patrzył się na pustą kartkę ze łzami w oczach i zastanawiał się co poszło nie tak. Jakim cudem wyrósł na tak bezużytecznego człowieka pod opieką swojej perfekcyjnej siostry. Pozornie nie znał żadnej odpowiedzi, nie mógł też nic przeczytać. Widział przed sobą tylko kanji, zaś coraz to nowsze japońskie słówka zapełniały jego umysł. Nie napisał praktycznie nic. W niektórych zadaniach udzielił nawet odpowiedzi w języku swoich przodków. Zupełnie nie rozumiał co poszło nie tak. Po oddaniu pracy wyszedł roztrzęsiony na korytarz, nie potrafił podnieść wzroku. Wstydził się tego, że zawiódł Chizuru i Deana. Obiecał im, że będzie się starał. Tymczasem nie był w stanie poradzić sobie na pierwszym lepszym teście. Włóczył więc nogami starając się zejść po schodach i opuścić ostatecznie budynek szkoły. Z każdym krokiem tracił coraz więcej sił, zaś słone łzy niemalże przekroczyły granice jego oczu. Ostatecznie nie doszedł do głównych drzwi, skręcając w najbliższe otwarte przejście i lądując na fotelu w bibliotece. Cicho szlochając wpatrywał się w puste pomieszczenie wypełnione przez nieco zakurzone książki. Studenci nie bywali tutaj aż tak rzadko, jednakże nadal ich frekwencja mogłaby być nieco lepsza. 
Ostatecznie chwilę słabości przerwała mu pomarszczona niczym wysuszone winogrono staruszka. Popatrzyła na niego spod opadających powiek i położyła rękę na jego kolanie. Saitou wystraszył się wtedy i gwałtownie odtrącił jej dłoń. Poczuł się jednak jeszcze głupiej i wpadł w najczystszą histerię. Rodzynka jednakże nie spuściła z niego wzroku. Podała mu małą czerwoną książkę i obdarzyła go przyjaznym uśmiechem. 
Biedulek. Uważaj na siebie.
Powiedziała mu tylko tyle. On zaś nic nie zrozumiał. W szoku nadal nie potrafił wyłapać żadnego słówka w jego z pozoru natywnym języku. Zaraz potem zniknęła ona za jednym z regałów pozwalając mu na dalsze wylewanie łez. Płakał tak jeszcze kilka minut, ostatecznie otwierając powieść wręczoną mu przez staruszkę. Nie była wybitna, nie należała też do klasyków angielskiej literatury. Ale zaczął powoli rozróżniać występujące w niej słowa, ostatecznie po raz kolejny opanowując umiejętność czytania. Przeczytał ją całą, nie przejmując się tym, że Dean czeka na niego w ich mieszkaniu. Uspokoił się bez pomocy tabletek, nikt nie musiał go również przytrzymywać i wbijać mu kolejnej igły.
-Tak.- odpowiedział nieco zmieszany, pilnując się aby trzymać na niej swe spojrzenie. Nie chciał wyjść na niegrzecznego, szczególnie, że ta nie obraziła się za jego nagłą wizytę. Jawnie naruszył jej przestrzeń osobistą, a Camille nawet o tym nie wspomniała. Uśmiechnął się delikatnie pod nosem. Wyglądał trochę jak nieco zagubiony, ale w głębi duszy całkiem szczęśliwy szczeniaczek. Ostatecznie postanowił nawet, że rozwinie swoją z lekka okrojoną wypowiedź.
-Tak. Też się cieszę, że na Panią wpadłem.- dodał nieco zająkując się przy ostatnim słowie. W jego głowie nadal zabrzmiało to jednak całkiem profesjonalnie. Dla otoczenia zaś mogło się to wydawać prawdopodobnie albo śmieszne, albo urocze, albo raczej żenujące. Kto wie? Ważne, że on był dumny ze swojego małego osiągnięcia.
Nerwowo wbił paznokcie w grzbiet książki, chociaż naprawdę nie chciał niszczyć tak pięknej okładki. Spuścił wzrok. Jeden punkt mniej.
Znowu wyjdziesz na głupka.
Pozbierał się w sobie, westchnął głośno i delikatnie odłożył powieść na stolik kawiarni. Kątem oka dostrzegł, że zbliża się do nich kelnerka. Postanowił więc szybko przejść do dalszej części rozmowy.
-Claude. Claude Yuu Saitou. Maluję na płótnie, ludziach, i okazjonalnie ścianach pobliskich budynków.- tym razem jego wypowiedź była całkowicie płynna. Zabrzmiał nawet na z lekka pewnego siebie. Zdecydowanie poszło mu lepiej niż ostatnim razem. No przynajmniej tak myślał dopóki nie zauważył dłoni Camille wiszącej nad powierzchnią stołu. Z odruchu wycofał całe swoje przedramię, ostatecznie jednak przełamując się i delikatnie sięgając w kierunku towarzyszki. Pochwycił jej dłoń w tak delikatny i niepewny sposób, że praktycznie nie poczuł jej dotyku. Zaraz potem szybko się wycofał i odchrząknął.
-Jaką lubi Pani kawę?- zapytał po raz kolejny powracając do niej spojrzeniem. No brawo. Mogłeś powiedzieć tak wiele rzeczy, a zdecydowałeś się poruszyć temat akurat kawy. 
@Camille Lithium
Odpowiedz
#45 (05.09.2018, 22:13 )
22 lata
rozglądam się
170 cm
wieczny uśmiech na twarzy

@Claude Yuu Saitou

Faktycznie, relacji rodzinnych Camille można było zazdrościć. Sama nie była bowiem w stanie wymienić chociażby jednej sytuacji, kiedy pomiędzy nią a rodzicami czy pomiędzy mamą a tatą doszło do jakiegokolwiek zgrzytu. Kłótnie w jej rodzinnym domu nie istniały. A może były przed nią tak dobrze ukrywane, że nawet nie wiedziała, kiedy tata powiedział mamie coś, co mogło ją zaboleć - lub na odwrót? A może wyparła wszelkie negatywne doświadczenia, chcąc żyć w przekonaniu, jak idealny dom utraciła? W końcu o zmarłych nie wypada źle mówić, a że Lithium miała nawyk bezmyślnego mówienia, co siedziało w jej głowie - lepiej nawet źle o nich nie myśleć. Tak czy inaczej, gdyby ktokolwiek chociażby słowem wspomniał o rodzicach, pewnie szybko zmieniłaby temat. Nie dlatego, że był wyjątkowo niewygodny, lecz prędzej dlatego, iż był zwyczajnie przykry, zbyt intymny. Wspomnienia były jedynym, co posiadała. A że każdy człowiek posiada w sobie jakiś ładunek egoizmu, nie chciała się nimi dzielić z obawy, że je utraci. Ktoś wyszarpie lub zniekształci. Przedstawi własne wnioski i opinie, a wiadomo, że osądy osób trzecich zawsze różnią się od naszych. Bezpieczniej zatem było unikać tematu rodziny. 
Z całą pewnością więc mógł jej zazdrościć. A przynajmniej relacji pomiędzy nią, a rodzicami. Stryjek nie pasował do tej sielanki. I to on stał się głównym powodem, dla którego mijali się na szpitalnych korytarzach. 
- Ojej, zawsze jesteś... jest Pan... taki oficjalny? - zapytała, przekrzywiając delikatnie głowę podobnie, jak czyni to zainteresowany ludzką mową szczeniak. Kosmyk trzymanych z tyłu włosów zsunął się delikatnie po boku twarzy, upadając na ramię, bezczelnie buntując się przeciwko założeniom dziewczyny. Kapelusz, który raczej nie był niezbędnym w kawiarni dodatkiem, położyła na kolanach. - Jeśli nie masz Pan... tffu... nie ma pan nic przeciwko, to może zmniejszymy odrobinę dystans i będziemy mówić sobie po imieniu, tak po prostu? - spytała jeszcze, gubiąc się nieco pomiędzy formą oficjalną a tą bardziej swobodną, którą zresztą od dawien dawna preferowała. I chociaż nie była pewna, czy podobna propozycja powinna wyjść od niej (ponieważ jest kobietą) czy raczej od mężczyzny (który wydawał się pośród tej dwójki być starszym), postanowiła zaryzykować i ją w dość śmiały sposób wysunąć. Cóż, Cam była osobą kulturalną i grzeczną, jednakże z całą pewnością kurs savoir-vivre'u mógłby jej się przydać. Uważała przesadnie demonstrowaną ogładę jako coś sztucznego, krępującego ludzi, nienaturalnego i zbędnego. - Oczywiście jeśli to ma być dla pana kłopot, postaram się przestawić na formę "pan" - dodała, puszczając w stronę towarzysza porozumiewawcze oczko.
Pomimo jego obaw, nie uważała go za głupka. Ani teraz, ani w momencie, kiedy niemal wykrzyczał tak bliskie jej sercu imię, ani kiedy wpadł w dresie do kawiarni powodując mimowolne poderwanie się kilku głów. Dla Camille był uroczo swobodny, nikogo nie udawał i nie chował się z tym,  co - przynajmniej częściowo - grało mu w duszy. Podziwiała go za ową swobodę. Sama naprawdę sobą była tylko na stronach pamiętnika, chociaż dzisiaj i tak było w niej więcej Camille aniżeli kiedykolwiek wcześniej, licząc od momentu felernego wypadku, który raz na zawsze zmienił jej życie. Dzisiaj znowu czuła, iż ma nad nim jakąkolwiek kontrolę.
- Najbardziej zaintrygowało mnie malowanie na ludziach - powiedziała, mrużąc z zaciekawieniem ciemne ślepka. - Bodypaiting czy tatuujesz? 
Równie mocno też ciekawiło ją, czy malując po ścianach posiada zgodę właścicieli, bo w innym przypadku prawdopodobnie mogłaby wysłuchać kilku ciekawych anegdot o ucieczce przed dziadkami z widłami w łapie czy tym podobnych. Nie chciała go jednak peszyć, wyczuwała, iż nie czuje się on nazbyt swobodnie, chociaż pozornie sprawa przedstawiała się odmiennie. Coś w nim nie grało; coś nie pasowało - a ten drobny brak konsekwencji pomiędzy tym, co mówił a sposobem, w jaki to czynił, sprawiło, że postanowiła nieco pohamować własny temperament oraz pewną nadpobudliwość. Nie chciała go przestraszyć nadmiernym ładunkiem energetycznym. Poza tym nieco obawiała się, że mężczyzna odbierze podobne słowa jako jakiś atak na swoją osobę - a tego naprawdę chciała uniknąć. Delikatny uścisk jej dłoni zdawał się również zdradzić pewien brak pewności siebie, potwierdzić jej dotychczasowe obserwacje. Zbyt szybko zaś było, by czegokolwiek mogła być pewną, toteż starała się nie patrzeć na postać Claude'a poprzez pryzmat tychże przemyśleń.
- Ach, kawa, racja! Przecież po to przyszłam do kawiarni! - rzuciła wesoło, pokręcając z rozbawieniem głową i pospiesznie po raz ostatni omiotła spojrzeniem menu, zdając sobie sprawę, że nie dokonała jeszcze wyboru. Prawdę mówiąc bała się podejmować nawet tak błahych decyzji - bynajmniej nie dlatego, że nie miała własnego zdania, lecz z powodu nieco wstydliwego, bała się bowiem konsekwencji jakiegokolwiek ze swoich działań. Głupie, no ale kto tam zrozumie baby? - Chyba poproszę cappuccino - powiedziała w końcu, kiedy kelnerka zjawiła się już przy ich stoliku. Oczywiście standardowo do zamówienia dorzuciła uprzejmy uśmiech. Dłoń, niedawno uściśnięta przez towarzysza, spoczęła delikatnie na ciemnym kapeluszu. Przeniosła spojrzenie na Claude'a jakoby oczekując jego reakcji. 

/ jak gdzieś w pośpiechu źle odmieniłam imię, nie krępuj się zwrócić mi na to uwagi ;)
Odpowiedz
#46 (15.09.2018, 08:13 )
27 lat
malarz, ilustrator
185 cm
Wisienka na torcie

Ich sytuacje rodzinne były zupełnie różne. Jednakże pomimo tego można było stwierdzić, że ich zwieńczenia zaliczały się do podobnych. Zostali wychowani przez ludzi z pozoru obcych, zupełnie nieporównywalnych do prawdziwego rodzica. Claude jednak nigdy tak na to nie patrzył. Postawił swojego adopcyjnego ojca na piedestale, zamiatając przy tym wszelkie jego winy pod dywan. Nie obchodziło go to, że często wracał do domu pijany i zbił kilka wazonów. Nie narzekał kiedy dostawał pasem po tyłku, i nawet nie pisnął o tym słowa w szkole. Z jakiegoż to powodu? Nie było tu zbyt wiele do tłumaczenia, Lovinio był dla niego po prostu dobry. Przynosił mu jedzenie, pomagał w lekcjach i kupował nowe przybory do rysowania. Nie zmuszał go do rzeczy których nie lubił, no może poza uczeniem się na matematykę. Yuu nienawidził tego szatańskiego wynalazku całym swoim sercem. Od czubka swego nosa po same palce u stóp, był on urodzonym humanistą. Przerażał go nadmiar cyferek. Nie widział w nich żadnego ducha, a czysto logiczny zimny ciąg. Nie wspominając już nic o jego ukochanej nauczycielce. Panna ta wydawała się taka miła i ciepła, a nie miała jakichkolwiek oporów przed wdeptaniem ucznia w ziemię. Już pierwszego dnia otwarcie powiedziała mu, że nienawidzi studentów i nie wróży mu świetlanej przyszłości. Ale jej Saitou również nie nienawidził. Lubił żarty którymi rzucała w trakcie lekcji. Nie śmiał się często, ale jej dziwne zlepki wyrazów zawsze trafiały do jego dziwnego poczucia humoru. Z tego też powodu pomimo tego, że nienawidził matmy, wchodził do sali z raczej dobrym nastawieniem. Może i nie wynosił z niej zbyt wiele nowej wiedzy, no ale przynajmniej mu jej nie ubywało. Prawda? Siostra zawsze powtarzała mu, że liczą się chęci. Więc tak długo jak tylko mógł, młody Azjata korzystał z przywilejów jakie dawał mu status ucznia. Uczył się długo i ciężko, większość nieprzydatnych mu w dorosłym życiu terminów pamięta do dzisiaj. Wyniósł też z tej placówki kilka dziwnych nawyków. Jednym z nich było zaś siedzenie nadzwyczajnie sztywno w krześle. Ciekawe czy Camille zauważyła ten śmieszny fakt? 
Saitou ani na chwilę się nie zgarbił, jego nogi znajdowały się w niezmiennej od siebie odległości a on sam raczej nie wykonywał żadnych ruchów. Nie gestykulował podczas mówienia. Jego słowa wydawały się całkowicie wyprane z jakichkolwiek emocji, no może oprócz początkowego zawstydzenia które rozlało się na całą kawiarnie.
Można było również zauważyć jego lekkie zdziwienie kiedy rozmówczyni zaproponowała mu przejście ''na ty''. Nie był do tego przyzwyczajony, jednakże poczuł znajome ciepełko w klatce piersiowej. Miło mu. Lubił kiedy ktoś zacierał granice w tak subtelny sposób, pozwalając mu na to aby zachował komfortowy dystans. Szczerze nienawidził otwartości i skłonności do naruszania przestrzeni osobistej w świecie sztuki.
-Nie chciałem cię po prostu urazić, Camille.- odpowiedział z lekkim uśmiechem. Przez chwilę rozważał również możliwość rozwinięcia swojej wypowiedzi, ale ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Nadal nie mógł jednak powstrzymać całkiem radosnej ekspresji która widniała na jego twarzy. Lithium była urocza. Jej mimika przypominała mu tą dziecka, co czyniło go nieco mniej ostrożnym. Nie zmieniało to jednak faktu, że mogła tylko udawać. Nie chciał więc się zbytnio otwierać, utrzymując całkiem wyraźną ścianę pomiędzy ich osobami.
-Muszę przyznać, że mnie nieco zaskoczyłaś. Nie jestem przyzwyczajony do nieoficjalnych rozmów.- odparł uciekając spojrzeniem w kierunku kelnerki. Co jakiś czas zerkała w ich stronę, najwyraźniej obawiając się, że przeszkodzi w ich rozmowie. Saitou zaś z każdą chwilą miał coraz większą ochotę na ciepły napój. Zmęczył się biegiem, zaś niekoniecznie ciepła pogoda tylko potęgowała jego zachciankę. W sumie to w tym momencie najchętniej poszedłby spać, ewentualnie poprzytulać się ze swoim kotem.
-Bodypainting. Zdarzyło mi się też zaprojektować kilka tatuaży, ale raczej unikam kontaktu z igłami.- pytanie towarzyszki wyrwało go z zamyśleń. Odpowiedział więc szybko i nieco niewyraźnie, zupełnie jakby dopiero co się obudził. Wydawało mu się jednak, że Lithium zrozumiała jego wypowiedź. W razie czego gotów był ją powtórzyć. Mógł też w sumie nieco lepiej ująć końcówkę swojej wypowiedzi. Nie bał się igieł, po prostu nie lubił sprawiać ludziom bólu. Modelki pod dotykiem pędzla chichotały, ewentualnie wzdrygały się lekko przez zimną farbę. Nigdy nie narzekały, nie mdlały i zdecydowanie nie krwawiły. Przy tatuowaniu zaś bywało różnie. A Claude dobrze wiedział, że nie byłby w stanie znieść świadomości, że przez jego działania coś kogoś boli.
-Dzień dobry. Chciałbym poprosić o zieloną herbatę, bez cukru.- dorzucił się grzecznie do zamówienia Camille, przy okazji posyłając kelnerce delikatny uśmiech. Kiedyś dorabiał sobie w kawiarni i dobrze wiedział, że chociażby i jeden przyjazny klient potrafi poprawić nastrój na cały dzień. Przez chwilę podążał wzrokiem za kobietą która za zadanie miała dostarczyć ich zamówienie, jednakże ostatecznie powrócił do swojej towarzyszki. Skupił na niej większość swojej uwagi, co jakiś czas jednak po raz kolejny tracąc chwilowo zainteresowanie.
-Osobiście nie przepadam za kawą. Wypiłem jej zdecydowanie zbyt dużo na studiach.- dorzucił po kilku minutach niekoniecznie komfortowego milczenia. Dobrze dobrał słowa? Nie wie. Nerwowo sięgnął po chusteczkę leżącą na blacie i zaczął zaginać jej rogi. Początkowo wyglądało to raczej śmiesznie, ale z czasem powstała z niej mała żaba. Był już tak wprawiony w origami, że potrafił stworzyć je nawet z wątpliwej jakości papieru. Pomagało mu to się odstresować. Zawsze przed ważnymi wystawami składał sobie małe zwierzątka, nawet jeśli ojciec wciąć powtarzał mu, że to dziecinne.
@Camille Lithium
//Przepraszam, że tak późno. Miałam natłok rzeczy do zrobienia :'d
Odpowiedz
#47 (15.10.2018, 23:50 )
22 lata
rozglądam się
170 cm
wieczny uśmiech na twarzy

@Claude Yuu Saitou przepraszam najmocniej, miałam trochę zamieszania i kiedy już myślałam, że dam radę w końcu z odpisami - znowu coś wypadło :/ 

Camille miała nienaganny zmysł obserwacji ludzi, uchodziła za całkiem spostrzegawczą a zdaniem niektórych śmiałków nawet za bystrą. Dlatego - istotnie - dość sztywna pozycja mężczyzny na krześle nie uszła jej uwadze, jednocześnie jednak nie uważała jej za aż tak ważną, by poświęcać jej znacznie wiele uwagi. Zwłaszcza, że nie musiała koniecznie oznaczać, iż Azjata źle czuje się w jej towarzystwie, a może, całkiem zwyczajnie, krzesło jest niewygodne lub połamane albo samego Claude'a najnormalniej bolą mięśnie po joggingu. Opcji było nazbyt wiele, by wszelkie mądre i podniosłe nowinki typu "wszystkie docierające do nas informacje w podczas rozmowy to w 7% słowa, 38% ton głosu, a 55% mowa ciała" traktowała z niemałym przymrużeniem oka. Zresztą podobno zasada ta pierwotnie odnosić się miała jedynie do niespójnego komunikatu, niemniej to nie rozważania na ten post; nie przy kawie z nowo poznanym osobnikiem! 
Camille, niestety, miała do siebie to, że często mówiła o tym, czego nie przemyśli do końca. Nierzadko więc serwowała uwagi, które - choć zazwyczaj słuszne i celne - nie powinny ujrzeć światła dziennego. Nie jest przecież tajemnicą, że ludzie (wbrew temu, co często próbują nam wmawiać) nie chcą słyszeć wszystkiego. A ona mówiła to, co ślina na język przyniosła, zanim jeszcze komunikaty poddała wstępnej selekcji. Mózg czasami łapał lagi, nic z tym nie zrobisz. Przy Saitou natomiast próbowała się w jakiś sposób hamować, nie chcąc go odstraszyć. Nie chodziło nawet o podejrzenie, iż ma przed sobą fana swojej twórczości (lub przynajmniej osobę świadomą jej istnienia, co dla Cammy nie było aż tak znaczną różnicą!), lecz o zwyczajne zainteresowanie jego osobą. Był inny, niecodzienny, ciekawy. 
Dlatego też sama nieznacznie się przestraszyła, kiedy młodzieniec okazał pewnego rodzaju zaskoczenie. Nie chciała wprowadzać go w żadne zakłopotanie, nic z tych rzeczy! I chociaż dla samej Lithium zwracanie się po imieniu do osób w zbliżonym wieku było czymś absolutnie normalnym oraz naturalnym, szanowała inne postawy (w przypadku obecnego rozmówcy - jak wnioskowała - nieco podyktowane inną kulturą, co zresztą fascynowało ją nie mniej od samej persony). 
- Wiesz, podejrzewam, że tworzymy to samo pokolenie, tak więc nie musisz się obawiać. Nie urazisz mnie - powiedziała dość pogodnie, uśmiechając się wciąż łagodnie, ciepło, przyjacielsko. - Jeśli jednak miałbyś się źle z tym czuć, to jak wspomniałam: mogę się dostosować. Z kolei ja raczej nie przywykłam do podobnego zwiększania dystansu, więc nie ma rady, któreś z nas będzie się musiało nieco nagiąć - rzuciła wesoło, jakby dla demonstracji mocno pochylając głowę w bok, tak, że lewa strona jej szyi napięła się wyraźnie a ciemne kosmyki zsunęły się swobodnie po ramionach, wisząc obecnie niczym kosmata zasłonka w pobliżu prawego ucha. 
W porządku, niejednokrotnie usłyszała, jaka jest infantylna oraz dziecinna. Wiele osób wytknęło jej, jak to zachowuje się nieadekwatnie do wieku; w końcu była taaakaaa dorosła, bo raptem kilka lat temu odebrała dowód osobisty. Stąd też jakże obrazowa demonstracja uginania się, która pewnie mogłaby sprawić, iż zabłąkane spojrzenia klientów lokalu skierowałyby się na jej facjatę. Mogłaby - gdyby nie fakt, że ci byli wyraźnie zajęci własnymi sprawami. Nawet przez moment nie pomyślała, iż próbując w ten sposób rozluźnić atmosferę odniesie wręcz przeciwny skutek - wpędzi młodzieńca w jeszcze większe zakłopotanie. Cóż... Taka po prostu była, cóż można dodać? Szczera, autentyczna, nieco zbyt dziecinna, momentami jednak nazbyt poważna, dla niektórych zbyt gruba, inni wyrzucali, że przesadnie szczupła... Akceptowała siebie, a raczej uczyła się tej trudnej sztuki każdego kolejnego dnia, stawiającego nowe wyzwania i serwującego kolejne doświadczenia. 
- Och, proszę! Niestety, z podobną odmianą sztuki miałam do czynienia tylko w internecie. A jestem pewna, że płaski ekran monitora nie oddaje ani połowy tego, co można zaobserwować na żywo...   - skomentowała, z subtelną nutą żalu, prostując się i odruchem poprawiając włosy, chwytając je delikatnie dłonią i zakręciwszy krótko na śródręczu odsuwając na plecy. 
Spojrzenie brunetki odprowadzało kelnerkę - nie wybrednie, nie natarczywie, lecz całkiem dyskretnie i z niemałą dozą subtelności. Przez głowę przeleciała jej myśl, że laska ma świetne pośladki, a uniform dodatkowo w należyty sposób podkreślił walory dziewczyny. W końcu nawet w pełni heteroseksualne dziewczyny mają prawo do stwierdzenia, iż dana kobieta jest atrakcyjna! Na szczęście przyjemna dla oka pupa pracownicy kawiarni nie odwróciła uwagi brunetki na nazbyt długo - szybko bowiem powróciła spojrzeniem na lica Azjaty, obdarzając go równie nieinwazyjnym wejrzeniem. 
- Rozumiem, że studia dopasowane do artystycznej duszy? - zagaiła łagodnie, z zainteresowaniem spoglądając na kawałek chustki i zastanawiając się, co z niej powstanie. Owszem, o origami słyszała, czasami nawet wpadł w oko jakiś filmik w sieci, tak więc nie tyle myślała nad ogólnym zarysem poczynań sprawnych łapek rozmówcy, ile nad konkretnym stworzeniem czy budowlą (czy czymkolwiek!), co miało powstać. Mimowolnie uśmiechnęła się, kiedy na blacie pojawiła się niewielka żabka. - Ojej, a ja potrafię tylko piekło - niebo - zauważyła z uśmiechem przyklejonym do warg, skinąwszy z uznaniem głową. Dziecinne? Skąd! Wymagające cierpliwości, wyobraźni, ale również wyobrażenia przestrzennego czy myślenia abstrakcyjnego. Dla jednego byle papier - dla innego źródło kreatywności, tworzenia, zmieniania jakiegoś wyrywka świata.
Odpowiedz
#48 (24.07.2019, 17:34 )
28
Właściciel Costa Coffee
180
brak

Środa poranek.
Eric leżał sponiewierany na łóżku. Miał na sobie jeszcze rzeczy, które założył poprzedniego dnia. Czarny podkoszulek i trzy czwarte jeansowe spodnie. Nawet na nogach miał adidasy, trochę brudne, nie wiadomo czym. Ból głowy rozsadzał mu czaszkę, gdy próbował otworzyć oczy, a wiedział, że czeka go jeszcze wyjście z psami na spacer. Położył rękę na głowie tym samym zasłaniając oczy przed rażącymi promieniami słońca. Dzwonek, którego jeszcze nie zdążył wyłączyć niemiłosiernie dzwonił, tym samym sprawiając mężczyźnie jeszcze dotkliwszy ból. Nie za grosz siły, by sięgnąć po dzwoniący telefon. Zniecierpliwione czworonogi biegały po łóżku i po samym Ericu, skomląc cicho, by ich właściciel w końcu ruszył swój zacny zad i wyszedł z nimi na spacer. Katorgą było nie tyle samo wstanie, co zerknięcie na telefon, który wskazywał już 7.05. Za jakieś dwadzieścia minut powinien pojawić się w pracy, żeby móc wszystko przygotować do otwarcia kawiarni. Szybki prysznic, kawa, papieros i wyjście z psami zajęło mu całe piętnaście minut. Miał dla siebie kolejne pięć minut by w szybkim tempie odziać się i znaleźć przed wejściem do Costa Caffee. Tym razem założył na siebie białą koszulkę z czarnym nadrukiem, długie jeansowe spodnie i białe obuwie. Włosy zaczesał do góry. 
Oczywiście spóźnił się. Dopiero za dziesięć ósma otworzył drzwi do kawiarni. Wszedł zrezygnowany do dużego pomieszczenia. Myślał o tym, czemu w ogóle wykupił to miejsce. Mógł przecież żyć z pieniędzy rodziców, ale cóż.. Potrząsnął zamaszyście głową, czego po chwili bardzo pożałował. Mózg obtłukł mu się o czaszkę ponownie przyprawiając go o silne bóle. Do tego wszystkiego żołądek zaczął mu się buntować. Był zdecydowanie za stary na tego typu zabawy. Musi w końcu przystopować. 
Westchnąwszy ciężko znalazł się za blatem, włączył ekspresy do kawy, a także światło przy fotelach. Zawsze lubił ten klimacik. Taki lekki półmroczek panował wewnątrz kawiarni, mimo iż na zewnątrz paliły się lampy. Nie żałował jednak kupna tego miejsca. Dzięki temu mógł poznawać ciekawych ludzi. O dziwo nie tylko do barów, ale również w takich kawiarniach ludzie lubią się żalić, a Eric był bardzo dobrym słuchaczem. Kiedy tylko zrobił dla siebie mocną, czarną kawę z trzema łyżeczkami cukru, wypił za pierwszym łykiem pół kubka. Wziął głęboki oddech zadowolenia. W końcu zaczął w miarę racjonalnie myśleć i począł być bardziej energiczny. Chwycił szmatkę, zamoczył ją i wyżymając począł się rozglądać po pomieszczeniu. Dzień wcześniej całość była umyta. Wszystkie szyby, lustra, ławy i podłogi. Teraz tylko musiał co nieco ogarnąć. Zaczął od zewnętrznych stołów, przy okazji poprawiając źle postawione fotele. Powrócił myślami do kilku dni wstecz, a także do wczorajszego wieczoru. Wtem zrozumiał, że zapomniał o bardzo ważnej rzeczy. Znaczy pamiętał o tym... no ale jednak wypadło mu to z głowy. Niedawno zatrudnił pewną niewiastę. Dziś miała się pojawić... dziś miał być jej pierwszy dzień pracy. Chyba jej powiedział, że ma zjawić się na ósmą. Ale czy dobrze pamiętał...
Odpowiedz
#49 (24.07.2019, 18:01 )
21 lat
studentka, czasem amatorsko gdzieś zagra
166 cm
nie ma

Dla Mallory to był bardzo stresujący dzień i w przeciwieństwie do Erica nie miała najmniejszego problemu ze wstaniem i ogarnięciem się o odpowiedniej porze, bo... prawie całą noc nie spała. Dziś miała rozpocząć swoją pierwszą stałą pracę w życiu. Wiele jej koleżanek z wydziału dorabiało sobie w różnych kawiarniach, barach albo sklepach, żeby utrzymać się samodzielnie na studiach, więc i ona zdecydowała się na zapewnienie sobie jakiego stałego źródła dochodów finansowych. Każdy chce, żeby było mu jak najłatwiej. Wcześniej Mallory zakładała, że powinna utrzymać się z jakichś dorywczych prac, którymi parała się jako studentka aktorstwa. A to jakaś rola statysty w serialu, a to świecenie twarzą na billboardzie reklamującym środki na stonkę i tym podobne... udawało jej się wkręcić w takie prace, owszem, ale po wyprowadzeniu się od rodziców okazało się nagle, że zwykłe życie jest cholernie drogie. Jej wcześniejsze zarobki nie wystarczały, więc poszła w ślady swoich koleżanek i udało jej się złapać do pracy w kawiarni. Wydawało jej się, że to dobra posada dla młodej studentki, do tego w galerii handlowej, gdzie wszystko będzie mieć na wyciągnięcie ręki! To wyglądało na wygodne, bo po skończonej pracy nie będzie musiała daleko biegać do sklepów, żeby zrobić zakupy do domu. Praca baristki też nie wyglądała na bardzo skomplikowaną, kiedy skrupulatna Mallory szukała informacji i kursów w internecie. Sądziła, że da sobie radę, nawet pomimo swoich trudności w kontaktach z ludźmi. W końcu umiała się przemóc na scenie w teatrze i widownia nie była dla niej problemem, więc dlaczego ma nie poradzić sobie z robieniem i przynoszeniem kawy, prawda?
Pojawiła się o umówionej godzinie. Była trochę niewyspana po nerwowej nocy i bardzo przejęta, ale poddenerwowanie wzbudzało adrenalinę, która rekompensowała dziewczynie zmęczenie. Stanęła przed przeszkolonymi drzwiami do lokalu, poprawiła rękawy jasnej bluzki, którą na sobie miała, odetchnęła głęboko i nadszedł moment prawdy. Dłonią nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi, po czym weszła do środka. Jak często w momentach stresowych poczuła, że napięcie rośnie, gdy stanęła twarzą w twarz ze swoim nowym życiowym zadaniem: z pracą, której charakter by dla niej zupełnie nowy. Czy da sobie radę?
- Dzień dobry! - zaczęła od drzwi głośno, żeby dało się ją usłyszeć, ale z lekką dozą niepewności. Może nie powinna się tak drzeć? Cholera, dlaczego te początki są zawsze takie trudne!

@Eric Wright
Odpowiedz
#50 (24.07.2019, 18:19 )
28
Właściciel Costa Coffee
180
brak

Po skończonym wycieraniu blatów, stanął przed blatem i w sumie sam nie wiedział co ma robić. Otwarcie galerii handlowej było o dziewiątej. Jest ósma. Miał sporo czasu, więc jedyne co mógł w tej chwili zrobić to przeglądanie zapasów kawy i herbaty. Było ich bardzo wiele, pamiętał je wszystkie. Pamiętał także jak uczył się wszystkich nazw kaw i herbat, a także tego w jaki sposób robić nieziemskie cappuccino, ale i zieloną herbatę z owocami. Z całkiem miłych wspomnień wyrwał go donośny głos od wejścia. Uniósł głowę i dojrzał młodą, niewysoką, aczkolwiek uroczą dziewczynę. Tyle zdołał zauważyć, gdy tylko weszła do środka. Kącik jego warg uniósł się delikatnie ku górze. Odstawił worek z kawą na blat i wyszedł zza lady. Należało przyzwoicie się przywitać z pracownicą. Musiało coś w niej być skoro bez żadnego „ale” przyjął ją do pracy. Żeby nie wyglądać na gbura pozwolił sobie na relaksujący uśmiech, jej stres chyba przeszedł na niego. Podchodząc do dziewczyny wyciągnął rękę przed siebie.
- Witaj – powiedział chyba zbyt radośnie jak na taką godzinę i jego samopoczucie. Ale dlaczego miałby zachowywać się jak dupek przez kaca. – Jak samopoczucie? - spytał rześko, aby poczuła się lepiej. – Jestem Eric Wright, od dziś razem pracujemy. – dodał wchodząc głębiej do wnętrza, przy okazji patrząc na pracownicę zachęcająco.
Bądź co bądź to był jej pierwszy dzień tutaj, nie mógł pozwolić by po tym jednym dniu stwierdziła, że szef jest dupkiem i zaraz zrezygnuje.
Podszedł do drzwi prowadzących na zaplecze, otworzył je i jak dżentelmen usunął się tak, aby dziewczyna bez przeszkód mogła wejść do wnętrza.
- Uhm.. to jest pomieszczenie tylko dla personelu. – – zagadnął, aby wyjaśnić dlaczego zaprasza ją do jakiegoś ciemnego pomieszczenia z tyłu kawiarni. Przecież nie mógł wyjść na jakiegoś pedofila czy zboczeńca. - Zapraszam… postaram się wyjaśnić.. uhm.. co dziś będziesz robiła…
Sam dokładnie nie wiedział co jej dziś zleci. Może z początku zapoznanie się z tajnikami kaw i herbat. Może kontakt z klientem.. ale czy to nie będzie za wcześnie. Póki co niech dziewczyna się rozluźni.

@Mallory Myers
Odpowiedz





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości