welcome to
Yellowlair Oats



#1 (29.10.2019, 23:44 )
"No one knows what its like to be mistreated, to be defeated behind blue eyes"

Melody Heyward


dane podstawowe
DATA URODZENIA12.10.1994
MIEJSCE URODZENIABelfast, Irlandia Północna
ZAWÓDtancerka, aktorka
STAN CYWILNYpanna
ORIENTACJAbiseksualna
WYKSZTAŁCENIEBachelor in Acting (Royal Academy of Dramatic Art)
STATUS FINANSOWYprzyzwoity
JĘZYKIangielski, irlandzki, francuski
DZIELNICAKindly Angles
PROBLEMY ZDROWOTNEbrak
WIZERUNEKJoanna Opozda
biografia
Czasami za dużo myślę. Zbyt mocno analizuję, a najmniejszy drobiazg potrafi wywołać w mojej głowie nieskończony korowód myśli i wspomnień, które później, zniekształcone jak w ciemnej grotesce, powracają do mnie nocą. Właściwie to nie lubię śnić. Senne obrazy są dla mnie jak pułapka, z której nie potrafię się wydostać, lecz jak na złość śnię bardzo dużo i mam wrażenie, że to męczący sposób, w jaki moja enigmatyczna podświadomość usiłuje mi coś przekazać.

O, na przykład ostatnio! Śniło mi się, że chodzę na czworaka po pstrokatym dywanie i próbuję znaleźć jego brzeg, czując przemożną potrzebę zajrzenia pod niego, a gdzieś nad moją głową grzmi mieszanina głosów. Śmiech dziecka, jakby zwielokrotniony do wielkiego chóru. Jest potwornie nieprzyjemny i czuję, że pod jego wpływem łzy cisną mi się do powiek, choć nie rozumiem dlaczego. Po pobudce w lot pojęłam, skąd ten sen. Był karykaturą najstarszego z pamiętanych przeze mnie wspomnień, może niewinnego, ale w mojej głowie żywego, choć minęło dwadzieścia lat. Miałam cztery latka, gdy bawiłam się ślubną obrączką mamy, a ta wypadła mi z rąk i potoczyła się gdzieś pod kanapę. Brat nastraszył mnie wtedy, że obrączka to ważny symbol i jeśli jej nie znajdę, rodzice będą musieli się rozwieść. Nigdy nie zapomnę tej paniki i gorączkowego przebierania małymi rączkami po tym pstrokatym dywanie, by ją znaleźć. On się śmiał, ale ja byłam bliska płaczu. Dobrze pamiętam ten dywan i mieszkanie... pamiętam też, że niedługo później przeprowadziliśmy się do pięknego domu na przedmieściach Belfastu.

Kilka dni temu miałam inny sen, idiotyczny i wciąż mnie bawi. Byłam na zawodach łyżwiarskich, a po lodowisku krążył mój pierwszy nauczyciel teorii muzyki, profesor Mayfield. Gdy ów nobliwy pan odbijał się od tafli płozami łyżew, jego opasły brzuch falował, a krawat fruwał gdzieś za krótką szyją jak ogon, który wyrósł w złym miejscu. Ciekawe, czy profesor jeszcze żyje? Teoria muzyki była moją zmorą, ale jego dobrze wspominałam. Ostatni raz widziałam go, gdy przyszłam się pożegnać po rezygnacji z nauki... Mojej mamie nie podobało się, że jestem chłopczycą, a że miała artystyczne korzenie, zapisała mnie do muzyka, bym, jak to mówiła, nabrała kobiecej wrażliwości i zrozumienia dla sztuki. Byłam sześciolatką, gdy rodzice zapisali mnie do klasy fortepianu i myślę, że ten ich ruch naznaczył resztę mojego życia. Nie widziałam siebie w roli pianistki, ale odkryłam piękno muzyki. Jej szlachetność, ale zarazem matematyczność. Rytmikę. I... chyba właśnie idąc drogą poczucia rytmu, dotarłam do mojej największej pasji. Odkrywałam ją etapami - najpierw szkoła muzyczna, później łyżwiarstwo figurowe, a na końcu taniec.
Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City, tyle im zawdzięczam! Pamiętam, że jako ośmiolatka zupełnie przypadkiem obejrzałam zawody solistów w łyżwiarstwie figurowym i to była miłość od pierwszego wejrzenia. Zakochałam się w subtelności ruchów, gracji, emocjach, pięknie akrobatycznych wręcz figur, piruetów i zdumiewających skoków. Wicemistrz ze swoją magiczną interpretacją muzyki stał się moim idolem, łyżwiarstwo - największym marzeniem. Prawie zamęczyłam mamę o zapisanie mnie do klubu łyżwiarskiego, nie zdając sobie sprawy, że osiem lat to za dużo jak na start dla zawodowej łyżwiarki, a Irlandia Północna - jak i cała Wielka Brytania - nie ma żadnych łyżwiarskich tradycji i nigdy bym się tutaj nie wybiła w tym pięknym sporcie. Dla świętego spokoju mama zapisała mnie na lekcje tańca. Sporo razy usłyszałam, że mam doskonałe wyczucie rytmu i świetnie się ruszam, a że lubiłam ruch i aktywność fizyczną, postanowiłam spróbować. To był strzał w dziesiątkę. Dostałam się do Clarke School of Dancing. W Anglii ta nazwa może niewiele mówić, ale to jedna z najlepszych szkół tańca w Irlandii Północnej. I wtedy zaczęłam dawać z siebie jak najwięcej. Szybko przekonałam się, że taniec to nie tylko wrodzone wyczucie rytmu i wysportowane ciało. To były naprawdę wykańczające treningi, ale dawały mi ogromną satysfakcję, więc nie chciałam rezygnować. Rodzice czasem mieli do mnie pretensje, bo więcej wysiłku wkładałam w te treningi niż w naukę w szkole, ale chyba wiedziałam, co robię. Albo tylko mi się tak wydawało. Pierwsze drobne sukcesy i wygrane konkursy miałam jako dwunastolatka, a mój apetyt rósł w miarę jedzenia.

W tamtych latach powtarzał mi się często koszmar, który lubi nawiedzać mnie do dziś, choć nie jest już aktualny. Śniło mi się, że mój tata biegnie piaszczystą drogą, w całym żołnierskim mundurze i rynsztunku, gdy nagle pod jego stopą wybucha mina. Budziłam się, gdy huk mieszał się z wyrzuconym w powietrze tumanem piasku i krwią mojego ojca. To nie był przypadkowy sen, tylko realne zobrazowanie strachu, który nosiłam w sercu jako wczesna nastolatka. Ojciec był zawodowym żołnierzem. Bywał potwornie zasadniczy i surowy, a dziś powodu tego dopatruję się właśnie w jego zawodzie. Gdy miałam dziesięć lat, tata wyjechał na misję do Afganistanu. Camp Bastion, nigdy nie zapomnę tej nazwy. Pamiętam, jak przed wyjazdem opowiadał mnie i starszemu rodzeństwu, że nic mu nie grozi, że to pokojowa misja i niebawem wróci. Przez dwa lata nasłuchiwałam wieczornych wiadomości i drżałam o niego, słuchając, jak dzieci w szkole straszą mnie, że ojciec na pewno nie wróci. Wrócił, ale... inny niż wcześniej. Znacznie gorszy.

Dwa tygodnie temu wyrwałam się ze snu, w którym podczas trzęsienia ziemi próbowałam ustać na nogach we własnym mieszkaniu i uskakiwałam przed przedmiotami, które pod wpływem drżenia budynku wypadały z półek. Drzwi szafek otwierały się i zamykały, nieznośnie hałasując. I może się wydawać, że ten sen to nic takiego, ale już po nim nie zasnęłam. Bałam się zmrużyć oczy, więc włączyłam telewizor i do rana oglądałam wróżkę, która naciągała ludzi na drogie połączenia telefoniczne - bo nic innego w telewizji o tej porze poza soft porno nie nadają. Ten sen był pełen wspomnień. Wspomnień takich cholernych trzęsień ziemi i trzaskających drzwiczek szafek. Mój ojciec był wojskowym, tak - i nie była tylko praca, ale też przedziwna, niezrozumiała dla mnie pasja. Pasja do militariów, wojskowych zasad i próba osiągnięcia archetypicznego ideału męskości. Od najmłodszych lat żyłam w rygorze, jaki wprowadzał w domu. Nasiąkł nią w znajomych jednostkach, a misja, która na parę lat rozdzieliła naszą rodzinę, pogłębiła jego wojskowe ciągoty. Być może to wynik stresu spowodowanego niepewnym jutrem? Może środowisko, którym przesiąkł? A może wydarzyło się w Afganistanie coś jeszcze innego, co zerwało w jego umyśle linki hamulcowe, z zawodu i pasji robiąc obsesję. Wyczekiwałam jego powrotu, lecz gdy wrócił - marzyłam, by znów wyjechał. Wprowadził szaleńczą dyscyplinę do naszego domu. Perfekcja, punktualność, przestrzeganie zasad, stworzonych przez niego regulaminów, bezgraniczne posłuszeństwo... ojciec potrafił o drugiej w nocy wpaść do pokoju, który dzieliłam z siostrą, obudzić nas włączeniem światła i przejrzeć nasze szuflady i szafy. Nieraz, gdy jego zdaniem niestarannie poukładałyśmy nasze rzeczy osobiste, wyszarpywał nas z łóżek, wyrzucał na podłogę zawartość szafy, szafek, półek... i kazał układać wszystko od nowa. Jeżeli znów zrobiłyśmy to źle, powtarzał aż do skutku. A rano wychodziłyśmy do szkoły i musiałyśmy zdobywać dobre stopnie, bo złych ocen nie tolerował.
Nie tolerował również mojej kariery tanecznej, która w tamtym okresie szybko rozwijała się na poziomie młodzieżowym. Nie uważał tańca za wartościowy sport, nie doceniał kolejnych osiągnięć, umniejszał je i stawiał jako przykład starszą siostrę, która tylko dla świętego spokoju amatorsko uprawiała sztuki walki. Nie brała udziału w zawodach, na jej półkach nie pojawiały się kolejne błyszczące puchary, ale zajmowała się "prawdziwym" sportem. Moja pasja była kością niezgody przez długi czas i wywołała wiele awantur, w których ojciec wykazał się agresją. Nie mogłam wytrzymać w tym domu, a frustrację wyładowywałam na parkiecie. W tamtym okresie jako zbuntowana solistka.

Gdy byłam nastolatką, przez wiele lat powracał do mnie koszmarny sen, w którym budziłam się w rodzinnym domu, napotykałam wzrokiem stojących nad moim łóżkiem rodziców i słuchałam z narastającym bólem bezsilności, że znów będę tu mieszkać i muszę to zaakceptować. Sen był krótki, budziłam się z niego szybko, ale - pozostawiał dreszcz przerażenia. Zanikał powoli, w miarę odzyskiwania spokoju ducha, a za jego podłoże uważam strach o powrót do starego porządku, do pełnej rodziny. Mama odeszła, a w zasadzie uciekła od ojca razem z nami, wykorzystując jego nieobecność, gdy miałam 14 lat. Początkowo zamieszkaliśmy we czworo kątem u dziadków, później mama wynajęła niewielkie mieszkanie, w którym było ciasno, ale czuliśmy się w końcu bezpieczni. Bez tyrana piastującego stanowisko głowy rodziny. Kolejne miesiące pamiętam jako sądowe szarpaniny rodziców, niemniej ich finału byłam dziwnie pewna. Ojciec wreszcie zniknął z naszego życia i mogliśmy odetchnąć. Mama nigdy już nie stworzyła nowego związku, zamykając się w sobie i niechęci do mężczyzn, w której efekcie uczulała nas na płeć przeciwną. Kochała tylko mojego brata i własnego ojca - inni faceci mogli dla niej nie istnieć. Z perspektywy czasu żal mi jej, bo ewidentnie potrzebowała psychologa... lecz byliśmy zbyt młodzi, by posłuchała naszych rad.

Lubię sen, który czasem do mnie powraca, napawając słodką nutką nostalgii. Nie widzę w nim wiele, tylko światła tańczące wokół mnie, mrok widowni i bezkształtne plamy kolorów, które migają wokół mnie, gdy wiruję w tańcu. Słyszę natomiast ogniste rytmy salsy i skrzypienie drewnianej podłogi pod stopami. Czuję dotyk. Ciepłe męskie ręce chwytają moje dłonie, obejmują mnie w talii lub błądzą po krzywiznach ciała. Wokół unosi się ogień emocji, ekscytacja i radość. Lecz... to wszystko jest zaskakująco niewinne, pozbawione seksualnego napięcia. W ten sposób moja podświadomość przypomina mi o pierwszych ogólnokrajowych zawodach, które wygrałam w parze tanecznej. Choć początek był trudny, szalenie porwała mnie sportowa droga przemierzana we dwoje. Nie miałam dużego wyboru - po rozwodzie mama nie miała tylu pieniędzy, by opłacać moje taneczne fanaberie tak, jak w przeszłości, a koszty choćby zapisów na turnieje były niższe w przypadku tańców towarzyskich, ot, dzielone na pół. Jako piętnastolatka stanęłam przed wyborem - para lub koniec sportowych marzeń. Nie zastanawiałam się! Mój pierwszy partner był sympatycznym chłopakiem, którego podsunął mi ówczesny trener i dobrze się dogadywaliśmy. Ne mieliśmy zbyt wielu punktów wspólnych w życiu prywatnym. ale na parkiecie istniała między nami sportowa chemia. Choć nadal rozwijałam się jako solistka, swoją karierę sportową oparłam na tańcu towarzyskim.

Niedawno śnił mi się paskudny koszmar. Szłam ulicami Londynu i nie znałam języka, w którym rozmawiali przechodnie. Nie rozumiałam, co mówią, nie potrafiłam odczytać szyldów na sklepowych wystawach - jak zagubiony w obcym kraju turysta. Nie umiałam powiedzieć, kim jestem, co tam robię - ulice zdawały się znajome, poszukiwałam czegoś między nazwami sklepów i lokali, lecz to tajemnicze, poszukiwane przeze mnie miejsce nie chciało się odnaleźć. Błądziłam skołowana i przestraszona, a niebo ponurzało w zapadającym zmroku. Obudziłam się zmęczona i z rozkołatanym sercem - wciąż zastanawiam się, co mógł oznaczać ten sen. Może zawierał cząstkę moich starych obaw, kiedy to wyjeżdżałam na studia do Londynu? Jako dziewiętnastolatka zdecydowałam, że chcę wprowadzić moje taneczne umiejętności na jeszcze wyższy poziom i wyjechałam z Belfastu, by studiować sztukę na Akademii Królewskiej. Zabawne, że wybrałam kierunek aktorski - niemniej najbardziej odpowiadał mi zakresem wiedzy. Kształcił nie tylko w sztuce tańca, ale rozwijał również talenty aktorskie, muzyczne, wokalne - wszystko, co mogło poszerzyć moje umiejętności interpretacji muzyki na scenie i kto wie, być może przydać się kiedyś, kiedy przejdę już na sportową emeryturę?
W Londynie szybko wpadłam pod skrzydła nowego trenera, który uznał, że będę idealną partnerką dla jego wieloletniego podopiecznego. Steven, bo tak miał na imię mój nowy partner na parkiecie, był o dwa lata starszym ode mnie chłopakiem, którego kobiety interesowały jedynie jako koleżanki... cóż, skłamałabym, mówiąc, że mi to nie odpowiadało. Nigdy nie chciałam niepotrzebnych miłostek w tańcu, zresztą moje oczy uciekały ku pięknościom mojej płci. W tamtym czasie też weszłam w pierwszą poważną relację uczuciową. Z Kayleigh, czarnowłosą studentką z mojego wydziału, spędziłam kolejne trzy lata życia i początkowo czułam się naprawdę szczęśliwa.

Czasem sny są jak niemy krzyk podświadomości, która błaga o litość udręczony stresem umysł. Mam wrażenie, że potrafię takie rozpoznać, zrozumieć, ale ucieczka od nerwów nie zawsze jest możliwa. Pamiętam serię snów, które powtarzały się cyklicznie przez dwa ostatnie lata moich studiów i nie były przypadkowe. Wiedziałam, skąd się biorą, lecz długo nie mogłam nic poradzić na to ostrzeżenie umysłu. W tych snach stałam w grupce młodych dziewczyn, których twarze rozmyte były i nieosiągalne dla mojego wzrok. Ściskałyśmy się w kącie jasnej sali, jakbyśmy dotykiem swoich ciał próbowały dodać sobie otuchy. Wszystkie w tych samych, skąpych dość kostiumach. Bałyśmy się, odczuwałam ten zbiorowy strach, który przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. Czekałyśmy na coś lub na kogoś, lecz ten nie nadchodził.
A później się budziłam, dobrze wiedząc, kim byłyśmy i na kogo czekałyśmy. Drugi i trzeci rok studiów spędziłam studiując w indywidualnym toku nauczania. Nie chciałam przerwać kierunku, który zupełnie mnie porwał, ale właśnie wtedy, jako młodziutka, 21-letnia dziewczyna zyskałam ogromną szansę w mojej karierze. Wygrałam casting do grupy tanecznej jednej z wiodących brytyjskich wokalistek pop. Byłam tylko jedną z anonimowych dziewczyn, które w zwartym szyku tańczyły gdzieś w tle sceny - ale to było jak spełnienie marzeń, zwłaszcza dla mnie, wówczas tak młodziutkiej, zbierającej dopiero doświadczenia poza zawodami tańca towarzyskiego! Okazało się, że to zajmująca praca, a ja, zamiast zrezygnować ze studiów, ciągnęłam zarówno naukę, nową obiecującą pracę i treningi ze Stevenem, nie chcąc rezygnować z osiągnięć sportowych. Kosztowało mnie to wiele wysiłku i musiałam zapomnieć o intensywnym życiu towarzyskim, lecz nie żałuję - choć była to droga wyboista i kręta.
Było nas dziesięć i zżyłyśmy się na setkach ciężkich prób, a później w zachwycającym, acz intensywnym tournee, które przeprowadziło nas przez całą Europę i zahaczyło o Amerykę. Wszystkie miałyśmy zbliżony wiek, więc świetnie się dogadywałyśmy... lecz w kontaktach z główną gwiazdą było znacznie gorzej. Gwiazdeczka, być może psychicznie nieprzygotowana na wybuch światowej sławy, okazała się kapryśna, kłótliwa i nieznośna. Jednego wieczoru potrafiła się z nami bawić na afterparty po koncercie, innego - wyżyć się na którejś z nas, stosując daleko posuniętą przemoc psychiczną. Podejrzewam, że każdy miał jej dość. Od pracowników technicznych po jej własnego managera. Wytrzymałam dwa lata, a w tym czasie skład naszej grupy ulegał częstym rotacjom, gdy kolejne dziewczęta nie wytrzymywały presji i humorów wokalistki. W końcu po dwóch latach przyszedł czas i na mnie. Odeszłam po powrocie z krótkiej amerykańskiej trasy, pragnąc odpocząć psychicznie, skupić się na dyplomie i spróbować naprostować miłosne drogi, w których razem z Kayleigh zabłądziłyśmy, tworząc wiele ostrych zakrętów. Ostatniego celu nie osiągnęłam, pierwsze dwa - wyszły mi doskonale.

Bardzo nie lubię koszmaru, który nawiedza mnie od czasu do czasu, odkąd jestem singielką. Krążę w nim po rodzinnym Belfaście, odwiedzając znajome miejsca - starą szkołę, ulubioną salę taneczną, dom rodzinny, kawiarnię odwiedzaną z przyjaciółmi. W każdym z tych miejsc spotykam bliskie mi osoby z rodziny, przyjaciół, nawet dalekich znajomych, lecz nikt mnie nie poznaje. Nie znają mnie. Choć ja doskonale ich pamiętam i płaczę, krzycząc rodzeństwu w twarz, że jestem Melody, ich najmłodszą siostrą, oni patrzą na mnie jak na wariatkę. Po tym śnie dopada mnie tęsknota za domem. Czy może być oznaką strachu przed samotnością? To bardzo prawdopodobne. Po rozstaniu z Kayleigh i ukończeniu studiów na poziomie BA wyjechałam do Tyne And Wear. Dostałam pracę w teatrze w Newcastle, ale zamieszkałam w Yellowlair Oats, urzeczona malowniczością tego miasta. Zaczęłam życie w zupełnie nowym, obcym mi miejscu, nie znając nikogo. Mając jedynie psa. Chyba nie jestem stworzona do życia bez towarzystwa, bo choć szybko zbudowałam tu sobie grono znajomych, obawa przed samotnością pozostała i od czasu do czasu odradza się w formie tego nieznośnego koszmaru. Choć... czy mam powody, żeby się bać? Wciąż mam wielu znajomych w Londynie, Belfaście, tu na miejscu. Nie palę za sobą mostów, a Londyn wciąż odwiedzam w związku z różnymi obowiązkami zawodowymi.

Gdy mi na kimś zależy, martwię się. Często bezzasadnie. Gdy ojciec był w Afganistanie, śniłam koszmary o jego śmierci. Kiedy mieszkałam w bloku z niezabezpieczonym balkonem, prześladował mnie sen, w którym mój psiak wbiegał na balkon i wypadał z niego przez lukę między szczeblami barierki. Nieraz też śniłam koszmary o wypadku samochodowym, w którym ginął Steven, mój wieloletni partner taneczny i przy tym serdeczny przyjaciel. Czasem ja udawałam się do Londynu, by z nim poćwiczyć, czasem to on przyjeżdżał tutaj. Zawsze odczuwałam strach, że w drodze może mu się coś stać i choć nie zginął na szczęście - wcale nie skończył dobrze. Gdy ostatniej zimy zamarzył o malowniczych Alpach i wyjechał z partnerem na Sylwestra, zazdrościłam mu dalekiej i niezapomnianej podróży. Do czasu, a mianowicie do chwili, w której odebrałam telefon od jego chłopaka, który poinformował mnie, że Stevie zderzył się z kimś na stoku narciarskim i spadł z niego, koziołkując aż do podnóża wysokiej góry. Skończył z wieloma złamaniami, w lewej nodze na tyle poważnymi, że wymagały ustabilizowania pogruchotanej kości śrubami.
W ten sposób pożegnałam się z najlepszym partnerem tanecznym, jakiego miałam w życiu. Lata wspólnych treningów, występów, zdobytych tytułów, po których błyszczące puchary wciąż zdobią moje mieszkanie... nie potrafiłam mieć do niego pretensji, ale długo nie mogłam pogodzić się z tą stratą i na nic brzmiały słowa pocieszenia znajomych, że mogę kontynuować sportową karierę z kimś innym. Z kim? W mojej klasie nie ma zbyt wielu tancerzy, a większość z nich tworzy pary od lat i nie wyobrażają sobie pracy z kimś innym. Nie miałam perspektyw na znalezienie kogoś nowego, więc pożegnałam się z tańcem sportowym. Tak przynajmniej sądziłam.

Sen z wczorajszej nocy zalicza się do tych, które rozpamiętuję szczegół po szczególe, choć wolałabym go zapomnieć. Drewniany parkiet skrzypiał pod stopami, gdy w kusicielskich rytmach rumby drażniłam zmysły partnera. Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku choćby na sekundę, kiedy moje ciało wykonywało znajome sekwencje ruchów, robiąc to z zaskakującą mnie nutą dusznego erotyzmu, nad którym zupełnie nie panowałam. Moje spojrzenie chłonęło widok ciemnych oczu partnera, w których czaił się zaczepny błysk, przystawało na pełnych ustach, kusząco wygiętych teraz w lubieżnym uśmiechu, badało każdy wyraziście zarysowany mięsień, który budował jego zgrabny tors... właściwie, dlaczego nie miał na sobie koszuli? A czy ja byłam kompletnie ubrana? Czułam, jak mocniej chwyta moją dłoń i gwałtownie przyciąga do siebie w finale tych tanecznych igraszek, a nasze rozgrzane ciała zwierają się w gorącym uścisku, gdy jego ręce zaplatają się na mojej talii. Nasze spojrzenia stapiały się w gorącą jedność, a usta dzieliły centymetry, milimetry...
I cokolwiek miało się wydarzyć dalej, główny bohater marzenia sennego nie pozwolił mi się dowiedzieć. Gdy te nęcące wargi miały wreszcie spotkać się z moimi, ze snu wyrwał mnie pisk telefonu, a twarz roztańczonego kusiciela rozpłynęła się przed moimi oczami. Zamiast niej ujrzałam sufit sypialni. Sięgnęłam po ten nieszczęsny telefon i serce skoczyło mi do gardła, gdy na ekranie zobaczyłam imię Taehyuna. To była wiadomość, że musimy odłożyć dzisiejszy trening, bo ma ważną próbę w Londynie. A ja? Gdybym powiedziała, że nie poczułam ukłucia rozczarowania, dopuściłabym się kłamstwa. Pod wpływem tego snu byłam bliska odpisania, że żałuję - ale nie wiedzieć czemu moje palce wystukały odpowiedź "przynajmniej nie będę musiała na ciebie patrzeć".
Taehyun Shin pojawił się w moim życiu niedługo po wypadku Stevena. Mój trener pewnego dnia przedstawił mi tancerza, którego partnerka wycofała się na dobre i zasugerował, że powinniśmy razem kontynuować karierę sportową... lecz nasze pierwsze spotkanie nie wypadło chyba tak, jak sobie wyobrażał. Drugie, trzecie i dziesiąte też nie. Taehyun okazał się wybitnym tancerzem, utytułowanym, wyćwiczonym, pięknym... i mogłabym wymieniać dalej jego zalety, ale dla mnie był przede wszystkim denerwujący. Drażniło mnie w nim wszystko. Od sposobu mówienia, przez sposób bycia aż do sposobu, w jaki żartował, ale jednocześnie na parkiecie pojawił się między nami jakiś zwierzęcy magnetyzm, który sprawił, że powiedziałam tak. Spodobał mi się jego styl, sposób prowadzenia, pewność siebie i to nieuchwytne, nieopisane słowami "coś", co sprawiło, że nasza pierwsza próba okazała się ekscytująca bardziej niż którykolwiek mój występ ze Stevenem - lecz im dalej w las, tym więcej drzew. Kolejne wspólne treningi obnażyły nasze różne podejście do tańca i do partnera. Parkiet stał się areną walki o dominację, pełną kłótni i napięć, gdy tylko ucichała muzyka. Lecz gdy rozbrzmiewała... ach! Los postawił przede mną ogromną szansę w postaci koreańskiej gwiazdy tańca i byłabym idiotką, gdybym tej szansy nie wykorzystała tylko dlatego, że prywatnie go nie polubiłam. Albo znienawidziłam. Albo się zakochałam. Albo wszystko na raz, a ja jestem blondynką nie tylko fizycznie i nie potrafię zmieścić w głowie tego, co siedząc w moim sercu, podsuwa mi takie sny jak dzisiejszy, każe tęsknić i marzyć, a w towarzystwie Shina zmieniać się w jeżozwierza, który kłuje boleśnie, niezależnie od której strony on próbuje do mnie podejść. Taehyun budzi we mnie emocjonalny niepokój. Męczy i denerwuje, a zarazem fascynuje i zachwyca. Kwestionuje moją orientację seksualną, której czułam się pewna przez ćwierć wieku. Jest groźbą relacji, jakich zawsze unikałam z partnerami. Przyciąga jak magnes, a ja opieram się jego sile wzbudzoną jeszcze w dzieciństwie mizandrią. Miesza mi w głowie, a ja nie potrafię zrozumieć samej siebie. A może ja wcale siebie nie znam?
rodzina & miłość
RODZICEDiane & David Heyward
RODZEŃSTWOPaul Heyward, Suzy Tyler
DZIECIbrak
DALSZA RODZINACathal Baryshnikov - kuzyn
STATUS ZWIĄZKUzaręczona
PARTNERTaehyun Shin
BYLI PARTNERZYKayleigh Holmes
osobowość
TYP OSOBOWOŚCIambiwertyczka
ZABURZENIAbezsenność, arachnofobia
PRIORYTETYkariera
GRUPYSaturn (40%), Wenus (30%), Neptun (30%)


kilka słów więcej...
Nie jest ani stuprocentową ekstrawertyczką, ani introwertyczką. Łączy cechy obu tych typów osobowości, tworząc mieszankę charakterologiczną właściwą jedynie dla niej. Nie brak jej energii, choć nie czuje potrzeby, by szumieć bez przerwy. W dostosowywaniu się do sytuacji życiowej jest wyjątkowo elastyczna - potrafi zarówno żyć na pełnych obrotach i wkładać w każdy dzień wiele energii i wysiłku, jak i usiąść w domowym zaciszu, delektując się spokojem i słodkim lenistwem.
Lubi postawić na swoim w małych sprawach, ale w kwestiach istotniejszych bywa nieasertywna i odczuwa czasem lęk przed podjęciem poważnych decyzji. Woli zrzucić ciężar decyzji na kogoś innego i dostosować się - choć ma bardzo babskie podejście i zostawia wybór komuś, a później zaczyna grymasić, aż efekt końcowy wychodzi zupełnie odwrotny. Łatwiej jej powiedzieć czasem, czego nie chce, niż zdecydować, na co dokładnie ma ochotę. W drobnych sprawach dnia codziennego może okazać się uciążliwa, do upadłego walcząc, by postawić na swoim i bywa nieznośnie uparta. Zdrowy balans między ekstrawertyczną natarczywością a introwertycznym wycofaniem sprawia, że nie jest denerwująca i przesadnie ekspresyjna, ale jednocześnie pozostaje otwarta na świat, chętna do nawiązywania relacji interpersonalnych i całkiem towarzyska. Jest pogodną osobą, lubi otaczać się pozytywnymi ludźmi i unika atmosfery presji, napięcia czy przygnębienia. Niczego nie znosi tak, jak narzekania. Nie jest w stanie zaprzyjaźnić się z osobą, która na pytanie, co u niej dobrego, nie potrafi odpowiedzieć więcej niż jednym zdaniem, a narzeka godzinami. Poza tym jednym typem jest w stanie dogadać się z każdym, choć osoby przesadnie krzykliwe lub odtrącające otoczenie potrafią ją szybko zmęczyć.
Jaka jest na zewnątrz? Nie brak jej pewności siebie na co dzień, nie boi się odezwać do obcej osoby, pokłócić kiedy trzeba czy wbić się w zupełnie nieznane otoczenie. Jest też świadoma swoich kobiecych atutów i nie obawia się ich wykorzystywać dla osiągnięcia własnych celów - kiedy ma jej to pomóc, potrafi uśmiechnąć się, spojrzeć uwodzicielsko w oczy i zakręcić na palcu kosmyk jasnych włosów. Pomimo dużej odwagi, pozostaje subtelna i taktowna. Wie, na jak wiele szczerości może sobie pozwolić i jak ubrać myśli w słowa, by nie sprawić przykrości - wie też doskonale, co powiedzieć, by umyślnie zranić. To zasługa rozbudowanej empatii, która pomaga jej zrozumieć ludzi, wczuć się w ich sytuację i często po pierwszych nerwach nie pozwala jej dłużej się na nich gniewać - wystarczy, że opadną emocje, a Melody przemyśli źródło konfliktu, by zrozumieć motywację drugiej strony. Lubiane osoby nieraz tłumaczy na siłę, jakby obawiała się dostrzec niewygodną prawdę na ich temat. Błądzi czasem i oszukuje samą siebie w sferze emocjonalnej, ale poza nią jest typem realistki ze skłonnością do optymizmu. Mierzy siły na zamiary, nie daje pozytywom zakłócić trzeźwej oceny i potrafi obiektywnie określić możliwości swoje i innych, zna własne ograniczenia. Boi się rozczarowań, więc gdy patrzy w przyszłość, trzyma się twardego realizmu i nigdy nie zakłada, że coś na pewno jej się uda lub osiągnie wymarzone cele. Z kolei w stosunku do tego, co już się wydarzyło, stara się być optymistyczna. Szuka jakichkolwiek plusów, zwłaszcza w negatywnych doświadczeniach, czasem robiąc to na siłę, byle tylko znaleźć ich zasadność.
Jej twarde stąpanie po ziemi i odwaga kończą się, gdy przekracza sferę własnych uczuć i emocji. Mimo że wygląda na pewną siebie i niezłomną, w duszy ma wiele obaw. Bywa, że nie umie poradzić sobie ze swoimi uczuciami. Rzadko uzewnętrznia się z nimi, pozwalając im narastać do niebotycznych rozmiarów, a dopiero gdy zaczynają ją przerastać, gwałtownie wybucha. Często w zetknięciu z własnymi lękami reaguje agresją. Ma analityczny umysł: krótką wiadomość potrafi rozłożyć na czynniki pierwsze, analizować, rozmyślać i szukać drugiego dna - to cecha, która czasem ją gubi, innym razem okazuje się pomocna. Dzięki niej Melody wyciąga ze swoich doświadczeń wiele cennej nauki i rzadko powtarza stare błędy, ale czasem jej myśli galopują zbyt daleko i dopuszczają się wybujałych nadinterpretacji. Ma silne skłonności do eskapizmu. Często zamiast stawić czoła problemom, woli dusić się w nich lub udawać, że nie istnieją i tylko w świecie swoich marzeń i wyobraźni kreślić scenariusze ich rozwiązania. Unika konfliktów, które dotykają istotnych sfer jej życia, a jedyny jej poważny związek rozpadł się przez tę tendencję do udawania, że problemów nie ma. Na jej obecny sposób działania - zwłaszcza skłonność do ucieczek, zrzucanie na cudze barki ważnych decyzji i spychanie niewygodnych emocji w przepaść podświadomości - największy wpływ mają doświadczenia z domu rodzinnego i wojskowe wychowanie ojca, który przez lata przekonywał, że emocje to słabość, a ona jest za głupia na podejmowanie poważnych decyzji. Jej relacje z mężczyznami są też z powodu ojca mocno zaburzone, toteż w jej otoczeniu można spotkać najwięcej koleżanek lub homoseksualnych kolegów i sama przez lata żyła w przekonaniu, że pociągają ją jedynie kobiety. Do mężczyzn trzyma spory dystans, choć zarazem posiada zakodowane głęboko przez ojca-tyrana poczucie niższości względem płci męskiej.
Jej dużym problemem jest zamartwianie się o najbliższych, często bezzasadne. Przesadna troska sprawia, że Melody potrafi nakręcać się w strachu, roztaczając w wyobraźni najczarniejsze wizje, gdy przyjaciel podróżujący samochodem zapomni napisać, że dotarł już na miejsce, siostra dwa razy w ciągu godziny nie odbierze telefonu... bywa z tego powodu panikarą i jednocześnie sama denerwuje się, gdy to ktoś o nią obawia się w podobnych okolicznościach. Może to brzmieć jak hipokryzja, ale Melody po prostu często nie zdaje sobie sprawy, że przesadza w strachu o tych, których kocha.
W życiu zawodowym odznacza się ambicją i dużą wytrwałością, co szczególnie widać było w czasach jej studiów - potrafiła przetrwać wiele i porzucić jeszcze więcej, żeby osiągnąć wymarzone cele. Dusza perfekcjonistki, uwielbia dopracowywać swój taniec lub grę aktorską w najdrobniejszych szczegółach. Ma również zmysł dydaktyczny. Dobrze tłumaczy i ma dobre podejście do dzieci, choć nie jest ich największą fanką. Przepada za to za zwierzętami, którym poświęca wiele czasu i uwagi.
ciekawostki
🌺 Bardzo lubi swoje imię i nie znosi, gdy ktoś je zdrabnia. Żadne Mel, Melly, Lody i inne cuda jej zdaniem nie brzmią dobrze. Tylko Melody.

🌺 Jej wielką słabością jest jedzenie. Uwielbia eksperymentować w kuchni, próbować nowych smaków, a opakowania słodyczy nie jest w stanie donieść w całości do domu. Chętnie próbuje potraw z całego świata i nie ma w tej materii żadnych ograniczeń. Smakuje jej wszystko z wyjątkiem koperku i brukselki, a do każdego dania jest w stanie dodać ukochaną rukolę.

🌺 Studia na kierunku powiązanym nie tylko z tańcem, ale też z aktorstwem i muzyką poszerzyły jej zawodowe horyzonty. Obecnie Melody ma angaż w teatrze w Newcastle, głównie jako aktorka i tancerka w przedstawieniach musicalowych i operetkowych. Jest również tancerką estradową, powiązaną z agencją taneczną. Często za jej pośrednictwem bierze udział w wydarzeniach muzycznych.

🌺 Odwiedziła kilka krajów, biorąc udział w międzynarodowych warsztatach tanecznych i sama zapragnęła uczyć sztuki tańca. Obecnie nie ma na to czasu, ale dorabiała już jako instruktorka i do dziś bierze udział w różnych eventach i zamkniętych pokazach.

🌺 Jest wszechstronną tancerką, choć jej konikiem są tańce towarzyskie. Najwięcej czasu w życiu spędziła na trenowaniu w duecie - tańce standardowe i latynoamerykańskie. Stara się cały czas rozwijać jako solistka, pracując przed wszystkim nad technikami jazz, street dance i tańcem współczesnym, choć bez partnera czuje się mniej pewna na scenie.

🌺 Poza aktorstwem i tańcem zajmuje się również modelingiem, choć zdaje sobie sprawę, że jest zdecydowanie za niska na wielką karierę w tej branży. Należy do sporej angielskiej agencji, dzięki której od czasu do czasu dorabia jako fotomodelka.

🌺 Świetnie tańczy na rurze, choć ta umiejętność taneczna niewiele jej przynosi w życiu zawodowym. Lubi żartować, że jeśli podwinie jej się noga w karierze tancerki, pójdzie do pracy w klubie nocnym.

🌺 Jej sportową obsesją jest łyżwiarstwo figurowe. Melody kocha ten sport w każdym wydaniu - od par tanecznych, które lubi oglądać widząc powiązania z własnym zawodem, przez pary sportowe, młodziutkie solistki, aż po imponujących i przy tym jej ulubionych solistów. Bardzo żałuje, że urodziła się w kraju bez większych łyżwiarskich tradycji. Gdyby tylko miała ku temu możliwości jako mała dziewczynka, dziś zapewne podbijałaby światowe lodowiska, nie parkiety.

🌺 Wywodzi się z rodziny bardzo religijnej - przynajmniej ze strony matki - i być może dlatego, w akcie wewnętrznego buntu uważa się za agnostyczkę. Wierzy w istnienie siły wyższej, lecz nie bierze na poważnie dogmatów religijnych. Co to za siła? Jej zdaniem na pewno nie mądry staruszek z brodą.

🌺 Poza istnieniem czegoś "tam na górze", czego nie potrafi sprecyzować, na poziomie umiarkowanym wierzy w magię oraz życie pozagrobowe. Fascynują ją tajemnice. Lubi mówić, że jest w kwestii zjawisk paranormalnych jest sceptyczna, ale trochę mija się to z prawdą. Boi się tarota, kart anielskich, zabaw czakrami i innych praktyk uchodzących za wykorzystujące nieczystą energię - koleżanki kilka razy próbowały ją namówić na wypróbowanie usług tarocistów, ale nie skorzystała, ze zgrozą patrząc, jak one z lekkim sercem gnają do wróżek i pozwalają wróżyć sobie tak niebezpiecznymi kartami.

🌺 Umie sobie radzić ze stresem w ciągu dnia, ale w nocy zwykle odbija się on na niej w formie koszmarnej bezsenności, na którą pomagają jej tylko silne proszki nasenne. Gdy już uda jej się zasnąć, często ma paskudne koszmary.

🌺 Ma pamięć do własnych snów. Zwykle śnią jej się bzdury będące zlepkiem sytuacji z ostatnich dni życia, ale jeśli zdarza jej się nietypowy sen - potrafi długo zastanawiać się nad jego znaczeniem. Nie sięga do senników, nie daje im wiary, ale ufa, że w snach podświadomość próbuje przekazać coś świadomej stronie umysłu.

🌺 Kiedyś uwielbiała tatuaże, a jej cichym marzeniem było pokrycie obu rąk rękawami, ale nie miała odwagi zrobić sobie nawet maleńkiego tatuażu w niedostępnym miejscu. Zapewne już nigdy się na to nie zdecyduje, ale nadal lubi popatrzeć na wytatuowanych ludzi.

🌺 Nie lubi piercingu. Nie przeszkadza jej u innych, o ile nie obejmuje innych elementów twarzy niż uszy, ale sama nie ma ani jednego kolczyka. Na uszach czasem nosi delikatne klipsy.

🌺 Ma rękę do kwiatów i uwielbia się nimi zajmować. Parapety i balkon jej mieszkania są pełne doniczek z wielobarwną zawartością. Zajmowanie się roślinami to jej sposób na opanowanie stresu.

🌺 Kilka lat temu przeszła małą operację oczu. Laserowa korekcja krótkowzroczności była świetną decyzją, ale przyniosła małe skutki uboczne - Melody często miewa suche oczy i musi nawilżać je kroplami, a nocą silny efekt halo uniemożliwia jej komfortowe prowadzenie samochodu. Z tego powodu nie siada za kierownicę po zmroku.

🌺 Jako 14-latka miała poroniony pomysł, że zostanie mechanikiem samochodowym. Plany jej przeszły, ale miłość do motoryzacji nie. Melody świetnie prowadzi, a bez auta czuje się jak bez ręki. Bardzo dobrze zna się też na samochodach, choć zupełnie nie wygląda. Nie da się oszukać cwaniakom w warsztacie.

🌺 Ma dobre pióro i dużo pisze do szuflady, najczęściej w formie odreagowania i ucieczki od realnych problemów.

🌺 Ma uczulenie na osy i pszczoły. Na widok wszelkich żądlących stworzeń dostaje ataku paniki. Nigdy nie została użądlona, ale wie o swojej alergii i obawia się sprawdzać, jak jest silna.

🌺 Ma potworną arachnofobię. Nawet na widok zwykłego pajęczaka mrozi ją strach.

🌺 Jej łazienka jest po brzegi zawalona kosmetykami. Melody ma ich mnóstwo - krem pod oczy, na szyję, za uszy... lubi o siebie dbać i czasem robi to do przesady.

🌺 Mimo że od dzieciństwa nie brakowało jej ruchu, zwyczaj wiszenia nad książkami odbił się na jej zdrowiu skrzywieniem kręgosłupa. Czasem po intensywnym treningu bolą ją plecy. Stara się łagodzić problemy korekcyjnymi ćwiczeniami, ale nie jest w nich systematyczna, więc kiepsko pomagają.

🌺 Męczą ją duszne zapachy i nie cierpi wszelkiego rodzaju dymów - ani dymu papierosowego, ani kadzidełek. Robi jej się od nich niedobrze i wdychanie ich przez dłuższy czas zwykle kończy się w jej przypadku bólem głowy i nudnościami.

🌺 Wystarczy lekkie stuknięcie, żeby na jej ciele pojawił się siniak. Przez tę upierdliwą przypadłość Melody po ostrzejszym treningu potrafi wyglądać jak ofiara przemocy domowej. Szukała powodu u lekarzy, ale dowiedziała się, że nie jest to związane z żądną chorobą - ot, taka jej uroda!

🌺 Nigdy nie nosi butów na koturnach. Uważa je za paskudztwo najwyższego poziomu, zaraz po crocsach.
#2 (09.04.2020, 22:22 )

karta zaakceptowana
witamy na forum





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości