welcome to
Yellowlair Oats



#1 (02.02.2020, 03:09 )
Crawling to my glass prison, a place where no one knows. My secret lonely world begins.

Beale Minseok Seoh


dane podstawowe
DATA URODZENIA09.03.1993
MIEJSCE URODZENIAPjongjang, Korea Północna
ZAWÓDproducent muzyczny, realizator dźwięku, kompozytor, tekściarz, pianista
STAN CYWILNYkawaler
ORIENTACJApanseksualny
WYKSZTAŁCENIEBachelor of Sound Engineering (BA) (University of Arts London)
STATUS FINANSOWYbardzo dobry
JĘZYKIangielski i koreański - dialekty pjongjański (Munhwaŏ) i seulski (natywne), rosyjski (biegły), niemiecki (komunikatywny)
DZIELNICAKindly Angles
PROBLEMY ZDROWOTNEmigreny z aurą
WIZERUNEKYoongi Min
biografia

1 5 . 0 3 . 2 0 1 9
Przeczytałem kiedyś, że dobrym sposobem samoterapii jest pisanie pamiętnika. Podobno przelewanie na papier nieczystości z zatrutego umysłu pomaga w uporaniu się z negatywnymi emocjami. Pozwala opowiedzieć o tym, co zalega ciężarem na sercu. Zastanowić się, przemyśleć, przezwyciężyć. 
I... jestem. Próbę umysłowego wyrzygania się zacząłem od realizacji jednego z najdurniejszych pomysłów dzieciństwa - przywlokłem do domu dziewczęcy pamiętniczek. Taki z kolorowymi kartkami, wymyślną okładką i złocistą kłódeczką na maleńki kluczyk, a teraz kreślę litery na różowej kartce, która pachnie majowym ogrodem. Dobrze jest mieszkać samemu i nie tłumaczyć się nikomu z takich fantów walających się po sypialni. 


2 3 . 0 3 . 2 0 1 9
Spotkałem dziś mojego nauczyciela od zasad muzyki, jeszcze z państwówki w Newcastle i poczułem się jak gówno. Staruszek musi być w kontakcie z moim ojcem, bo zapytał, kiedy przestanę bawić się w kręcenie suwakami na studyjnej konsoli i na poważnie zajmę się muzyką - przecież pianistyka od lat stoi przede mną otworem! 
Jakoś mnie ten otwór nie urzeka.
Nie powinienem wątpić w drogę, którą wybrałem. Produkcja muzyczna pociągała mnie, odkąd sięga moja pamięć... lecz w takich chwilach, pod pręgierzem surowego wzroku człowieka, który niegdyś stanowił dla mnie autorytet, odczuwam narastające wątpliwości. Rośnie poczucie beznadziei i zawodu, jaki sprawiłem ojcu. Pieprzony pan profesor!
Czasem mam wrażenie, że nie powinienem urodzić się w tej rodzinie. Że nie zasługuję. 
Moi rodzice są Kimś przez wielkie K: buntownikami, wojownikami i zwycięzcami. Przetrwali trudy, o jakich nie śni przeciętny Brytyjczyk. W akcie heroizmu zawalczyli o wolność i szczęście naszej rodziny - na zawsze już pozostaną one zbroczone ich krwią i cierpieniem. 
Jeszcze nie śniło się światu, że taki Beale będzie skrobał w pamiętniku dla ośmiolatek, gdy młody Seoh Dong-min - mój ojciec - po raz pierwszy sprzeciwił się komunistycznemu reżimowi Korei Północnej. Utalentowany pianista, syn wpływowego partyjniaka - miał wielkie perspektywy! Zaufanie, jakim Kim Ir Sen osobiście darzył mojego dziadka, pozwoliło ojcu na studia w Konserwatorium Moskiewskim, gdzie po raz pierwszy zderzył się z prawdziwym światem w nieco normalniejszym kraju, który wówczas przekształcał się w związku z rozpadem ZSRR. Po powrocie do KRLD został pierwszym pianistą w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej, a niedługo później poznał Park Ji-hyun, córkę sekretarza okręgowego partii. Codzienność zapłonęła miłością.
To mogła być słodka, acz nużąca historia miłosna bananowej młodzieży ze stolicy zła, gdyby nie pragnienie wolności, które tliło się nieśmiałym płomyczkiem w sercu mojego ojca. Marzył o wolności twórczej. Skłaniał się muzycznie ku zakazanym nutom zgniłego kapitalizmu, przygrywając zasłyszane w Moskwie utwory Evansa, Jarretta czy Monka i głosił z przyjaciółmi buntownicze hasła. Oskarżony o antykomunistyczną propagandę, bojąc się ściągnięcia kłopotów na moją matkę, próbował uciec za granicę, lecz - jak wielu uciekinierów, został złapany w Chinach i odesłany do Korei Północnej jako nielegalny imigrant. Ale miał szczęście, był w końcu członkiem orkiestry narodowej i synem jednego z bliskich współpracowników Wielkiego Wodza! Skazano go jedynie na dwa lata więzienia. Do Pjongjangu wrócił po odbyciu wyroku, dźwigając na karku piętno uciekiniera. Po dwóch latach więziennych tortur, z wilczym biletem, w zasadzie wyjęty spod prawa - ale żywy. Wrócił i nawiązał kontakt z moją mamą i starymi przyjaciółmi, którzy pomogli mu stanąć na nogi. Rok później w jednym z pjongjańskich szpitali urodziłem się ja, Seoh Min-seok. Mimo że mój ojciec był persona non grata w całej KRLD, a matkę źle postrzegano z racji związku z nim, jako wnuk wpływowego sekretarza żyłem lepiej niż większość północnych maluchów. Miałem urocze ubranka, pokój z zabawkami, a podczas weekendowych odwiedzin u dziadków babcia sadzała mnie na swoich kolanach i uczyła radosnych dziecięcych wierszyków o jaskółkach, które śpiewały ludzkim głosem, gdy na świat przyszedł Kim Ir Sen. Do snu opowiadała mi bajkę o jego rozmowie ze Słońcem, w której przekonuje je każdego ranka, by wzeszło i rozjaśniło świat. Do dziś pamiętam strzępki tego mózgojebczego bełkotu, który serwuje się tam najmłodszym dzieciom.  
Moje pierwsze dłuższe wspomnienie z najwcześniejszego dzieciństwa to spacer z matką. Dreptałem chodnikiem, ściskając w rączce jej ciepłe palce i widziałem dwoje ludzi leżących nieruchomo na uboczu. Gnany dziecięcą ciekawością chciałem do nich podejść, ale mama szybko zmieniła mój tor. 
Zostaw ich. Oni śpią.
Te słowa najgłębiej zapadły mi w pamięć. Nawet dziś potrafię odtworzyć je w wyobraźni - wypowiedziane łagodnym, miękkim głosem matki, lecz inaczej niż zwykle. Złowróżbnie. Starała się zabrzmieć kojąco, ale moje dziecięce ucho wyłapało niepokojące nuty, które zaczaiły się między sylabami. Wtedy nie mogłem ich rozumieć, ale dziś - owszem. Tamci dwoje wcale nie spali na ulicy. Jako trzylatek patrzyłem na ciała martwych ludzi.
Rok wcześniej w Korei Północnej rozpoczęła się wieloletnia klęska głodu. Trup zagłodzonych Koreańczyków ścielił się gęsto na ulicach wsi i miast, docierając nawet do bogatego Pjongjangu. Ludzie jedli trawę, by przetrwać, dopuszczali się aktów kanibalizmu i umierali jak ci dwoje, by ich ciała uprzątnęły beznamiętne służby porządkowe. Zdychali jak psy. Bez godności osobistej. Bez nadziei. Ale za to z wiarą w moc Wielkiego Wodza Kim Ir Sena, który w rzeczywistości ich do tego stanu doprowadził. Mnie i rodziców nie spotkał ten sam los tylko dlatego, że dziadkowie ze strony matki starali się pomagać. Lecz ich pomoc nie mogła być wieczna. Krótko po moich piątych urodzinach braki żywnościowe zaczęły dotykać również możnych partyjniaków - oraz mnie samego. Ojciec po wyroku za próbę ucieczki nie istniał jako obywatel i nie mógł podjąć pracy. Matka niewiele była w stanie zarobić. Wydzielano mieszkańcom stolicy coraz skąpsze racje żywieniowe. Wtedy w akcie desperacji rodzice zdecydowali się uciec. Ojciec skorzystał z więziennych znajomości i z pomocą nielegalnych handlarzy z Hyesan zdobył fałszywe paszporty, które miały być gwarancją bezpiecznej przeprawy przez Chiny.
Z ucieczki niewiele pamiętam. Rodzice mówili, że zabierają mnie na wycieczkę... zagubiły mi się w głowie długie dni podróży do Yusŏn, gdzie z grupką innych uciekinierów mieliśmy się spotkać, by przepłynąć granicę. Mam w pamięci jedynie szczegóły. Gwieździsta noc i mieniąca się magiczną szarością tarcza okrągłego księżyca. Zapach matczynego swetra, którym mnie opatulili oraz woń rzeki Tumen i nocnej rosy... do dziś gdy czuję rosę, przypomina mi się tamta noc. Napięta atmosfera ekstatycznego oczekiwania, którą epatowała garstka uciekinierów na rozklekotanej łajbie. I pamiętam jeszcze głosy dorosłych, gdy dla dodania otuchy zagłuszali ciszę wersami "Jindallae". O, ironio!  Uciekając z reżimu, śpiewali piosenkę gloryfikującą Kim Ir Sena! Ale przecież innych utworów nie znali...
Nasza podróż przez Chiny nie była długa. Fałszywe paszporty otworzyły nam drogę do Korei Południowej i tam spędziliśmy kolejny rok. Rodzice uczyli się życia w normalnym świecie, ja - południowokoreańskiego i angielskiego. Jako sześciolatek zaś na stałe osiadłem z rodzicami w Wielkiej Brytanii.
Ojciec został profesorem na Uniwersytecie w Newcastle.
Matka ukończyła prawo i zaczęła prężnie działać na rzecz praw człowieka.
A ja?
A ja jestem Beale. 
Syn marnotrawny.
Moim jedynym wielkim osiągnięciem jest zapisanie się w historii jako jeden z najmłodszych uchodźców z Korei Północnej. A i w tym nie mam żadnego faktycznego udziału, bo z ojczyzny wyniesiony zostałem na rękach rodziców. Moja współpraca produkcyjna z wielkimi nie ma znaczenia. Nazwisko na liście współautorów niejednego hitu to nic. Efektowny piruet w blasku spełnionych marzeń to szczeniacka zabawa. Wszystko, co nie wiąże się z fortepianem, jest, było i będzie ujmą na ich rodzicielskim honorze. W końcu - jak kochają podkreślać - tyle zainwestowali czasu i środków, żebym poszedł w ślady ojca, a ja tylko zajmuję się tym 'plebejskim łomotem"...


2 5 . 0 4 . 2 0 1 9
Jestem. 
Tonę w szarości dnia codziennego i w pozornym spokoju ducha.


0 1 . 0 5 . 2 0 1 9
Znajomy z pracy sparodiował dziś hit Ylvisa, parafrazując refren na "what does Beale say?". Później stwierdził, że chciałby naprawdę dowiedzieć się, w jakim języku do mnie mówić, bo nie da się ze mną dogadać.

A ja myślałem, że dobrze nam się razem pracuje. 


1 6 . 0 5 . 2 0 1 9
Widziałem dziś w wiadomościach, że Korea Północna z powodu suszy jest o krok od kolejnej klęski głodu. Jasnowłosa spikerka sprawozdawczym tonem odczytywała fragmenty artykułu z Rodong Sinmun, a ja patrzyłem na nią, umysłem płynąc na spienionej fali myśli i wspomnień, wywołanych tą informacją.
Minęło dwadzieścia lat, a ja wciąż pamiętam wychudzone ludzkie korpusy rozsypane gdzieniegdzie na pjongjańskich ulicach oraz żywych, względnie najedzonych szczęściarzy, znieczulonych latami patrzenia na  umarłych z głodu. Spieszyli do swoich spraw, wymijając ich jak zwalone na chodnik kamienne przeszkody. Początkowo ciał nie było wiele, a może ja byłem za mały, żeby dobrze to zapamiętać... na kilka miesięcy przed ucieczką rodzice i dziadkowie przestali zabierać mnie do parku. Ależ byłem wtedy niezadowolony! Dziś dziękuję im w duchu za odizolowanie mnie od fetoru śmierci.
Pamiętam, jak w mieszkaniu dziadków bawiłem się z kuzynkami. Znużony moją garstką ołowianych żołnierzyków ślęczałem nad kolorowanką z wizerunkiem Kim Dzong Ila galopującego na majestatycznym wierzchowcu. Bardzo się starałem, bo malowanki z Drogim Przywódcą zawsze musiały być pokolorowane jak najładniej. Mała kuzyneczka wyglądała przez okno i komentowała widok upadającego na trawnik mężczyzny, nieświadoma, że właśnie stała się świadkiem śmierci. Nas przecież głód się wtedy nie imał. Wnuki okręgowego sekretarza...
Jeśli tak wyglądała sytuacja w bogatym Pjongjangu, jak malowały się landszafty wiejskich klepisk w reszcie kraju?
Lubię wspominać kuzynki i dziadków. Tych ze strony matki. Rodziców ojca nigdy nie poznałem, wyrzekli się go po oskarżeniu o antykomunistyczną propagandę. Ale pamiętam czarne oczy babci, identyczne jak moje, jej uśmiech pełen ciepła i miękki głos, gdy kołysała mnie do snu legendami o Wielkim Wodzu. Pamiętam zabieganego dziadka ze skórzanym neseserem, z którego czeluści wyciągał mi zabawki i słodycze. To byli dobrzy ludzie. Biedni, zmanipulowani ludzie, którym propaganda założyła klapki na oczy. Naprawdę wierzyli w boskie pochodzenie Kim Ir Sena, w krwawą wojnę ze złą Ameryką i wszystkie inne brednie, którymi karmił ich okrutny reżim - ale mieli dobre serca. Kochali rodzinę bardziej niż ojczyznę. Nie potępiali rodziców za decyzję o ucieczce i to dzięki ich pomocy finansowej stać nas było na przedostanie się z Chin do Korei Połudnowej.  
Czasem zastanawiam się, co u nich. Czy nasza wolność nie kosztowała ich życia? Czy przez nas nie popadli w polityczną niełaskę? Czy żyją jeszcze? A może wszystko u nich dobrze, może jesień życia spędzają w spokojnym pjongjańskim mieszkaniu jako zasłużeni dla kraju i zastanawiają się, jaką drogą kroczy ich wnuk? A kuzynki? Były w wieku podobnym do mnie...
Życie w wolnym kraju jest dla mnie kolorową, otuloną słodkim zapachem różą. Nie sposób nacieszyć oczy. Wiem, że nie wypuszczę jej z rąk. Czasem tylko różany cierń kaleczy mi palce, z których ciekną krwawe łzy nostalgii i świadomości, że nigdy nie dowiem się, jaki los spotkał moich bliskich.


2 3 . 0 5 . 2 0 1 9
Parę dni temu, na imprezie z okazji ukończenia płyty wykonawcy, którego nazwy pozwolę sobie nie przytoczyć, jakaś naćpana laska powiedziała mi, że jestem uroczy jak Pikachu. No. I to by było na tyle z mojej samczej pewności siebie i wewnętrznego poczucia męskości. Cud, że po tym rozkosznym "komplemencie" w ogóle mi stanął, gdy razem skoczyliśmy do kibla.
Odnotowuję to dopiero po kilku dniach, bo tyle potrzebowałem, żeby w pełni wyrzucić z krwi alkohol i inny syf, który tamtej nocy pomógł mi poczuć, że żyję.


2 9 . 0 5 . 2 0 1 9
Pożegnałem dziś moją kotkę. Po 15 latach wspólnego życia ta mała, słodka kreaturka odeszła na drugą stronę tęczowego mostu, zabierając ze sobą wszystkie tajemnice, które zdradzałem jej od wczesnomłodzieńczych lat. Prawdopodobnie nie czeka mnie drugi równie długi związek z kobietą, chyba że z kolejną taką wąsatą i owłosioną.
Śmierć ukochanego zwierzaka jest jak pochowanie dziecka, a dla mnie również jak utrata ostatniej więzi z czasami, kiedy to wszystko było prostsze i lepsze. Pamiętam dzień, w którym do nas trafiła. Ależ był ze mnie wtedy grzeczny chłopczyk! Zbierałem dobre stopnie w szkole i posłusznie tuptałem na lekcje muzyki!
Nigdy nie odznaczałem się towarzyskością. Rzadko wychodziłem z kolegami, a większość czasu spędzałem z nosem w książkach lub we własnych pseudoartystycznych bazgrołach. Kotka była moją nierozłączną towarzyszką. To ona stała się świadkiem moich pierwszych szkolnych przyjaźni i miłostek. Z żadnej szkolnej miłości nic nie wyszło, bo w krytycznych momentach brakowało mi odwagi. Jej miękkie futerko moczyłem łzami, rozpamiętując rasistowskie przytyki szkolnych oprawców. Kicia była też obecna, gdy jako nastolatek zaczynałem przygodę kompozytorską i produkcyjną. Siedzieliśmy z kolegami w moim prowizorycznym studiu w piwnicy... z kolegami i z nią. Stała się powierniczką mojego żalu, gdy coraz trudniej było mi wychodzić z domu. Gdy przed wyjściem do ludzi absurdalny strach paraliżował moje ciało w progu mieszkania, a noc wprawiała mnie w lękliwe drżenie niczym palec szarpiący gitarową strunę... psychiatra oznajmił, że cierpię na socjofobię i wykazuję początki stanu depresyjnego. I tylko ta miaucząca istotka wiedziała, jak staram się walczyć z tymi słabościami i jak bolą mnie zarzuty rodziców, że udaję, by nie chodzić do szkoły. Widziała też, jak po tygodniach strachu i walki z samym sobą doprowadziłem do rodzinnego trzęsienia ziemi, oznajmiając, że po A-levels nie wybieram się na studia pianistyczne, tylko uciekam do Londynu, żeby studiować produkcję muzyki. To ona stała się wesołym ciężarkiem w ciasnym pokoju w akademiku. Ona każdego dnia czekała na mnie w domu, odkąd wróciłem nad morze. Moja słodka, mrucząca codzienność.
A teraz? 
Pozostała pustka. I mokre oczy śledzące długopis, który skrzypi na papierze.


0 7 . 0 6 . 2 0 1 9
Życie na bezkociu to nie życie. Adoptowałem dwa ragdolle.


1 2 . 0 6 . 2 0 1 9
Uległem, ale nic więcej. Potrafiłem dać mu tylko noc.
Jestem absolutnym mistrzem beznadziejnych związków. Chłodne, jałowe, toksyczne, bez perspektyw - przyciągam je jak magnes. Żadna osoba nie zagościła w moim życiu dłużej niż przez pół roku i zapewne z nim będzie tak samo... i to znów nie będzie jego wina, tylko moja. Mojego chłodu i szklanej bariery, której nie potrafię sforsować. Widzę osobę po drugiej stronie bardzo wyraźnie, czasem dostrzegam ciepłe uczucie, którym epatuje, ale... nie czuję go. Odbija się ono od otaczającej mnie bańki. Rozbijają się o jej ściany wszystkie uczucia, które pragną dotrzeć do mnie z zewnątrz i które usiłuję wykrzesać ze swojego serca. Buduję moje związki na cielesności i erotycznej fascynacji, ale to tak kruche fundamenty! Seks jest jak pożar. Początkowo bucha wariackimi płomieniami, ale w końcu obumiera, pozostawiając po sobie dymiące zgliszcza i ziemię zatrutą czarnym popiołem. Te relacje nie mają prawa się udać.
A przecież chciałbym, żeby było inaczej...
Chciałbym, żeby ten ciepły czerwiec zamieszał w moim sercu naiwnym zakochaniem. Marzę, by sterylna izolatka w końcu pękła, pozwalając mi zadbać o kogoś tak, jak ten ktoś chce dbać o mnie. 
Lecz moje serce wciąż nie chce kochać, mimo że potrafi.
Dlaczego?


2 8 . 0 6 . 2 0 1 9
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
Wódka w parku wypita albo zachód słońca,
Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic
I nie stanie się nic, aż do końca.

Znów jestem. I nic więcej.


1 0 . 0 7 . 2 0 1 9
Ostatnie dni spędziłem w Londynie i miałem szczęście - nieszczęście spotkać kolegę ze studiów. Trochę się dowartościowałem, bo okazało się, że chłopak zarabia w jakiejś fabryce maszyn kablowych. Mnie udało się spełnić marzenia.
Wspólny wypad na piwo skończył się mniej lub bardziej żenującymi wspominkami z okresu studiów i trochę zatęskniłem za tymi beztroskimi czasami, choć... czy obecnie nie prowadzę równie lekkiego życia? Kumpel przypomniał mi, jak podczas akademickich libacji zupełnie schlany próbowałem wspinać się na zasłonę, wołając, że pędzę na podbój K2. Pamiętam, że płaciłem za zerwany karnisz, ale tej historii wcale...
Kurwa, niech on też zapomni!


2 6 . 0 7 . 2 0 1 9
Cząstka, która wprowadzi radosne kolory do mojego życia, to mój osobisty Święty Graal. Nie wiem, czy kiedyś go znajdę, więc postanowiłem wziąć kredki we własne ręce i pomazać to, czego dosięgam - i tak oto wczoraj wróciłem od fryzjera z różowymi włosami. Niestety nie spodobały się mojemu panu, który w kłótni posunęła się do szantażu: albo dorosnę, albo odejdzie. 
A nie mówiłem, że ten związek nie przetrwa pół roku?
Wyjątkowo szybko poszło, a ja znów zostałem sam. Ale za to z zajebistymi włosami!  


0 3 . 0 8 . 2 0 1 9
Dziś przypomniałem sobie, dlaczego zwykle unikam odwiedzin w rodzinnym domu. Próba zjedzenia wspólnego posiłku z rodzicami zakończyła się awanturą. Mogłem się nie odzywać. Nowina o mojej kompozytorskiej współpracy z młodą gwiazdką brytyjskiej sceny pop sprowokowała wybicie szamba, które zalało stół z uroczystym obiadem. Ojciec po raz setny przypomniał mi w niewybrednych słowach, że miejsce wśród pianistów na akademii muzycznej nadal na mnie czeka i jeszcze nie jest za późno, jeszcze mogę przestać kompromitować nasze nazwisko. Jako dziecko byłem przecież taki grzeczny, taki posłuszny! Co się ze mną stało? Jak mogłem wzgardzić muzyką poważną? Dlaczego miałem czelność mieć swoje zdanie? Jak mogę nurzać się w bajorze muzyki rozrywkowej? Jak śmiem zbliżać się do trzydziestki jako lekkoduch z niebieskim włosem i cieniem na powiece, zamiast zmieniać pieluchę oślinionemu kaszojadowi? Po co mi ten bandycki sygnet, tu powinna błyszczeć obrączka!
Próbuję nauczyć się wyciągać pozytywy z każdej sytuacji, więc spróbuję jeszcze raz. W domu rodziców znalazłem kilka świetnych płyt, które lata temu zawieruszyły się podczas wyprowadzki. Wspaniale!


0 5 . 0 8 . 2 0 1 9
Moje życie jest gładkie i dopieszczone na wysoki połysk jak tafla szła. Ale w jej centrum perfekcję mąci szpetna rysa zwana samotnością.


1 4 . 0 8 . 2 0 1 9
Piję już kolejny dzień. 
Bo czasem lepiej odejść od zmysłów, by nie zwariować. 


2 8 . 0 8 . 2 0 1 9
Pracowałem dziś z pewnym młodym skrzypkiem. Młodszym ode mnie. Na dźwięk mojego nazwiska  wyraził zdumienie, że to ja, z kolczykiem i platynową grzywą na głowie, zajmuję się realizacją jego studyjnych nagrań. 
"Beale Seoh? Syn Dong-min Seoha, tego słynnego pianisty z Korei Północnej? Tego profesora?!"
Ojciec stygmatyzuje mnie w muzycznym środowisku. Czyni obiektem pogardy wśród klasyków. Toć muzyka rozrywkowa jest prymitywnym odpadem dla pospólstwa! Klasyka to bajeczny ogród, w którego falach zieloności oko przykuwa feeria kwiatowych barw. Czyste piękno. Młodzi przekraczają zielone bramy, ale nie wiedzą, że w tym ogrodzie od lat wybrzmiewa koncert. Gra orkiestra, która raz tknięta już się nie zmienia. W jednym akordzie trwa ich życie. We wtórności. Zamknięciu. W autystycznej sztuce, która już dawno wypięła się na rozwój, nowości i inspiracje. Zieleń tego ogrodu, w oddali piękna i kusząca, z bliska okazuje się cuchnącym morzem stagnacji, toksyn i zawiści.  
Klasyka zjada swój własny ogon. 
Ja natomiast nie chcę stać w miejscu.


0 3 . 0 9 . 2 0 1 9
Tańczyła do melodii wygrywanej przez chór świerszczy. Wiatr igrał z jej włosami, których kosmyki odbijały księżycowe refleksy. Cieszyła duszę dźwięcznym śmiechem.
To najpiękniejsze, co widziałem od miesięcy.
A później spróbowałem zaufać splotom łakomych warg i zmysłowym gestom. Odrzucić natłok niepotrzebnych myśli, poddając się impulsowi. Rozkołysać nas i znów choć na chwilę poczuć, że żyję. 
Ciało płonie, a serce wciąż jest skute lodem. 


0 8 . 0 9 . 2 0 1 9
Po raz pierwszy od kilku lat miałem na sobie krawat.
Spędziłem wieczór na sennym bankiecie, w filharmonii o wnętrzach zimnych jak mrok. Starsi ludzie beznamiętnie konwersowali w rogach wielkiej sali, a wokół nich czerniły się ponuro garnitury młodych klasyków, którzy jeszcze wierzą, że są częścią wyższej sztuki. Bankiet poprzedzał piękny koncert symfoniczny i uroczyste przedstawienie mojego ojca jako nowego dziekana wydziału artystycznego na Uniwersytecie w Newcastle. 
Po piętnastym razie przestałem liczyć półszeptem rzucane przez matkę koreańskie szczeknięcia, że mam się nie popisywać, głupio nie żartować i szanować rozmówców.
Złota kobieta, ma o mnie i o moich manierach takie wysokie mniemanie.


2 0 . 0 9 . 2 0 1 9
Dostałem mandat za przekroczenie prędkości, gdy w nocy wracałem z pracy do Yellowlair Oats. Dobrze, że policjanci nie kazali mi dmuchać w alkomat.


1 3 . 1 0 . 2 0 1 9
Rockowa grupa o floydowskich zaśpiewach zapragnęła wykorzystać w swoim utworze tekst, którym przed dekadą wygrałem Ogólnokrajowy Przegląd Piosenki Poetyckiej. Powinni otrzymać nagrodę złotej łopaty za ten odkop z najgłębszych odmętów internetu... a ja z przyjemnością posłucham ich interpretacji.  
Nie pamiętam już tego tekstu, ale z nostalgicznym uśmiechem wracam do tamtych czasów, gitarą i piórem naznaczonych, przesiąkniętych nastoletnią naiwnością i niewinnym artyzmem. Czasy, w których muzyka była czystą sztuką, nie biznesem... naprawdę lubiłem ten mój etap poezji śpiewanej. Starałem się kontynuować go nawet w psychiatryku.


3 0 . 1 0 . 2 0 1 9
Nie umiem się angażować. Izoluję się. Mam tajemnice. Nie pracuję nad wadami. Nie staram się. Nie próbuję zrozumieć. Jestem obojętny. Tak mi powiedziała, a później odeszła. Czyli znów pudło.

Czym cię zniechęciłem, że mnie wciąż unikasz?
Całe moje życie ja szukam - ty znikasz!


1 1 . 1 1 . 2 0 1 9
W muzyce powód do kąpieli w rzece alkoholu zawsze się znajdzie. Wciąż boli mnie głowa po ostatnim weekendzie spędzonym w Londynie. Świętowaliśmy sukces wytwórni - nasz gwiazdorek pop znów zdobył brytyjskie listy przebojów. Kolejny hit. Moje autorstwo, moja produkcja, promocja wytwórni, wizerunek speców od PR'u i wyuczone, podane przez managera formułki w wywiadach. Młody nie śpiewa wybitnie i sam nic nie umie napisać, ale ładnie wygląda i ma dwadzieścia lat -czego potrzeba więcej? Ot, i cała naga prawda o młodych, utalentowanych bożyszczach nastolatek.
No, prawie cała. 
W moim umyśle jednym z najwyraźniej zapisanych obrazów tamtego weekendu są jego włosy. Niesforne ciemne kosmyki falowały w ruchu, gdy jego głowa miarowo kiwała się nad moim kroczem. Z pewnością nie robił tego pierwszy raz. Ani piąty, ani dziesiąty. A w tym samym czasie tysiące nastolatek odtwarzały jego ostatni przebój, piejąc peany nad tym swoim słodkim, niewinnym romantykiem. 
Obłuda showbiznesu przyprawia mnie czasem o mdłości, ale dobrze być tym, który przesuwa po estradowej planszy te skute kajdanami kontraktów pionki, a nie jednym z tych pionków. Przesuwa i posuwa. W tym świecie jedno łączy się z drugim.


1 0 . 1 2 . 2 0 1 9
Minięta na ulicy kobieta do złudzenia przypominała jedyną normalną w domu wariatów. Może to była ona?
Za pierwszym razem spędziłem dwa tygodnie na oddziale dla dzieci i młodzieży. Nie było tam wielu przypadków zaburzeń, raczej oddział stanowił swoisty czyściec dla patusów, którzy nie nabroili wystarczająco na poprawczak. A wśród nich byłem ja, zakopany w pościeli i emocjonalnie martwy. Oraz ona. Piękna i subtelna w swej kruchości anorektyczka. Inteligentna, oczytana i jedyna, która mnie rozumiała. Ciekawe, czy z tego wyszła?
Drugi raz był rok później. Pełnoletniego już wówczas świra z epizodem dużej depresji musieli zamknąć na oddziale dla dorosłych. Każdego dnia, od rana do nocy po korytarzu krążył tam mężczyzna, który powtarzał imię żony. Straciła życie w spowodowanym przez niego wypadku. Schizofrenik w fazie ostrego epizodu wyganiał ze wspólnej sali pana z wąsem, który prosił mnie, żebym wrócił tam z nim po soczek, który kupiła mu żona - jakby ta buteleczka z napojem była dla niego największym ze skarbów. Przysadzisty jegomość w przetartych majtkach opowiadał, że jest księciem Yorkshire. Młody facet w izolatce poderżnął sobie gardło kawałkiem stłuczonego talerza. Pamiętam, że zajrzałem tam z ciekawości, gdy już go wynieśli na oddział ratunkowy. Krew była nawet na suficie.
Ktoś płakał. Ktoś krzyczał. Ktoś wył. Cierpienie w wytłumionych salach nie znało echa. 
Dwa miesiące pośród ludzkiego nieszczęścia i bezbronności. Marzę, by wymazać je z pamięci.


2 1 . 1 2 . 2 0 1 9
Istnieję dziś tylko dla miękkiej pościeli.



0 4 . 0 1 . 2 0 2 0
Kurwa, nie pamiętam Sylwestra. To zły znak.


1 9 . 0 1 . 2 0 2 0
Nie jestem już szczylem w moim fachu i nie tracę czasu na bieganie z kablami w nagłośnieniu. Cenię się. Lecz czasem warto, tak jak i było warto tym razem - plejada gwiazd na festiwalowej scenie to gwarant nawiązania wartościowych kontaktów.
Oraz udanego afterparty, po którym wciąż leczę kaca. W śmietance artystycznej, przy ognistej wodzie drażniącej gardło, pośród ośnieżonych stołów najlepiej tonie się w gorszącym tangu z bezimienną boginią. 
Dziś koci chód po panelach to tętent galopujących mustangów, a ciało roztrzaskało się na drobne, kawałeczki, z których każdy boli oddzielnie, lecz nie żałuję. To mój sposób, by na chwilę odzyskać widzenie barw. Jest wart każdego cierpienia.


0 2 . 0 2 . 2 0 2 0
Wertuję wpisy z ostatnich miesięcy i czuję, jak ciążą atramentem na papierze. Kartki posłusznie wędrują pod palcami, jakby nic nie ważyły, lecz duchowo każda jest dla mnie jak z ołowiu. 
A ja czekam na kolejne dni, bo wierzę, że kiedyś odnajdę magiczną formułkę, która dobije moje demony.
rodzina & miłość
RODZICESeoh Dong-min & Park Ji-hyun
RODZEŃSTWOjedynak
DZIECInic mu nie wiadomo
DALSZA RODZINAPark Min-hee - siostra stryjeczna
Seo Isaiah Hyun-jin - brat stryjeczny
reszta daleko za żelazną kurtyną KRLD
STATUS ZWIĄZKUsingiel
PARTNERcisza
BYLI PARTNERZYnic poważnego
osobowość
TYP OSOBOWOŚCIekstremalny introwertyk
ZABURZENIAdepresja maskowana alkoholizmem
PRIORYTETYkariera i święty spokój
GRUPYNeptun (40%), Wenus (30%), Uran (30%)


kilka słów więcej...
Jeśli mam wskazać tożsame mi zwierzę, będzie to kot. Koty to zdystansowani indywidualiści o szalenie skomplikowanych relacjach społecznych. A ja? Czuję się dokładnie taki sam.
Niektórzy mówią, że jestem aspołeczny i , ale nie mogę zgodzić się z tym osądem. Lubię ludzi i nie unikam wchodzenia z nimi w interakcje, choć miewam czasami wrażenie, że moja "społeczność" została nieprawidłowo skonstruowana. Że mam jakiś defekt psychiczny, który nie pozwala mi otworzyć się na innych tak mocno, jak bym sobie tego życzył. Może to normalna introwersja, którą zwykłem demonizować, nie wiem. Mam wielu znajomych i bez dwóch zdań ich lubię, ale nie potrafię przebywać z nimi długo. Duże zbiorowiska, wielogodzinne lub częste spotkania wysysają ze mnie wszelkie siły i potrzebuję po nich pobyć tylko z samym sobą, żeby odzyskać psychiczną energię. Relacje międzyludzkie są mi potrzebne, ale na moich własnych zasadach. Nie każdy to rozumie. 
Nie znoszę czuć się wyalienowany. Do szczęścia potrzeba mi życia w jakiejś społeczności, grupie, kulturze oraz akceptacji jej członków, lecz jednocześnie nie potrafię wtopić się w tę grupę, wystroić się w barwy szarości i wyrzec się własnego ja dla pełnej przynależności. Niezależnie gdzie, kiedy i z kim - muszę zachować moją indywidualność i nie idę w tej materii na ustępstwa. Grupowy samotnik? Albo żywy paradoks. Pod tym względem jestem niereformowalny i jakakolwiek sugestia, że powinienem bardziej dopasować się do otoczenia, wyglądać adekwatnie do mojego wieku, porzucić jakieś moje pasje czy wybory, z mojej strony zrywa kontakty. Rozpadło mi się w ten sposób kilka(naście) związków, ale wolę być sam niż dać się zmienić i przez to chyba nie nadaję się do poważnych relacji. Nie chodzę na kompromisy - albo ktoś zaakceptuje mnie takiego, jakim jestem, albo nasze drogi się rozejdą.
Jako dzieciak byłem nadwrażliwy, szczególnie na zbyt ostrą krytykę pod moim adresem i dziś mogę tylko śmiać się z moich szczeniackich problemów i dziecięcej skłonności do przesady, niemniej to byłem ówczesny ja i tamta moja wersja nie potrafiła odnaleźć się w brutalności świata. Przesadna wrażliwość doprowadziła mnie do wielu problemów ze sobą w wieku młodzieńczym, do głębokiej fobii społecznej i trzech silnych epizodów depresyjnych. Równowagę psychiczną odzyskiwałem przez kilka lat, a razem z nią nabrałem odporności. Zaatakowany czasem idę na noże, czasem wycofuję się i znikam, ale już nie przejmuję się jak w przeszłości. Życie skutecznie mnie znieczuliło.
Jestem spokojnym i łagodnym człowiekiem. Rzadko się denerwuję, nie lubię uczestniczyć w konfliktach, których wolę być biernym obserwatorem. Łatwiej jest wpędzić mnie w smutek lub poczucie winy niż w złość, niemniej gdy komuś uda się wytrącić mnie z równowagi, wybucham gwałtownie i szybko wyrzucam z siebie nerwy. W złości zdarza mi się powiedzieć o jedno, dwa, pięćdziesiąt słów za dużo, lecz nie przywiązuję do nich wagi i wiele bym dał, żeby adresaci też nie brali ich do siebie. W złości często kąsam dla kąsania, rozmijając się z moimi prawdziwymi poglądami. Agresja słowna to mój sposób na wytracenie negatywnych emocji.
Asertywność to jedna z najwyraźniej zarysowanych cech mojego charakteru. Owszem, w drobnych sprawkach dnia codziennego zdarza mi się przytaknąć dla świętego spokoju, gdy nie chce mi się wchodzić w dyskusje, ale w kwestiach ważnych nigdy nie ulegam perswazji innych. Kieruję się w życiu rozumem, ostrożnością i względnie realistycznym podejściem. Względnie, bo trzeźwe osądy czasami przyćmiewają mi emocje, zwłaszcza te negatywne. Bywa, że za bardzo daję się porwać swoim lękom, nerwom czy niepewności.
Starannie dobieram sobie przyjaciół. Do grona moich znajomych łatwo się dostać, bo - naprawdę! - nie uciekam przed ludźmi, ale potrzebuję dużo czasu, żeby zaufać, pokochać. Nie jestem w tym porywczy i wymagam cierpliwości, lecz osoby, które raz wpuściłem do serca, zostają w nim niezależnie od wszystkiego. Dla bliskich mogę zrobić i poświęcić naprawdę wiele. I może nie jestem najwylewniejszym rozmówcą na świecie, ale słucham doskonale. Bliscy lubią mnie wykorzystywać jako ramię, w które mogą się wypłakać. 
Ufam mojej intuicji. Zabawne, że przypisuje się ją głównie kobietom, bo wewnętrzny głosik i podświadome przeczucia nie raz i nie dwa uratowały mnie przed zaufaniem nieodpowiednim osobom i popełnieniem bolesnych błędów. Staram się nie polegać na niej bezgranicznie, ale biorę pod uwagę słówka podszeptywane przez tę kapryśną doradczynię.
Jestem szczery. Do bólu. Czasem też cyniczny. Wychodzę z założenia, że najgorsza prawda jest lepsza od najpiękniejszego kłamstwa, więc posługuję się bezpretensjonalną szczerością, której wymagam też od innych. Gdy zastanawiam się nad cechami, których najbardziej nienawidzę u ludzi, to obok wścibstwa i nadmiernej pewności siebie widzę właśnie nieszczerość. Nienawidzę ludzi, którzy dopasowują się ze swoimi opiniami do drugiego człowieka tylko po to, by się przypodobać, zdobyć jakieś korzyści. To niezawodna metoda na zrujnowanie mojego zaufania.
W obowiązkach jestem perfekcjonistą. Mam wysokie wymagania co do efektów mojej pracy i czasem sam siebie zapędzam w kozi róg wygórowanymi oczekiwaniami, którym nie umiem sprostać... mam wrażenie, że to następstwo życia z wymagającymi rodzicami, których oczekiwań nie potrafiłem spełnić. Przykładam dużą wagę do detali, co jest istotne w produkcji muzyki - znalazłem zawód idealny! Uwielbiam też pracować sam, w ciszy, spokoju i własnym tempie. Nie znoszę, gdy ktoś pęta mi się po studiu. Na prace związane ze sceną raczej rzadko się decyduję, a jeśli już, okupione są moim dużym obciążeniem emocjonalnym, powodowanym przez dziesiątki twarzy i konieczność odnalezienia się w całym tym koncertowym zgiełku. Ale dla muzyki jestem w stanie dużo znieść. Kto by nie był gotów na poświęcenia dla swej największej pasji?
Za moją kamienną twarzą kryje się dusza ubarwiona setkami uczuć - trzeba tylko lepiej mnie poznać, by zauważyć je za zasłoną spokojnego, czasem zbyt wyczyszczonego z emocji uśmiechu. W kontaktach z ludźmi najlepiej rozluźniają mnie wszelkie używki i alkohol, którego ostatnio piję chyba trochę za dużo.
ciekawostki
✒️ Moje pierwsze imię, nadane tuż po urodzeniu, to Min-seok. Rodzice zmienili je niedługo po zamieszkaniu w Anglii, chcąc wtopić mnie bardziej w brytyjskie środowisko i odciąć od północnokoreańskiej przeszłości.
Mało kto wie, że Beale to imię angielskie, choć o francuskim pochodzeniu i ma oznaczać "przystojny"... matka wypatrzyła to imię w książce Henry'ego Jamesa, gdy przed wyjazdem do Wielkiej Brytanii pochłaniała anglojęzyczną literaturę, szlifując język. Wyjątkowo wpadło jej w oko. Zmiana imienia wyszła głównie z jej inicjatywy.

✒️ Mam duży talent do języków. Chłonę jej jak gąbka. Możliwe, że to wynik bilingwalnego wychowania - przez pierwsze lata życia otaczał mnie koreański, najpierw Munhwaŏ, później południowokoreański - a później jego miejsce zajął angielski i w zasadzie wszystkie te języki traktuję jako rodzime. Nauka niemieckiego była przymusem szkolnym, a rosyjski stał się moim oczywistym wyborem ze względu na zainteresowania.
Wraz ze znajomością języków idzie również znajomość trzech alfabetów - biegle znam alfabet łaciński, hangul i grażdankę.

✒️ W ubiegłym wieku pewien mądry pan, Alfred Kinsey, stworzył skalę określającą orientację seksualną i według testów mam na tej skali poziom czwarty - "przeważająco homoseksualny, bardziej niż incydentalnie heteroseksualny". Sądzę, że takie podsumowanie bardzo spłyca moje upodobania, sam bowiem określiłbym się jako osoba panseksualna. W czysto fizycznym aspekcie identyfikacja płciowa nie ma dla mnie znaczenia. Pociągają mnie zarówno kobiety, mężczyźni, jak i osoby transpłciowe. Każdy.

✒️ Na jednej ze ścian w moim salonie swego czasu zawisły dumnie wyeksponowane obrazy z wizerunkami Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una. Mój cyniczny ołtarzyk sprawił, że rodzice nie lubią mnie odwiedzać... Może to szaleństwo, ale lubię mieć Kimów na ścianie. Są wyrazem nostalgii.

✒️ Lubię kolekcjonować dziwne historyczne gadżety, o czym wiedzą moi znajomi - ulubionym urodzinowym prezentem z tej kategorii, jaki otrzymałem, jest oryginalne radzieckie popiersie Lenina z 1960 roku. Pięknie prezentuje się na książkowym regale. 

✒️ Przez lata państwówki muzycznej szedłem pianistyczną drogą, ale jestem multiinstrumentalistą - gram również na gitarach różnej maści, mam dobrze postawiony wokalnie głos. Moim numerem jeden na zawsze jednak pozostaną instrumenty klawiszowe.

✒️ Dobry muzyk nie ogranicza się do jednego gatunku. Słucham więc wszystkiego - od klasyki i progresywnego jazzu po muzykę taneczną - i nie wstydzę się żadnej inspiracji. Moim najdziwniejszym muzycznym guilty pleasure jest Neue Deutsche Härte, ale i z tym się nie kryję. 

✒️ Nie należę do tych, co lubią się afiszować i zwykle działam tylko w studiu lub za kulisami, ale zdarza mi się stanąć na scenie za pianinem lub klawiszem. Bycie muzykiem sesyjnym jest najlepszym kompromisem między aktywnym wkładem w muzykę a świętym spokojem.

✒️ Lubię tworzyć bełkot, przez który inni zadają sobie słynne pytanie "co autor miał na myśli?", więc odnajduję się w twórczej pracy nie tylko kompozytora, ale i tekściarza. Czasem też wiersz napiszę. Jako nastolatek bawiłem się poezją śpiewaną, co przyniosło mi parę nie znaczących wiele nagród, ale obecnie poezję skrobię tylko do szuflady. 

✒️ Matka Natura obeszła się ze mną łaskawie i nie cierpię na żadną, choćby najlżejszą alergię czy przewlekłą chorobę.

✒️ Za to pokarano mnie małymi zaburzeniami neurologicznymi, których lekarze nie potrafią wyjaśnić. Mam zwykle nienaturalnie rozszerzone źrenice, co nie rzuca się oczy przy moich ciemnych tęczówkach. Od czasu do czasu dręczą mnie migreny z aurą, okresowo pozbawiając mnie wzroku, a na całe dnie wyłączając z życia potwornym bólem głowy, nudnościami, otępieniem i całym szeregiem innych dolegliwości. 

✒️ Nie jestem zbyt rozrzutnym człowiekiem, więc zadowalam się mieszkaniem i ogólnymi warunkami wystarczającymi samotnemu człowiekowi. Jedyną finansową ekstrawagancją, na jaką sobie pozwalam, jest mój samochód. Jeżdżę Fordem Mustangiem GT 2018, który odkupiłem od wdowy po zmarłym niedawno przyjacielu. Nigdy nie lubiłem Mustangów, ale kojarząc się nierozerwalnie z utraconym przyjacielem, zyskały dla mnie wartość sentymentalną.

✒️ Zwykle zaczynam dzień po południu, a kończę nad ranem.

✒️ Lubię gotować i niestety lubię jeść żreć. Paczką ciastek najłatwiej wkupić się w moje łaski...

✒️ ...zarazem nie wyobrażam sobie siebie jako rozlazłego miśka z nadwagą, więc za żywieniowe grzeszki regularnie pokutuję w siłowni. Nienawidzę potu, bólu mięśni i zziajania, więc płacę za słabości wysoką cenę.

✒️ Uwielbiam rosyjską literaturę i sztukę. Po prostu uwielbiam. Niech ktoś pokaże mi sztukę doskonalszą od tej, którą przesiąkł srebrny wiek!

✒️ Być może odzywa się krew północnokoreańskich komuchów, która płynie w moich żyłach, bo fascynuje mnie historia współczesna, zwłaszcza ta powiązana z blokiem socjalistycznym, zaczynając od Lenina i ZSRR, a na mojej ojczyźnie kończąc.
Nie, nie, żaden ze mnie komunista. Z liberalizmem najbardziej mi po drodze.

✒️ Moją najdziwniejszą słabością, być może łączącą się z dziwną fascynacją Związkiem Radzieckim, jest Czarnobyl. O katastrofie w czarnobylskiej elektrowni jądrowej przeczytałem i obejrzałem niemal wszystko, co zostało wydane. Marzy mi się wycieczka do Prypeci - to jedno z tych marzeń, które koniecznie muszę zrealizować przed śmiercią. 

✒️ Moja matka udziela się w organizacjach pomagających uchodźcom z Korei Północnej i aktywnie im pomaga. Czasem angażuję się w tę pomoc i w związku z działalnością mojej matki, a obecnie również moją działalnością kompozytorsko-producencką, dość często odwiedzam Koreę Południową. 

✒️ Nie lubię dzieci. Niestety one lubią mnie.

✒️ Jestem kociarzem. Dom bez kota dla mnie nie istnieje. Kiedyś usłyszałem, że jestem egoistycznym bucem i wcale nie kocham kotów, bo śmiem posiadać rasowego zwierzaka, zamiast skopanego przez los dachowca ze schroniska i cóż... ubodło mnie to, ale zarazem zmotywowało do podjęcia się wolontariatu w fundacji działającej na rzecz ratowania kotów. Zaniechałem to, gubiąc się w mroku psychicznych zawirowań. Teraz tylko dokarmiam bezdomniaki i łapię je na kastrację. Czasem też sypnę funtem dla miejscowego schroniska.
Może kiedyś wrócę do wolontariatu.

✒️ Najlepszą przyjaciółką, jaką miałem w życiu, była Sucrette - szylkretowa kotka egzotyczna krótkowłosa. Dostałem ją jako niespełna dwunastoletni gówniarz i spędziła ze mną prawie piętnaście lat życia, a jej śmierć mocno odchorowałem. Obecnie mam dwa ogromne półtoraroczne Ragdolle: kocura o umaszczeniu seal mitted, nazwanego po Breżniewie Leonidem i kotkę blue colourpoint, Katiuszę.

✒️ Lubię kwiaty. To dziwne jak na faceta zamiłowanie zaszczepiła mi matka, która wszystkie balkony i parapety domu obstawiała doniczkami. Sam nie mam ich niestety zbyt wielu, ale w kilku miejscach mojego mieszkania zielenią się aromatyczne anginki. Uwielbiam zapach geranium.

✒️ Nie cierpię Ameryki. Lubię muzykę pochodzącą z USA, widziałem też w życiu kilka dobrych amerykańskich filmów i wierzę, że żyje tam jakiś procent inteligentnych ludzi, ale kultura tego kraju (a w zasadzie jej brak), wszechobecna głupota, ignorancja wyjątkowo mnie drażnią. Tej niechęci nie łączę z pochodzeniem - byłem za mały na zaszczepienie mi antyamerykańskiej propagandy, zanim opuściłem Koreę Północną. Po prostu nie widzę w tym kraju zbyt wielu interesujących cech, a jego specyficzny klimat mnie denerwuje.

✒️ Z różnych dziedzin sztuki jedyną, której nie lubię i nie rozumiem, jest taniec. Nie mam problemów z poczuciem rytmu i ruchem, ale nie rozumiem tańca. Po prostu nie rozumiem. Nie mam nic przeciwko pobujaniu się z dziewczyną, gdy procenty krążą we krwi, a w tle sączy się nastrojowa muzyka, ale tak wstać i wymachiwać kończynami w odgórnie ustalonej sekwencji ruchów? To żenujące!

✒️ Jestem okropnym bałaganiarzem. Lubię wokół siebie czystość, ale porządku niekoniecznie.

✒️ Jestem leworęczny, a od częstego pisania ręcznego trochę pokrzywiły mi się środkowe i serdeczne palce.

[Obrazek: 1zSWy7]
#2 (09.02.2020, 21:45 )

karta zaakceptowana
witamy na forum





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości