welcome to
Yellowlair Oats



#1 (19.10.2020, 14:51 )
Chętnie z panem w przyjaźni się zagłębię!

 Lafayette LianYu Xiao


dane podstawowe
DATA URODZENIA31.05.1992
MIEJSCE URODZENIAHangzhou/ Chiny
ZAWÓDreżyser dźwięku, kompozytor, pianista
STAN CYWILNYkawaler
ORIENTACJAbiseksualny z naciskiem na mężczyzn
WYKSZTAŁCENIEBachelor of Sound Engineering (BA) (University of Arts London)
STATUS FINANSOWYchwilami bardzo dobry
JĘZYKIchiński (rodzimy)
angielski (biegle)
japoński (komunikatywny)
koreański (komunikatywny w mowie)
DZIELNICAKindly Angles
PROBLEMY ZDROWOTNEniskie ciśnienie
migrena
WIZERUNEKYeonho Ju
biografia
Opowieść Xiao Yifei

Niechciane dzieci milczą, już gdzieś w okresie prenatalnym dostały od swej matki sygnał „nie chce cię, jesteś problemem”. Dzieci niechciane nie szukają kontaktu wzrokowego, czasami udają głuche. Milcząc czując, że nie „uwiodły” swej matki. Dzieci niechciane rodzą się z traumą i czasami wydaje się, że będą opóźnione w rozwoju. Takim właśnie dzieckiem był Lafayette, który nawet imienia nie dostał od swej matki, ale za to jako porzucone maleństwo miał sporo problemów ze zdrowiem od pierwszych dni swego życia. Znaleziony w śmietniku ledwo oddychał, a w szpitalu zdiagnozowano u niego zapalenie płuc. Miał znikome szanse by przeżyć, ale jednak przeżył. Kiedyś zastanawiałam się nad tym kim była jego matka i czemu wyrzuciła go jak zepsutą zabawkę. Ubranka, które miał na sobie były nowe, czyste. Otulony był szczelnie w kocyk, ale nie znaleziono przy nim, ani listu, ani niczego co by wskazywało na jego pochodzenie. Poszukiwano kobiety, która w naszym mieście ostatnio była w ciąży, ale nie wiadomo gdzie jest jej dziecko. Nie szukano zbyt dokładnie matki dziecka. To nie miało sensu, nie w obecnych czasach. Takie sytuację się zdarzały, choć nie tak często w przypadku chłopców i nie na terenie takiego wielkiego miasta.... ale właśnie w tłumie można było zniknąć najszybciej po porzuceniu dziecka. Nazywam się Xiao Yifei, jestem pielęgniarką, ale też osobą, która znalazła Lafayette. Lekarz, który uratował mu życie był Francuzem i uznaliśmy, że jego imię(oprócz chińskiego) też dostanie porzucony chłopiec. Ja mu dałam swe nazwisko, jednak nigdy nie mogłam do adoptować. Miałam już jedno dziecko, co blokowało me możliwości. Nie byłam jego matką, ale znam jego historię. Opowiem wam o Xiao LianYu Lafayette, chłopcu porzuconym na jednym z mostów w Hangzhou. Nasz mały aniołek dostał szansę by wychowywać się w sierocińcu w naszym mieście, miejscu które było chyba jednym z najgorszych dla chorowitego delikatnego dziecka, jednak nie zabiło go. Ten chłopiec miał bardzo silną wolę życia. Od urodzenia nie chciany i niekochany, ale uparty i wytrwały by przetrwać w świecie, który nie chciał go rozpieszczać, wręcz przeciwnie, ciągle podrzucał mu kłody pod nogi i kazał biec, coraz szybciej i szybciej, bez pomocy, ani wsparcia, bez kogoś kto powie, że kocha. Bez czułych matczynych rąk, ani ciepła tak potrzebnego we wczesnym dzieciństwie. Tak zaczęła się jego droga, a mogę wam szczerze powiedzieć, nie była usłana różami, była wyboista, porośnięta kolczastymi krzewami, była czymś co raniło, ale i hartowało, czyniło silniejszym, ale zabiło w nim coś innego, cenniejszego. Dzieci niechciane nie wierzą, że ktoś je pokocha, jednocześnie rozpaczliwie pragnąć tego. Dzieci niechciane nie potrafią zaufać, jednocześnie łudząc się, że kiedyś ktoś przyjdzie i będzie mógł powiedzieć do niego mamo. Dzieci niechciane krzykiem rozpaczy próbują zwrócić czyjąś uwagę, jednocześnie odpychają od siebie wszystkich, których tak bardzo chcą przy sobie zatrzymać. Czasami jednak w milczeniu jest więcej cierpienia niż w najgłośniejszym krzyku, w pewnym momencie już nie wiedzą o co walczą, ale czynią to z całej siły. Czasami ich cierpienie wyczytać można jedynie z ich oczu, bo usta już nie wyrażają tego, nie potrafią wyrazić. Dzieci niechciane, z każdym kolejnym dniem, każdą chwilą w której widzą, że rodzice przychodzą po inne dziecko.. z każdym kolejnym tygodniem kiedy muszą walczyć o kolejny oddech... z każdym kolejnym miesiącem kiedy uczą się żyć ze świadomością, że to nie one... z każdym kolejnym rokiem kiedy nawet nadzieja nie chce być ich matką... one umierają... łzy już nie popłyną... wyschły... krzyk zamarł w ich gardłach... słońce nie chce wzejść i oświetlić ich życia. Dzieci niechciane żyją w mroku swej rozpaczy, która zmienia się powoli w coś groźniejszego... a ziarenko nienawiści, zasiane w ich sercach kiełkuje, oplatając ich dusze... pożerając od środka... Nie usłyszysz niemego krzyku dzieci niechcianych, ale zobaczysz go w ich oczach... ale będzie już za późno.

Wszystko co wiem widziałam sama, opowiedział mi on sam lub koleżanka pracująca sierocińcu, w którym wychowywał się Yette. Odwiedzałam go, chciałam wiedzieć, czy los się do niego uśmiechnął. Chciałam widzieć jak dorasta i rozwija się. To było takie ciche dziecko, nie mówił praktycznie nic do trzeciego roku życia, ale to też przez złą opiekę, zainteresowanie nim było znikome. Po przeniesieniu ten stan uległ poprawie w takim stopniu, że chłopiec zaczął powoli się rozwijać tak jak inne zdrowe dzieci. Nie był głupi, ani opóźniony, ale nie był też geniuszem, bez dodatkowego wsparcia, albo chociaż zachęty, nie nauczył się ani czytać ani pisać wcześniej niż to wymagano od niego w szkole. Jednak był dobrym uczniem, miał dobrą pamięć, radził sobie jak na dziecko, które dość często chorowało, a co za tym idzie szybko infekcje przemieniały się w zapalenia płuc, czasami nawet tak poważnymi, że wymagana była hospitalizacja. Zawsze wtedy chodziłam do niego, odwiedzałam i pomagałam w nauce, ale nie tylko ja. Moje siostry też się angażowały, ale żadna z nas nie była mamą... żadna z nas nie chciała by za bardzo do nas się przywiązał, a przez to może traktowałyśmy go za zimno i zachowawczo. Do dziś tego żałuję. Mam przed oczami obraz. Stał w drzwiach swej sali szpitalnej, jakaś kobieta przyszła do swego syna i go przytulała i pocieszała, a on spojrzał na mnie z takim wielkim żalem i smutkiem., on wiedział, że nie ma już szans na adopcję. Zdawał sobie z tego sprawę, aż za boleśnie. Zabrano mu dzieciństwo, kazano żyć, uczyć się i kroczyć dalej. Kazano mu być normalnym, ale jak miał to zrobić kiedy na każdym kroku był wyszydzany i wyzywany o swoją chorowitość i wadę zgryzu? Bili go, znęcali się nad nim na wiele sposobów, a on próbował nie utonąć w tym bagnie, które mu los zafundował. Potem zaczął uczyć się bić, reagować agresywnie i to pomogło... dano mu spokój w pewnym stopniu, choć i tak śmiano się i szydzono z niego. I tak, reagowałam. W sumie nie tylko ja... ale nie zmienisz nastawienia wszystkich dzieci. Urodził się by trafić zaraz potem do piekła, swego osobistego piekła, gdzie nie dość, że nikt go nie chciał, to jeszcze był traktowany jak przedmiot, brzydka lalka, która jest idealna do znęcania się nad nią. Dzieci są okrutne, świat jest jednak jeszcze okrutniejszy. W pewnym momencie przestał płakać i prosić, zagryzał zęby, walczył, przez to jeszcze bardziej niszczył swe szanse na adopcję, które i tak były znikome przez nasze chore prawo. Pamiętam raz przyłapałam go w szpitalu z nożem w ręce, zabrałam mu go bojąc się, że chce się zabić... nie... on chciał tylko mieć oczy jak „piękne” dzieci z innych krajów na świecie, chciał się zmienić, tak by w końcu ktoś go zechciał. Nie umiałam go wtedy pocieszyć, nie umiałam znaleźć słów w tak wielkim byłam szoku, ale pamiętam dokładnie co mi wykrzyczał. Powiedział, że ja też uważam go za paskudnego. Przytuliłam go mocno i bardzo długo płakał. Nie mógł się uspokoić. Miał tylko dziesięć lat i już nienawidził sam siebie, za to jak wygląda i jaki jest. Takich chwil jak ta było dużo, choć z każdym rokiem jego życia coraz mniej i mniej, dorastał, zamykał się powoli w sobie. Budował bardzo mocny i szczelny mur, który miał chronić jego psychikę, jego samego przed innymi ludźmi, szczególnie przed tymi, którzy mogą go zranić, choć takie coś widział w prawie każdym. Kończąc podstawówkę nadal był dobrym uczniem, ale już nie zlęknionym, bojowniczo nastawionym młodym mężczyzną. Jego oczy były już oczami starca, który ma już dość, tak po prostu ma dość, widział za wiele, i niewiele może go już zaskoczyć. To nie były oczy nastolatka wkraczającego w okres dorastania, cieszącego się światem i czekającego na wakacje. Nie było w nich niewinności, ani radości. Był za to ogromny żal i smutek, to wszystko razem przygnębiało, ale... czasami myślę jaki by był jakbym umiała być cieplejszą osobą wtedy, gdybym nie traktowała go zimno i z dystansem jak pacjenta. Chciałam go chronić przed zawodem, ale jednak... chciałam dobrze... ale... te jego przeraźliwie smutne oczy...

Yette w okresie szkoły średniej, do której sama go mocno zachęcałam, był bardzo pewnym siebie chłopcem... przynajmniej na takiego pozował. Zaczął jednak kręcić się w nieodpowiednim środowisku. Pragnął atencji, więc zaczął pojawiać się na nielegalnych wyścigach. Dowiedziałam się o tym niestety dopiero jak wyjechał na studia, o czym za chwilę! Na początku podobno był tylko widzem, ale zapragnął więcej... nie chce myśleć jak przekonał ludzi z przestępczego świadka by dali mu szansę, nauczyli wszystkiego i potem zaczęli sadzać za kierownicą swoich samochodów, ale dzięki nim zaczął zarabiać. W szkole miał wiele nieobecności, wagarował i miał problemy z zachowaniem. Wdawał się w bójki i miał złą opinię. Nawet należał do małego szkolnego „gangu”, choć to na szczęście nie wykraczało aż tak daleko, by realnie zagrażał życiu innych uczniów. Szkoła nie radziła sobie z taką trudną młodzieżą, ale nikt nie wróżył im najlepiej. Pierwszy rok nauki? O mało nie zdał do następnej klasy, ale cudem się prześlizgnął dzięki swej pewności siebie, umiejętności improwizowania i świetnej pamięci słuchowej. Dopiero po wypadku na nielegalnych kiedy na jego oczach zginęły dwie osoby, odrobinę się uspokoił. Bardziej przyłożył do nauki i zaczął myśleć o studiach, wyjeździe do innego kraju, nowego świata, który by mu pozwolił być kimś... wartym zainteresowania i miłości. Nadal się ścigał, ale nie aż tak często, by wagarować. Po tym wypadku stał się spokojniejszy, ale nadal maska pewnego siebie chłopaka, który chce się być zawsze i wszędzie z każdym pozostała. Mój mąż, widząc jak bardzo martwię się o Yette, zaproponował mu treningi sztuk walki, ale o dziwo najbardziej zainteresował go kickboxing, w którym najbardziej odreagowywał stres. To pomogło! Zaczął uczyć się panować nad agresją, przestał bić się z każdym kto choć odrobinę go sprowokował, nawet cieszył się z każdego nowego treningu! Tak dobrze mu szło, że zaczął brać udział w zawodach i radził sobie! To stało się jego szansą na ucieczkę do wielkiego świata, który dawał większe możliwości! Trener widząc potencjał Yette szukał mu sponsorów, by wysłać go na zawody do Japonii. Znalazł! Kończąc szkołę średnią miał szansę na tytuł mistrza w swej grupie wiekowej. Proponowano mu nawet, by zamieszkał na stałe w Japonii, ale odmówił. Ciągnęło go do Europy, ale Japonia obudziła w nim coś innego! Pasję do muzyki! W Japonii zaczął nawet studiować anglistykę, nadal biorąc udział w zawodach. Po roku jednak rzucił to uznając, że to muzyka może być jego drogą. Kiedyś pytałam czemu Anglia? Czemu nie pozostał w Japonii? Przecież to przepiękny kraj i daje wiele możliwości do rozwoju. Powiedział, że czuł się obywatelem drugiej kategorii jako Chińczyk. Nie potrafił żyć w świadomości, że nadal jest tylko Chińczykiem, w świecie, który tak kocha czuć się lepszym od innych. Plus historyczne uprzedzenia, które odczuwał do siebie w stosunkach z starszymi obywatelami Japonii. Dla nich był wrogiem, kimś kim gardzili. Nie umiał się tam odnaleźć i zaczął się ciąć... choć w sumie pewnie robił to jeszcze wcześniej, ale mi o tym nie wspominał. Wiem, że nigdy nie lubił koszulek z krótkim rękawem, ale za to kochał wszelakie ozdoby na nadgarstki. To powinno mnie zaniepokoić, ale przecież był młodym człowiekiem, chciał się wyrażać. Prawda? Chciałam to tak widzieć... chciałam zamknąć oczy... i nie zauważać...

Udało mu się wyjechać do Anglii, a tam zdobyć stypendium i kredyt studencki. Wiem, że pokochał swój nowy kierunek studiów, choć jeszcze przez jakiś czas brał udział w zawodach. Rzucił to po zdobyciu tytułu mistrza. Uznał, że zdobył już to czego pragnął, a teraz pora zrealizować się w czymś innym. Mówił, że po wypadku na jakiś czas odpuścił sobie nielegalne zawody, i wiecie co? Wierzę mu, że na jakiś czas to nie było ważne dla niego. Potem jednak... Kiedy poczuł, że Anglia daje więcej możliwości wrócił do starych złych nawyków. Anglia dała mu też coś jeszcze, czego zupełnie nie akceptuję! Nie rozumiem i nie zaakceptuję. On to wie i nie poruszamy tego tematu nigdy. Anglia zaraziła go cywilizacyjną chorobą, która zniszczyła jego orientację seksualną. Z dobrego heteroseksualnego chłopca stał się... pedałem. Jak do jego niewinnej główki mogło nawet przyjść, by tak mężczyzna z mężczyzną. To chore! Modlę się za niego, by w końcu zrozumiał, że to nienormalne. Liczę, że pójdzie w końcu na terapię. Podpowiadam mu to delikatnie. Kiedyś do niego dotrze, że prawdziwe szczęście znajdzie tylko i wyłącznie u boku kobiety. Założy z nią rodzinę i znajdzie spokój. Żona i dzieci dadzą mu dom, szczęście i miłość, której tak bardzo potrzebuję. Wierzę, że uda mi się... choć nie chciałabym by wiązał się z jakąś Europejką... to chore i zniszczone moralnie kobiety. Wiem co mówię! Ja widziałam w telewizji! I mój biedny Yette z nimi obcuje. Strach czym go mogą zarazić... nawet mentalnie! A on tam mieszka i opowiada, że jest szczęśliwy. Spełnia się zawodowo, obecnie jest reżyserem dźwięku, pracuje w studiu nagraniowym i spełnia się zawodowo. Nie rozumiem zupełnie jego pracy, ani tego jak mi o niej opowiada, ale cieszę się razem z nim. Wiem, że całkiem nieźle zarabia więc zawsze jak jest to przedstawiam mu córki moich znajomych. Któraś w końcu mu się spodoba i wróci do Chin na stałe! Tu będzie bezpieczny, znajdzie pracę, założy rodzinę i wyleczy się z pedalstwa! Dobra żona da mu wszystko czego potrzebuje! Będzie miał wszystko to co ma mój ukochany rodzony syn. Dom, pracę, zainteresowania i syna. Syn jest bardzo ważny dla każdego mężczyzny. No który w tym wieku nie marzy o synu?! No to niemożliwe! Jednak córka też by była błogosławieństwem! Nie opowiem nic o jego pracy... ale opowiem szerzej o naszym ostatnim spotkaniu, które sprawiło, że zaczęłam się bać o niego... choć nadal mam nadzieję... nadal wierzę... coraz słabiej...

Słowo od Hongyi Li

Nazywam się Hongyi Li i jestem przyjacielem Yette. Niedawno przyjechał do mnie, odwiedził mnie i opowiedział mi jak przetrwał najgorszy czas pandemii. Żalił mi o tym, że przez ten czas nie mógł się ścigać, więc jest już grzecznym chłopcem. Nadal nie ma nikogo, nadal trwa tylko między pracą, szkodliwymi rozrywkami i domem. Czuję, że on nawet nie próbuje się z kimś związać, ale to co mnie najbardziej poruszyło to słowa, kiedy powiedział, że on nie umie inaczej... wie, że jest tylko czymś, nie kimś... czymś kogo i tak nikt nie zdoła zaakceptować ani pokochać. Kiedy jednak powiedział, że przecież i tak pewnie nikt nie zapłacze, bo można go zamienić w ułamek sekundy to mocno go przytuliłem, jak niegdyś kiedy byliśmy jeszcze dziećmi i razem z nim czekałem, by ktoś nas pokochał, zabrał do swego domu. Mój przyjaciel jest zagubiony, potrzebujące miłości i ciepła. Jutro wraca do Anglii, a teraz patrzę jak śpi w moim domu. Płacze przez sen, nie wiem co mu się śni, ale nie wiem też czy chce wiedzieć. On nigdy nie płacze przy innych, nienawidzi opowiadać o swoich problemach czy przeszłości. Ale ja go znam doskonale i umiem czytać między wierszami, umiem słuchać... on cierpi, aż za wyraźnie widzę w jego oczach i wyuczonym uśmiechu jego ból. Boję się że nasze cotygodniowe rozmowy mogą nagle się urwać. On się w końcu zabije, choć i tak dobrze, że nie skończył jak wielu, nie stoczył się jako pijaczyna czy ćpun. Jednak on ma inny nałóg, który nie jest tak widoczny, z tym nie wyśle się go na odwyk. On jest uzależniony od prób udowadniania sobie, że jest coś wart! Tak bardzo panicznie boi się, że zostanie zapomniany, że zostanie sam, że wpada w złe kręgi, sprzedaje siebie, dla chwili uwagi i atencji, a potem to wszystko odbija się na nim... im bardziej próbuje tym bardziej czuje, że nie jest nic wart... więc próbuje bardziej... to zaklęte koło, a on w nim utknął. Tak bardzo chciałabym mu pomóc, ale nie potrafię. Mój ukochany przyjaciel umyka mi z ramion, a ja nie wiem jak mógłbym go zatrzymać i powiedzieć mu, że... boję się... tak bardzo się boję... dnia kiedy położę kwiaty na jego grobie na cmentarzu za Hangzhou... Nie miałem prawa nic do niego czuć... nie mam prawa nadal tego powiedzieć, mimo że teraz to uczucie braterskie. Nie mamy prawa... powiedzieć, a ja... to za trudne.

List do matki/ słowo Yette

Kroczy ze mną mój lęk... mury nie upadają... stają się coraz mocniejsze... szukam mego słońca przedzierającego się coraz słabiej przez mgłę mej niepewności. Kroczę przed siebie i już nie wiem czy to nadal ja, czy może ktoś inny kieruje mną, moim przeznaczeniem. Czasami tak bardzo chcę uciec, ukryć się w nicości dnia powszedniego, w tłumie obcych wrogich mi twarzy. Mamo... wybaczę Ci tylko wróć po mnie... jestem już duży, obiecuję nie być problemem... obiecuję się Tobą zaopiekować! Poradzimy sobie razem! Przyrzekam... tylko wróć... modlę się co dnia, w każdym mym ciosie i upadku... składam ofiary z mego bólu i łez, które już nie chcą płynąć, wciąż wypatrując Cię w każdej napotkanej kobiecie. Czy w tych właśnie oczach kryje się Twój strach? Wybaczę Ci go. Czy w tym uśmiechu znajdę Twoją czułość? Dam Ci to samo. Mamo wróć! Tonę... mam wrażenie, że powoli zapominam jak to jest wypływać na powierzchnię by zaczerpnąć ten jeden jedyny potrzebny wdech... to boli... moja dusza płonie potrzebując tylko dwóch słów od Ciebie! Ja Ci wszystko wybaczę, zapomnę... zapomnijmy to co złe... zbudujmy nasz nowy dom! Podążajmy już razem, tak by nikt nas już nigdy nie rozłączył! Wypatrywałem Cię w każdym dniu... tym złym, ale też dobrych i pięknych... w promieniach słońca i cieniu drzew, w śpiewie ptaków i błękicie nieba. Dla Ciebie podniosę się, znajdę w sobie siłę by znów walczyć. Nikt mnie nie powstrzyma by biec za Tobą... tylko daj znać, że to Ty. Woda, którą piję wydaje się być toksyczna... powietrze którym oddycham rani mnie... ale Ty będziesz lekiem... moim zbawieniem. Wiem to, chce wierzyć co znajduje się za horyzontem. Uwierz mi! Przeprowadzę Cię przez każdą rzekę, która stanie na naszej drodze... największe szczyty nie będą przeszkodą, bo ty będziesz przy mnie. Czasami budząc się pragnę usłyszeć Twój głos, wołasz mnie z oddali, czy czekasz? Robię to co mogę kiedy mogę jak mogę, ale Ty mi dasz siłę by zdziałać cuda. Dla Ciebie zatrzymam wiatr, powstrzymam nurt rzeki, byś mogła spokojnie wracać do mnie, do nas. Nie dam Cię już nikomu zranić. Nikt nie sprawi, że zapłaczesz... ale proszę... wróć... i spraw bym zapłakał jeszcze raz! Spraw bym zapłakał radością, której nie umiem znaleźć w sobie. Tylko Ty mi ją dasz. Wiem to... wiem na pewno... w końcu odetchnę pełną piersią... zaśmieję się w twarz tym, którzy mnie nienawidzą. Będę miał Ciebie... będziemy mieć dom... nas... tylko wróć... błagam... Będę na Ciebie czekał... będę przychodził na zepsuty most... rok w rok, niezmiennie. Dokładnie siódmego dnia siódmego miesiąca księżycowego każdego roku. Wierzę w jedną z legend tego mostu, która głosi, że dwoje kochanków spotykało się co roku w ten właśnie dzień. Ja też będę czekał na Ciebie. Niech święto poświęcone powrotom i spotkaniom po latach będzie naszym świętem. Niech to stanie się nasz nowy początek. Będę czekał... to właśnie tam mnie zostawiłaś przed latami... wróć... tylko wróć do mnie, a ja uwierzę w każde Twe słowo, w każdą legendę i obietnicę... to my staniemy się tymi, o których się mówi. Bądź mym białym delikatnym wężem, który zagubiony w nurtach przeznaczenia odnajdzie w końcu swe miejsce i dom. Ja będę niczym Xu Xian, będę Twym wybawieniem i nową drogą. Tylko mamo... pozwól mi na to... pozwól nam... błagam mamo...
rodzina & miłość
RODZICEbiologiczni nieznani
Xiao Yifei(przybrana ciotka)
RODZEŃSTWOHongyi Li(przybrany brat)
DZIECIproszę nie!
DALSZA RODZINAbrak
STATUS ZWIĄZKUwolny
PARTNERBeale się liczy?
BYLI PARTNERZYwymieniać chronologicznie czy alfabetycznie?
osobowość
TYP OSOBOWOŚCIintrowertyk
ZABURZENIAniezdiagnozowana depresja
PRIORYTETYpraca, odnalezienie biologicznej matki
GRUPYMars (50%) Wenus(25%) Jowisz(25%)


kilka słów więcej...
Proszę państwa o to miś, miś jest bardzo śpiący dziś, ale za to uroczy i słodki, przemiły i sympatyczny. Nie będzie się bało mu powierzyć dziecka, ale też nie jest na tyle dziecinny by olać pracę. Utalentowany, twórczy, spokojny, ambitny... czasami za bardzo zamyślony i zaspany, zdarza mi się drzemać na przerwach, czy pożerać miętowe lody niezależnie od pory roku. A ta urocza grzywka? Słodki niewinny uśmiech? To przecież takie sympatyczne dziecko! Czasami chce się nim nawet potrząsnąć by zaczął bardziej żyć, bo jest obawa, że prześpi nie tylko przerwę... aniołeczek. Przynajmniej do chwili kiedy się nie zobaczy jego drugiej strony. Potrafi być też wulgarny, bezpośredni, impulsywny i bardzo świadom swej seksualności. Jeśli by się go zobaczyło nocą przy jego samochodzie to nie poznałoby się w nim tego misiaczka zaspanego sprzed paru dni. To chamskie czasami, ale za to zbyt pewne siebie stworzenie, pragnie adrenaliny, potrzebuje czegoś co pobudzi go, podnieci... poszukuje mocniejszych emocji nie tam gdzie powinien... seks bez zobowiązań, ale też zahamowań? Czemu nie? Udział w nielegalnych wyścigach? Za szybka i brawurowa jazda? Przekraczanie granic wszędzie gdzie tylko się da... nawet jeśli to głupie i niebezpieczne? Jasne. Potrzymaj Bae wódkę. Potrafię!
Dwie twarze Yette, dwa obrazy dla świata... ale w tym wszystkim niestety masa niepewności i kompleksów. Za brzydkie oczy, wada zgryzu, paskudny akcent, nie dość inteligentny i interesujący jako osobowość... i tak dalej i dalej... Potrzeba szukania miłości i zainteresowania, potrzeba czegoś czego nawet nie rozumie, ani nie pojmuje. Tak bardzo potrzebuje, by ktoś w końcu go pokochał, że oddaje siebie szukając w seksie czegoś czego tak nie ma. W każdym nowym stosunku szuka ciepła, zrozumienia, uwagi i miłości. Po każdym kolejnym seksie czuje się psychicznie coraz gorzej, miewa ataki depresji i przygnębienia. Rano sam siebie... potrzebuje coraz bardziej... coraz bardziej wpadając w swoją własną pułapkę. Im bardziej szuka, im bardziej się oddaje innym, tym bardziej rani siebie i cierpi. Nie potrafi nigdy nic głębszego poczuć, mimo że rozpaczliwie szuka i próbuje.
Za maskami ukrywa skrzywdzone, depresyjne i zagubione dziecko, które tak bardzo pragnie, by ktoś wyciągnął je z bagna, które coraz bardziej je pochłania. Czuje, że grunt się pod nim osuwa... czuje, że idąc tą drogą upada tylko coraz niżej i głębiej, a depresja coraz mocniej dociska jego psychikę do granic... krzyk,łzy, bezsenność... alkohol, seks, ból... coraz bardziej, szybciej, mocniej... To jak lawina. Z jednej małej kuleczki, ślicznej śnieżynki, przeistacza się w niszczącą zamieć, tony niszczącego i pędzącego śniegu, który nie zna litości. Nie umie się zatrzymać, ani przestać siać spustoszenia. Tak właśnie na psychikę Yette działa seks bez zobowiązań. Niszczy i pustoszy, nie dając zupełnie nic w zamian. Może gdyby Yette zaznał matczynej miłości? Może gdyby widział w ojca jako kochającego i wspierającego partnera... może wtedy by zrozumiał czym jest prawdziwa miłość, ale nie znał ani ojca, ani matki. Przez całe życie zaznawał jedynie bólu i upokorzenia. Kiedy w końcu uciekł ze swego piekła, to to piekło zostało w nim. Nie potrafi uciec od tego co niegdyś go otaczało. Nie potrafi odciąć się od krzywd i słów, które raniły dotkliwiej niż miecze. Jego ciało, tak piękne dla niektórych... dla niego jest paskudne i odrażające. Jego uśmiech, tak cudowny dla jego fanek... dla niego jest wadą, której się wstydzi. Jego ciepło i kruchość, dla niektórych jest czymś co warto chronić... dla niego to tylko coś z czego na pewno każdy się śmieje za jego plecami. Tak można wiele wymieniać. Każdą swoją zaletę, jak jego inteligencja, talenty, wiedza, zainteresowania, pasje... wszystko to widzi w krzywym zwierciadle. Nie potrafi zobaczyć wartościowego człowieka, którego warto pokochać. Nie wierząc w siebie, trwając w matni kompleksów i niepewności, wciąż udaje kogoś kim nie jest. Chce światu na siłę udowodnić, że warto się nim zainteresować. Jest coś wart... Jest... Szuka atencji w ludziach, których nienawidzi. Jest introwertykiem, który wbrew sobie, swoim lękom i ograniczeniom, udaje ekstrawertyka. Gdyby kiedyś pozwolił sobie być po prostu sobą, to pewnie zamknąłby się w domu i tylko tworzył. Jemu do szczęścia nie potrzeba tłumu. Wystarczy jeden czy dwóch szczerych dobrych przyjaciół. Ich uwaga i zainteresowanie, ale nie zawsze. Potrzebuje ciszy, spokoju i odpoczynku od wszystkiego tego co go przytłacza... ale... ale próbując być kimś kim nie chce być, niszczy siebie jeszcze bardziej. To jedynie pogłębia i tak już silną depresję. Na koniec dodam, że on nigdy nie był leczony. Nigdy nikomu nie zwierzył się ze swoich problemów... przecież... jest ok.
ciekawostki
 
[Obrazek: Other-Music-sakura-icon.png] Uwielbia szybkie samochody i motocykle, bierze udział w nielegalnych wyścigach z obu tych środków transportu. Samochód którym się ściga stoi bezpiecznie u znajomego mechanika, z którym dzielą się zyskami z wygranych, a tych ma już parę na swoim koncie. Nie narzeka, choć tutaj nie chodzi o pieniądze, ale adrenalinę. Normalnie po mieście jeździ jednym ze swoich dwóch motocykli. Od niedawna może pochwalić się nowym nabytkiem czyli Suzuki Hayabusą. Specjalnie dla nich wynajmuje garaż by nikomu przypadkiem nie zaświeciły się oczka na widok jego "maleństw".
[Obrazek: Other-Music-sakura-icon.png]W ramach zawodów zorganizowanych przez The International Sport Karate Association (ISKA) został mistrzem świata w kategorii Freestyle Kickboxing (w swej kategorii wagowej). Po zdobyciu tytułu skupił się na innych aktywnościach, takich jak praca w studiu nagraniowym, gdzie odnajduje się o wiele lepiej. Jednak nie porzucił sportu całkowicie. Trenuje w domowych warunkach, ma drążek na którym się podciąga, oraz specjalnie pod siebie przygotowane ćwiczenia z wykorzystaniem zestawu "małego boksera" czyli worki treningowe, rękawice.
[Obrazek: Other-Music-sakura-icon.png] Jest wielkim kociarzem, ale na zwierzaka mógł sobie pozwolić dopiero po przeprowadzce do Anglii. Pierwszą kociczkę Hope przygarnął ze schroniska, była z nim aż do śmierci ze starości (rok temu). Dwa lata temu znalazł kocię, którym zajmował się aż do jego uśpienia, ze względu na tragiczny stan. Półroczne kocie Rose, mimo jego troskliwej opieki, braku snu i kompleksowej pomocy dwóch weterynarzy, nie dało rady w walce z chorobami. Do dziś przeżywa śmierć tego kociaka.
[Obrazek: Other-Music-sakura-icon.png]Kocha muzykę od dziecka, jego przyszywana ciocia nauczyła go nawet gry na pianinie, uwielbia komponować, tworzyć, bawić się muzyką, dźwiękiem. Uważa, że muzykę można znaleźć dosłownie wszędzie, nawet w ciszy przed burzą, czy krokach sąsiadki... Otaczają go dźwięki, z których o dziwo potrafi stworzyć coś fascynującego, może właśnie dlatego nie narzeka na brak "klientów". Uwielbia też swoją pracę, a w szczególności wszelakie wymiary swego szefa, czyli Beale'a, które potrafi podać z aptekarską precyzją. Talentów ma Yette bez liku!
[Obrazek: Other-Music-sakura-icon.png] Nie jest patriotom, ale co roku wraca do Chin, myśli o tym kraju z mieszanką wielu uczuć, od miłości i tęsknoty, po pogardę i nienawiść. Nie wstydzi się jednak swych korzeni, choć nie lubi opowiadać o swej przeszłości. Potrafi gotować, najlepiej mu wychodzą dania z kuchni chińskiej i japońskiej, ale z angielską też sobie całkiem nieźle radzi. Lubi ostro słodkie potrawy, choć sama słodycz też uwielbia.
#2 (22.10.2020, 00:07 )

karta zaakceptowana
witamy na forum





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości