welcome to
Yellowlair Oats



#1 (11.11.2021, 21:25 )
Oh, I'm sorry, did I make you anxious?

Suzanne Fletcher


dane podstawowe
DATA URODZENIA11.06.2002
MIEJSCE URODZENIAYellowlair Oars
ZAWÓDfotomodelka
STAN CYWILNYpanna
ORIENTACJAheteroseksualna
WYKSZTAŁCENIEśrednie (A-levels)
STATUS FINANSOWYbeznadziejny
JĘZYKIangielski (natywny), francuski (średni poziom)
DZIELNICASullen Hides
PROBLEMY ZDROWOTNEbrak
WIZERUNEKAlina Akilova
biografia
- Jesteś pewna, że możemy? - Czteroletnia dziewczynka z niepewnością w ciemnych oczach obejrzała się na starszą siostrę. Mimo szerokiego uśmiechu, który widniał na jej ustach, nie czuła się pewna z pomysłem, na który wpadły.
- No jasne, dużo razy tak robiłam i nikt nie krzyczał! - Odpowiedź siostrzyczki przełamała wątpliwości i mała Suzanne wspięła się na chwiejny taboret. Gdy jej bose stopy w miarę stabilnie stanęły na jego siedzisku, ciekawskim wzrokiem zajrzała na kuchenny blat. Liczyła, że znajdzie na nim coś dobrego i nie pomyliła się - wypatrzyła przy ścianie talerz pełen znajomych ciastek... tylko dlaczego musiał być tak daleko?! Wyciągała się i stawała na paluszkach, by go dosięgnąć, ale bezskutecznie. Tak skupiła się na słodkim celu, że straciła czujność i krzywo postawiła nogę na taborecie, który runął w tył razem z nią.


Pamiętam ten pierdolony taboret i zasrany dzień lepiej niż pierwszy dzień w szkole, komunię świętą i inne bzdurki z dzieciństwa, o których najczęściej wspomina się w dorosłych czasach. Nigdy więcej na niego nie weszłam w obawie, że zrobię sobie poważniejszą krzywdę. Na krzesła też już nie wchodziłam. W sumie do dziś nie lubię wysokości i nawet wchodzenia na drabinę unikam, jeśli tylko mogę. Tamtego cholernego dnia rozbiłam sobie głowę i obiłam tyłek tak, że przez kilka dni nie mogłam normalnie siadać. Pewnie normalni rodzice zabraliby mnie od razu na pogotowie, przerażeni perspektywą wstrząsu mózgu lub złamania kości ogonowej, ale ja mogłam liczyć wtedy tylko na starszą siostrę, która próbowała uspokoić mój histeryczny płacz. Matka była w pracy, jej partner? Nie mam pojęcia, ale gdzieś się dobrze bawił. Przestraszona i z krwią we włosach czekałam wtedy na powrót dorosłych jak nigdy wcześniej, choć po ich pierwszym strachu, gdy już przekonali się, że nic mi nie jest, oberwałam tylko pasem za robienie głupot. Ale tak to się kończy, gdy zostawia się dwie kilkulatki na pół dnia bez obiadu.
Właściwie to całe moje dzieciństwo składało się z takich małych gówien.
Rozklekotany taboret. Jakiś pluszak z urwanym uchem. Zimne i niejadalne obiady w szkolnej stołówce, bo innych byśmy nie dostały. Wypominanie gumy do żucia za kilka pensów. Wulgaryzmy śmigające z lewej do prawej i z powrotem, gdy matka i jej wybrankowie serca urządzali sobie całonocne libacje, sami albo z podobnym towarzystwem. W takim środowisku przyszło wychowywać się mnie i Autumn, ale czy kiedykolwiek narzekałyśmy na swój los? Nie znałyśmy innego, a przynajmniej - ja nie znałam, starsza siostra bowiem wspominała czasami okres, kiedy byłyśmy pod opieką babci. Ja niestety byłam za mała, żeby cokolwiek z niego zapamiętać. Ten zimny, patologiczny dom był jedynym światem, który był mi znany i przez wiele lat trwałam w przeświadczeniu, że to jest norma.
Smutna, ale norma.

Grupka chłopców roześmiała się w głos, a w małej Suzanne zapłonął gniew. Znów śmiali się z jej miernych umiejętności zjeżdżania na sankach i końcowa gleba, którą zaliczyła z twarzą w puchatym śniegu, wyjątkowo ich rozbawiła. Nie po raz pierwszy okazywali dziewczynkom wyższość, a ośmioletnia Suzanne długo to znosiła, by w końcu nie wytrzymać szyderczego śmiechu za swoimi plecami.
Poderwała się ze śniegu, a śmiechy szybko ustały.
- Co ty zrobiłaś, kretynko! - okrzyk jednego z chłopców zlał się z przerażonym wrzaskiem drugiego, którego chwilę wcześniej mała Suzanne zepchnęła ze szczytu górki. Wzniesienie nie było wysokie ani strome, ale wyższy od niej, starszy i z pewnością silniejszy chłopak sturlał się z niego jak bezwładna lalka i z hukiem wylądował na oblodzonym podnóżu.
Dziewczynka razem ze starszą siostrą porwała sanki i uciekła ile sił w dziecięcych nóżkach.


Od dzieciństwa miałam wyjebane w zasady, ale jak inaczej miałam postępować, kiedy kolejny lowelas matki był złodziejem i nawet się z tym nie krył, a ona nie próbowała wpajać nam absolutnie żadnych norm poprawnego zachowania, hołdując cwaniactwu, łatwemu zarobkowi i własnej, egoistycznej wygodzie? Jakiegoś poszanowania zasad zaczęła uczyć mnie dopiero szkoła, a później też starsza siostra, która dość szybko wyłamała się z atmosfery patologii, cuchnącej z każdego kąta naszego zagrzybionego mieszkania na Morton Street.
Jako gówniara byłam nieznośnym dzieckiem i sama dziwię się własnej matce, że nie postanowiła sprać mnie jak worka treningowego po kolejnym razie, kiedy została wezwana do szkoły. Pyskowałam nauczycielom, biłam się z dziewczynkami z klasy, a największe - i najbardziej widowiskowe! - gówno odstawiłam jako ośmiolatka, podczas wakacji zimowych, gdy razem z innymi okolicznymi pato-dzieciakami bawiłam się w śniegu. Za kamienicami znajdowało się spore klepisko, które latem ściągało amatorów tanich win i zakochanych, fundujących sobie upojne wieczory w gęstych krzakach. W kącie tego ni to skweru, ni placyku, znajdowało się wzniesienie, jak na dziecięcą perspektywę wielkie. Zimą zjeżdżaliśmy tam na sankach lub lepiliśmy bałwany czy urządzaliśmy wojny na śnieżki... grupki dzieciaków walczyły o swój kawałek górki, ale zwykle i tak wracałyśmy do domu z płaczem, bo dziewczynki i słabsze dzieci terroryzowała grupka gówniarzy, którzy powoli wyrastali na nieznośnych oprychów. Raz jeden zbuntowałam się, gdy mnie wyśmiali i rozpędziwszy się, wzięłam jednego z nich z zaskoczenia i zepchnęłam z górki. Z konsekwencji zdałam sobie sprawę dopiero po fakcie i minutę później już nas tam z siostrą nie było. W panice nie obejrzałam się nawet za siebie, by sprawdzić, czy dzieciak się rusza.
Tamtego dnia wystraszyłam się nie na żarty. Po popołudniu pełnym napięcia przyszedł wieczór i gdy już sądziłam, że nic złego się jednak nie stało, a gnojek jest cały, zadzwonił dzwonek do drzwi, a w ich progu zobaczyłam zirytowaną sąsiadkę - matkę tego małego skurwiela. Okazało się, że skończył porządnie poobijany i ze złamaną ręką. Ja? Ze szlabanem do końca wolnego i siniakami po napadzie wściekłości mojej matki. Pamiętam, jak krzyczała, że mogłam go zabić - i wtedy dobitnie dotarło do mnie, że miała rację. Pomijając drobne szarpaniny z innymi dziewczynami w szkole, nigdy więcej nie zrobiłam nikomu krzywdy fizycznej. Nie chciałam nikomu poważnie zaszkodzić.
Ale za to zyskałam dożywotni szacunek na dzielni wśród okolicznych chłopaków!

- Chowajcie, ktoś idzie!
Na to hasło w grupce nastolatków, ukrytych za szkolnym budynkiem, zawrzało jak w ulu, ale Suzanne była jedną z dwóch dziewczyn, na których ostrzeżenie nie zrobiło wrażenia. Jej koleżanki i koledzy szybko chowali papierosy, które pokątnie popalali, dziewczyna zaś nigdy nie sięgała po te używki, więc mogła z rozbawieniem obserwować, jak inni pozbywają się dowodów szkolnej zbrodni, choć gryzący w oczy, śmierdzący dym i tak zdradzał, co przed chwilą robili.
Napięcie rozluźniło się, gdy zza muru wyłoniła się dziewczyna ze szkoły średniej, która z wyraźnym poddenerwowaniem przystanęła obok grupki.
- Em... Su...zanne... bo mam zeszyty dla Autumn - powiedziała nieśmiało i podawszy dziewczynie obłożone okładkami bruliony, oddaliła się czym prędzej.


Nie wiem, co było nie tak z moją siostrą, ale kiedy ja szłam jak przecinak przez każdą jesień, zimę i wiosnę, ona działała jak lep na wszelkie wirusy, bakterie i inne gówna, które umiały ją zatrzymać w domu na bite dwa miesiące. Gdy ja szalałam z koleżankami, wagarując i poznając smak alkoholu na szczeniackich imprezach, ona leżała w łóżku, pokasłując lub pociągając nosem i pochłaniała szkolne podręczniki oraz książki, które kazała mi wypożyczać dla niej z biblioteki. To był okres, w którym wkradło się między naszą siostrzaną relację dużo niezrozumienia i kto wie, gdybyśmy nie czuły, że mamy tylko siebie - może nasze drogi wtedy na zawsze by się rozeszły?
Czułam, że Autumn oddala się i zaczyna iść w inną stronę niż ja. Ta strona wtedy wydawała mi się głupia i frajerska, dziś... też nie do końca ją rozumiem, ale chyba nie jest taka zła! Nigdy nie rozumiałam pędu siostry do wiedzy, ja uczyłam się tylko tego, co mi się podobało, przez resztę przedmiotów prześlizgując się sprytem. Po przyswojeniu absolutnego minimum. Ale jakoś mi szło... odliczałam lata, a później miesiące do zakończenia secondary school, żeby dobić do końca obowiązkowej edukacji, rzucić szkołę w cholerę i... co dalej? Właśnie! Wtedy chciałam tylko dobrze się bawić i nie myśleć o konsekwencjach. Miałam przyjaciółki, z którymi włóczyłyśmy się po mieście i przeglądałyśmy ładne ciuchy w butikach, przeżywałam pierwsze niewinne miłostki, ciesząc się z dwóch adoratorów, którzy kiedyś ku mojej uciesze pobili się o mnie po pijaku. Mieliśmy wtedy piętnaście lat? Och, wstyd się przyznać!
Dobrze czułam się w moim środowisku. Inne dzieciaki ze szkoły szanowały mnie, choć chyba lepiej będzie powiedzieć, że odczuwały strach, a nie respekt. Bo kto by się nie bał grupki przeklinających nastolatków, którzy kurzą papierosy, pyskują nauczycielom i nie boją się sprać tyłka rówieśnikom, którzy nie przypadli im do gustu? Do pewnego momentu dobrze się tym bawiłam, śmiejąc się z uwag siostry, która usiłowała za wszelką cenę wyciągnąć mnie z tego towarzystwa. Kilka razy nawet narobiła mi kurewskiego wstydy, gdy namierzyła, dokąd zwiałam z lekcji albo gdzie bawię się późnym wieczorem, wpadła tam, jakby była moją matką i narobiła kosmicznego wstydu, z głośną awanturą zabierając do domu. Nie mogłyśmy się dogadać pod tym względem, ale Autumn była ode mnie starsza... zaledwie trzy lata, ale w okresie nastoletnim to jest coś! Poszłyśmy wreszcie na kompromis: pozwoliła mi na rozrywki z moim imprezowym towarzystwem pod warunkiem, że po skończeniu secondary school pójdę do college'u. Tak zrobiłam i myślę, że to była dobra decyzja.

- A co powiesz na dziś wieczór?
- Wieczór z porankiem?
- Czytasz mi w myślach, skarbie!
- Ale po tym pojadę na tą sesję do Włoch?
Znajomy męski baryton rozbrzmiewał zza uchylonych drzwi, prowadząc bardzo dwuznaczny, acz jasny w przekazie dialog z nieznaną Suzanne dziewczyną. Miała młodziutki głos, może była w jej wieku, a może nieco starsza? Rozbuchane lubieżną nutą tony ścisnęły jej gardło w szlochu, który zagłuszył kolejne podsłuchane słowa. Widząc, jak świat rozmywa się za zasłoną łez, odwróciła się na pięcie i wybiegła ze studia fotograficznego, nie zdradziwszy swojej obecności.


Pusty portfel był moją pierdoloną zmorą, odkąd sięgam pamięcią. Musiała dopraszać się o zwykłe ciuchy, o markowych absolutnie nie mogąc myśleć. A kosmetyki? Wolne żarty! A przecież - choć to może brzmieć próżnie - chciałam się podobać. Chciałam być ładna, lubiana i akceptowana. Mieć markowe ciuchy i jakiś drogi gadżet, którym będę mogła szpanować... w ten sposób zdobywa się przyjaciół w wieku szkolnym. Nie mogłam na to liczyć, ale w pewnym momencie los się do mnie uśmiechnął... a właściwie to ja postanowiłam jako pierwsza uśmiechnąć się do niego.
Początek college'u był dla mnie stresujący, w chuj! Nikt z mojej paczki nie zdecydował się na taki etap edukacji, co nie było dla mnie zaskoczeniem - niektórzy nie poszli do szkoły, tylko poszukali pracy, a inni woleli zawodówki. Zaczęłam budować wokół siebie nową paczkę, szybko zaprzyjaźniając się z najbardziej krzykliwymi i popularnymi gówniarzami, którzy nie każdego traktowali z uśmiechem. Chciałam być przez nich lubiana, więc brak pieniędzy doskwierał mi coraz bardziej, a przy okazji zauważyłam wtedy bardziej niż w przeszłości, że przyciągam uwagę płci przeciwnej. Podobałam się wielu chłopakom i umiała to wykorzystywać choćby do wyłudzenia pracy domowej - ale zdecydowałam się czerpać z urody bardziej wymierne korzyści. Ktoś kiedyś rzucił, że powinnam zostać modelką, co zbyłam śmiechem. Ja i modeling? Jestem kurduplem, więc do wzrostu modelki brakuje mi jakichś piętnastu centymetrów, nie miałabym szans! Pewnego razu usłyszałam, że w fotomodelingu nie liczy się wzrost i słynne wymiary 90-60-90, więc postanowiłam spróbować w nim swoich sił. Trafiłam do całkiem sporej agencji modelek, ale oczywiście wielka kariera, o jakiej marzyłam, nie chciała nadejść od razu.
Do dnia, w którym poznałam Williama. To miała być proste sesja ze zdjęciami do portfolio, za darmo, ale cieszyłam się, że w ogóle będę mogła coś zrobić, w końcu pokazać swoją twarz i chwalić się koleżankom! William okazał się przystojnym, eleganckim mężczyzną po trzydziestce, który zaimponował mi urokiem osobistym i klasą, jakiej brakowało odzianym w dresy chłopakom z mojego śmierdzącego grajdołka. Podczas tej sesji zaproponował, że pomoże mi rozkręcić karierę fotomodelki i załatwi mnóstwo opłacalnych zleceń... jeżeli spędzę z nim noc. Tak pięknie mówił, że jestem wyjątkowa i mogę zostać gwiazdą! Oczywiście, uwierzyłam. Najpierw jego zapewnienie, że załatwi mi pracę, później że coś dla niego znaczę. Z pierwszej obietnicy wywiązał się doskonale, bo przychodziły momenty, w których zarywałam lekcje z powodu intratnych wyjazdów na sesje zdjęciowe, drugie - okazało się bolesnym kłamstwem. Wykorzystał moją naiwność szesnastoletniej gówniary, zabrał niewinność, a pół roku później podsłuchałam, jak tymi samymi słowami czaruje inną dziewczynę. W pewnym sensie mogę być mu wdzięczna, bo rozruszał moją karierę w tej branży, ale kosztem, którego nie byłam gotowa ponieść.

Okropne skrzypnięcie zraniło uszy, ale mimo że dźwięk przyprawiał o dreszcze, zakapturzona postać próbowała go zignorować i nie przerwała swojej wandalskiej działalności. Niewysoka, w czarnym, luźnym dresie, który utrudniał identyfikację płci, z przydużym kapturem na głowie i maseczką, która zasłaniała prawie cała twarz, nikła w ciemności tak, że gdyby ktoś wyjrzał na ulicę, zbudzony tym dźwiękiem, zaspanymi oczyma pewnie by nie dostrzegł jej w mroku, który rozświetlała jedna uliczna lampa, która migała na pograniczu przepalenia. Kamer nie było, z okien kamieniczek wyzierał mrok, a jedyny ruch na parkingu wykonywał bezpański kot, który chował się między autami. Idealna chwila, by zemścić się za złamane serce.
Następne skrzypnięcie wywołało ciarki na plecach, ale tajemnicza postać nie ustawała. Szła powoli, tuż przy jednym z zaparkowanych aut i trzymanym w palcach gwoździem drapała głębokie, paskudne rysy na karoserii. Jedna strona, druga strona, maska, bagażnik... by powtórzyć tę rundkę jeszcze dwukrotnie. Dokonawszy swego dzieła, schowała w kieszeni gwóźdź, planując pozbyć się go daleko od miejsca swego występku i chyłkiem uciekła z parkingu.
- Masz za swoje, chuju - burknęła pod nosem, na odchodne oglądając się po raz ostatni na zniszczony samochód.


Nigdy nie miałam szczęścia do facetów. Kilka moich koleżanek złapało kolesi na dzieci i teraz udają szczęśliwe rodzinki... albo może naprawdę są szczęśliwe? Ja nawet gdybym chciała, to i tak nie miałabym kogo łapać, bo kręcą się przy mnie sami skurwiele. Najpierw ten kłamliwy kutas ze studia fotograficznego, a później?
Było jeszcze gorzej!
Rozstanie z pierwszym facetem bardzo mną wstrząsnęło, ale nie można się dziwić. Miałam siedemnaście lat i byłam święcie przekonana, że naprawdę czeka mnie z nim wspólna przyszłość, a on sam imponował mi wiekiem, doświadczeniem, elegancją, podejściem do kobiet... mocno zaangażowałam się w tą relację, więc kiedy tak nagle się zerwała, odchorowałam swoje. Szukając pocieszenia, znalazłam chłopaka, któremu podobałam się od dawna. Ot, zwykłe Sebuś z Sullen Hides, który pił piwko na murku całymi dniami albo przesiadywał w bramie z kumplami. Czasem kogoś skroił z portfela, innym razem obił gębę za krzywe spojrzenie. Na początku nawet mi to imponowało... taki prosty i szczery chłopak, nie oszuka mnie jak ten pierwszy kutas! Ależ byłam naiwna!
Zmarnowałam z nim prawie dwa lata życia. Wspólne imprezki, włóczenie się po mieście albo wyjazdy do Newcastle, żeby towarzyszyć mu na meczu ulubionej drużyny. Raczej nie mogłam spodziewać się przy nim innych rozrywek, ale nie oczekiwałam niczego więcej. Nie przywykłam, żeby ktoś zabierał mnie na kolacje przy świecach. Koleżanki mi go zazdrościły - wysportowany, dobrze zbudowany chłopak, który miał gadane w kontaktach z panienkami, a mnie cieszyło, że mam kim wzbudzać zazdrość! Lubiłam patrzeć na twarze tych dziewczyn, wykrzywione w grymasie zazdrości, gdy wracałam z sesji zdjęciowej, chwaliłam się nowym ciuchem albo facetem właśnie. Może dlatego, że tak naprawdę nigdy ich nie lubiłam, ot, fałszywe panny, które każdego obrobią za plecami. Do tego podobał się mojej matce, raz pomógł jej pozbyć się nachalnego "przyjaciela", z którym wcześniej się puszczała, do tego zawsze miał parę funtów w kieszeni... matka nie wnikała, skąd je ma. Był obrotnym chłopakiem, który zawsze poradzi sobie w życiu. Kogo chcieć lepszego na zięcia?
Kogo... może kogoś wiernego? Szok przeżyłam, gdy przyszłam mocno spóźniona na imprezę, na której pierwotnie miało mnie nie być. Obiecałam Autumn, że będę się uczyć, ale wymknęłam się, gdy siostra zasnęła i... nie pożałowałam, że przyszłam za późno. W domu znajomych zastałam go z półnagą koleżanką, klęczącą przed nim i z głową między jego nogami. A najbardziej uderzyło mnie, że nawet nie próbował się tłumaczyć czy przepraszać. Roześmiał się tylko, stwierdzając, że mogłam go lepiej pilnować. Związek był dla mnie skończony i nie pomagały przekonywania matki, bym zmieniła zdanie. Nie pozwoliłam jej obarczyć mnie winą za rozpad tej relacji, nie trafiała do mnie argumentacja, że sama jestem sobie winna, bo facetowi trzeba dawać, żeby innych nie szukał. Gwoździem do trumny była moja "przyjaciółka", która wyraziła zdumienie, że nie chcę dać mu drugiej szansy, przecież jest tak dobry w łóżku? A ona skąd to niby wiedziała? Cóż... zapytałam i to doprowadziło mnie do odkrycia, że sukinsyn przyprawiał mi rogi zawsze, gdy gdzieś na dłużej wyjeżdżałam.
Znajomość zakończyłam porysowaniem mu auta gwoździem. Nie wiem, czy domyślił się, że to ja, ale pewnie nigdy na to nie wpadnie - wrogów mu nie brakowało!

- Kurwa, dał się zrobić jak dziecko!
- Widziałaś jego minę?
- Frajer!
Roześmiane dziewczyny szybko oddalały się drogim samochodem od jego prawowitego właściciela, pozostawionego na poboczu samego i pewnie przeklinającego je w głos za bezczelność. Suzanne nie spodziewała się, że naprawdę odważą się zrealizować swój głupi plan, na który wpadły pod wpływem dobrego humoru i perspektywy nadchodzącej imprezy - na którą nie miały jak się dostać! Kiedyś w takie miejsca woził jej były chłopak Suzanne, później wracały z nim do domu, nie przejmując się, że kierowca, tak samo zresztą jak one, jest kompletnie pijany... odkąd dziewczyna pozbyła się go ze swojego życia, ratowało je łapanie stopa, tym razem zaś w śmiechu wpadły na absurdalny pomysł, by ukraść komuś auto... z zamiarem oddania później, oczywiście! Nie sądziły, że nadarzy się idealna okazja, a jednak - nieśmiały, naiwny kujon, którego kojarzyły ze szkoły, właśnie patrzył, jak jego ukochane auto niknie w nocnym mroku.


Czasem tak jest, że głupi, acz niewinny żart, pociąga za sobą bardzo nieoczekiwane konsekwencje. Tak było tym razem.
Wcale nie chciałyśmy tego samochodu zabrać na zawsze! Plan był taki, że nad ranem, po imprezie, odstawimy go pod dom tego kolesia i zapomnimy o sprawie. A kandydat wydawał się doskonały! George, bo zdaje się tak miał na imię, chodził do tego samego college'u, co ja, choć był o klasę wyżej. Kojarzyłam go całkiem nieźle, często bowiem kręcił się gdzieś w pobliżu, jak niejeden inny podobny nudziarz, który zerkał łapczywie na mnie albo moje koleżanki. Być może to za sprawą otwartego, czasem aż nazbyt, towarzystwa, w którym się wychowałam, dość wcześnie nauczyłam się dostrzegać zainteresowanie ze strony płci przeciwnej i w szkolnych czasach nie wahałam się go z rozmysłem wykorzystywać. George był jednym z tych nieszczęśników, którzy na widok przymilnego uśmiechu, głębszego dekoltu czy na dźwięk miłego słówka byli gotowi pisać za mnie wszystkie wypracowania lub na kolanie w trakcie przerwy rozwiązywać zadania, o których przypadkiem zapomniałam dzień wcześniej w domu. Gdy to on zatrzymał się, widząc, że z koleżanką próbujemy złapać podwózkę, nie zawahałyśmy się nawet przez chwilę, by zrealizować idiotyczny plan, na który spontanicznie wpadłyśmy chwilę wcześniej. Myślałam, że jak zwykle przy robieniu kolesi w wała nie poczuję wyrzutów sumienia... A jednak nie mogłam pozbyć się z pamięci widoku jego samotnej sylwetki na poboczu, którą zobaczyłam oglądając się na niego ze śmiechem, gdy kumpela ruszała z piskiem opon. Szybko o tym zapomniałam, rzucając się w wir zabawy, gdy dotarłyśmy na miejsce, ale konsekwencje niewinnego dowcipu miały dopaść mnie już następnego dnia - gdy przyjechałam odstawić samochód pod jego dom!
Nie przewidziałam jednego - że chłopak jest sprytniejszy niż mogłam się spodziewać. Zgubiła mnie nadmierna pewność siebie? Och, Autumn lubiła powtarzać, że kiedyś pożałuję swojej przesadnej wiary we własne możliwości i to był właśnie ten wykrakany przez nią raz. George okazał się wcale nie taki naiwny i niewinny, jaki wydawał mi się w szkolnych latach, ale, kurwa mać, skąd mogłam wiedzieć, że poszedł na jakieś pieprzone prawnicze studia, które nauczyły go nieźle cwaniakować?
Tym razem nie było mi dane kontrolować sytuacji swoimi wdziękami. To on szybko przejął kontrolę, szantażując mnie, że że ta mała "kradzież" wyda się, jeśli nie przystanę na jego absurdalne warunki - zechciał zrobić sobie ze mnie udawaną dziewczynę, chyba tylko po to, żeby na jakiejś nadchodzącej rodzinnej imprezie raz nie pokazać się ze strony wiecznie samotnego przegrywa. Pieprzony desperat! I pewnie mogłam to rozegrać znacznie lepiej, wymigać się jakoś lub po prostu uciec, gdyby zaskoczenie odwróceniem ról zupełnie nie odebrało mi zwykłej pewności siebie... a może to on miał w sobie coś, czemu nie umiałam się sprzeciwić?
Cokolwiek to było - niebawem czeka mnie główna rola w przedstawieniu życia.
rodzina & miłość
RODZICEDiane Fletcher - matka, ojca nie zna
RODZEŃSTWOAutumn Fletcher
DZIECIHELL NO
DALSZA RODZINAbrak
STATUS ZWIĄZKUto bardziej niż skomplikowane!
PARTNERw pewnym sensie George Eisenhower
BYLI PARTNERZYostatni skończył z samochodem porysowanym gwoździem
osobowość
ekstrawertyczka zdrowa i wesoła! beztroska i zabawa
xxx (xx%)
optymizm
50%
pesymizm
50%
impulsywność
60%
cierpliwość
40%
asertywność
70%
uległość
30%
aktywność
65%
bierność
35%
odwaga
80%
ostrożność
20%
zmienność
75%
stabilność
25%
wrażliwość
70%
obojętność
30%
planowanie
15%
spontaniczność
85%
ciekawostki
 
🎀 Nie przepada za swoimi włosami. Choć są grube i gęste, zwykle wypielęgnowane sięgają prawie do pasa, naturalnie intensywnie się kręcą, czego Suzanne nienawidzi. Prostuje je, odkąd pamięta. Kiedyś smażyła je prostownicą w domu, obecnie - poświęca niemałe pieniądze na trwałe prostowanie w salonie fryzjerskim. Wolałaby przeznaczyć na to ostatnie pieniądze i później głodować przez dwa tygodnie niż zostawić swoje włosy w naturalnych skrętach.

🎀 Na lewej kości policzkowej ma malutkie, ale zauważalne znamię. Jako mała dziewczynka usłyszała, że to ślad po siostrze bliźniaczce, którą musiała pożreć w brzuchu matki, więc zachwycona tą ciekawostką, straszyła koleżanki z podwórka opowieściami, że jako maluch zamordowała własną siostrę. Z etapu żartów w okresie dojrzewania przeszła w etap wstydu, który trwa do dziś. Choć znamię jest tylko małym przebarwieniem na skórze, przez lata obiecywała sobie, że je usunie. Obecnie zwykle przykrywa je makijażem i nie może pozbyć się wrażenia, że ten drobiazg potwornie ją szpeci.

🎀 Często ma spory problem z kupieniem odpowiednich butów, zwłaszcza szpilek i innego typowo kobiecego obuwia. Jest niewysoka i przez to ma malutką stopę, na którą wcale nie tak prosto znaleźć buty. Czasem ładne trampki czy adidasy zdarzało jej się wypatrzeć w dziale dziecięcym, ale obecnie ma kilka ulubionych sklepów internetowych o szerokiej numeracji, w których zawsze znajdzie coś dla siebie - choć i tak nie raz i nie dwa jeszcze siarczyście przeklnie, gdy okaże się, że te prześliczne czółenka na obcasie, które absolutnie musi mieć, nie są dostępne w jej rozmiarze!

🎀 Oddana fanka muzyki w każdym wydaniu. Słucha absolutnie wszystkiego - od najpodlejszego popu po muzykę klasyczną i progresywny jazz. Niestety jej guilty pleasure to idiotyczne piosenki w stylu pop-disco w humorystycznym, pastiszowym wydaniu. Im bardziej teksty o dupie, tym lepiej!

🎀 Ciężko przechodzi PMS. W tym okresie lepiej nie podchodzić do niej bez kija lub gazu łzawiącego. Ale za to zrosi wtedy łezką docenienia prezent w postaci tabliczki czekolady lub słodkiego winka!

🎀 Pomijając wspomniany wcześniej okres, jest bardzo zrównoważonym psychicznie i stabilnym emocjonalnie stworzeniem. Daleko jej do typowych kobiet z dowcipów, które policzkują faceta, bo przyśniło im się, że je zdradził. Dość twardo stąpa po ziemi, nie patrzy na świat ani przez różowe okulary, ani przez szarobury filtr. Ot, realistka.

🎀 Słodycze przyjmie chętnie nie tylko gdy ma zły humor, ale w każdej możliwej sytuacji. Jest tym najgorszym typem łasucha, który nie spocznie, dopóki nie wyżre wszystkiego słodkiego, co schowane w domu i będzie mieć problem z doniesieniem w stanie nienaruszonym ciastek ze sklepu. Łatwo ją przekupić czymś, co lubi, a w zasadzie nie istnieją słodycze, których nie lubi!

🎀 W parze z miłością do słodyczy została wyposażona w ogólną miłość do jedzenia i bynajmniej nie chodzi tu o bezgraniczne opychanie się - uwielbia poszerzać swoje horyzonty smakowe: próbować nowych, nieznanych smaków, eksperymentować w kuchni. W zasadzie poza mózgiem, flakami i innymi elementami zwierzęcych ciał, które uważa za obrzydliwe, spróbuje wszystkiego.

🎀 Kiedy lubi się słodycze, a pracuje w charakterze modelki, dobry metabolizm na dłuższą metę nie wystarczy - należy poświęcać mnóstwo czasu na spalanie kalorii i Suzanne robi to bardzo regularnie i sumiennie. Zwykle brak jej motywacji i lubi zyskiwać niskim kosztem, ale gdy w grę chodzi dbanie o swoją figurę, budzi się w niej nieznana na innych płaszczyznach życia obowiązkowość.

🎀 Lubi być modnie ubrana, ale nie stać jej ani na zbyt wiele markowych ciuchów, ani na częste zmiany garderoby, więc od wielu lat szlifuje swoje umiejętności krawieckie. Zaczęła uczyć się szyć w podstawówce i po latach uczenia się metodą prób, błędów i podpatrywania ciekawostek w internecie, nauczyła się całkiem zgrabnie przerabiać ubrania. Lubi czasem wybrać się na wycieczkę po ciucholandach i później eksperymentować ze swoimi łupami w domowym zaciszu.

🎀 Uwielbia zwierzęta domowe, choć nigdy żadnego nie miała. Zwykle gdy odwiedza kogoś, kto ma zwierzaka, nie przeszkadza jej zainteresowanie czworonoga, a nawet przeciwnie - sama lubi nawiązywać kontakt ze zwierzętami znajomych. Marzy jej się własne zwierzątko, bez różnicy, czy pies, kot, królik czy myszoskoczek... chciałaby mieć w domu coś innego niż pająki za szafą.

🎀 Umie panować nad językiem i w oficjalnych sytuacjach wysławiać się uprzejmie i ładnie, ale zwykle bardzo dużo przeklina - wulgaryzmy były obecne w jej życiu, odkąd sięga pamięcią od tego stopnia, że rzekomo pierwszym wypowiedzianym przez nią słowem było "dupa", choć niekoniecznie wierzy w tę rodzinną historyjkę. Niemniej w codziennym życiu jest namiętną użytkowniczką łaciny podwórkowej.

🎀 Bardzo wstydliwy fakt z jej przeszłości dotyczy złodziejstwa - gdy była nastolatką i brakowało jej pieniędzy na wymarzone ubrania czy gadżety, kradła razem z ówczesną przyjaciółką. Zdobyła w ten sposób parę drogich ciuchów i trochę dodatków. Miała szczęście nigdy nie zostać złapana, wiele z tych rzeczy nadal ma w domu, ale obecnie leżą zakopane na dnie szafy - a za to świecą się jaskrawym żarem na samym szczycie jej wstydu i poczucia winy.

🎀 W działalności niezgodne z prawem weszła również za czasu początków w modelingu, o czym nie wie nikt poza jej starszą siostrą. Do udziału we wszelkich kampaniach, choćby drobnych sesjach zdjęciowych, przed ukończeniem 18 roku życia potrzebowała zgody matki, tej zaś nie chciała prosić o podpisy pod dokumentami - zdawała sobie sprawę, że gdyby dowiedziała się o jej pracy, nawet nie dane jej będzie spojrzeć na zarobione pieniądze. Podpisy matki regularnie podrabiała.

🎀 Tyle razy została przez matkę i jej partnerów okradziona z pieniędzy lub wartościowych przedmiotów - zwłaszcza biżuterii - że nie używa już gotówki. Płaci jedynie kartą. Błyskotek za to ma niewiele dla ich bezpieczeństwa, choć bardzo je lubi. Te, które ma, chowa w najbardziej niepozornych i trudnodostępnych miejscach w pokoju: pomiędzy ubraniami w szafie, pod materacem łóżka czy w książkach.
[Obrazek: 1RDzd7]
#2 (28.11.2021, 03:29 )

karta zaakceptowana!
witamy na forum





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości