welcome to
Yellowlair Oats



#1 (16.05.2022, 00:15 )
Playing a lion being led to a cage, I turn from a thief to a beggar, from a god to 'God, save me'

Eugene Akhmadiyev


dane podstawowe
DATA URODZENIA05.08.1992
MIEJSCE URODZENIABiszkek, Kirgistan
ZAWÓDpilot British Airways w stopniu pierwszego oficera
STAN CYWILNYżonaty
ORIENTACJAheteroseksualny
WYKSZTAŁCENIESaint Petersburg State University of Civil Aviation (BSc)
Airline Transport Pilot Licence (ATPL)
STATUS FINANSOWYbardzo dobry
JĘZYKIkirgiski (natywny), rosyjski (biegły), angielski (biegły)
DZIELNICAMeadow Street
PROBLEMY ZDROWOTNEobecnie w zasadzie brak
WIZERUNEKYibo Wang
biografia
I kupiłbym Ci tego wymarzonego Shih tzu, choćby jutro.

Biszkek to nie jest najpiękniejsze miejsce świata. Ba! Podejrzewam, że szoruje dno w rankingach urody światowych stolic, strasząc starym budownictwem i rozklekotanymi Ładami, które podskakują na dziurach w asfaltowych drogach. To dość smutna rzeczywistość ubogiego kraju bez perspektyw. Kraju rolników, niskich zarobków, kryzysów gospodarczych i nieustannego będzie tylko gorzej, które od najmłodszych lat słyszałem podczas spotkań rodzinnych, kiedy wujowie, podpici jakimś radzieckim bimbrem, podejmowali się jakże poważnych dyskusji o polityce i gospodarce.
Ja mimo wszystko miałem sporo szczęścia - bo gorzej być mogło. Urodziłem się w Biszkeku, który na tle innych azjatyckich stolic budzi jedynie smutek i pożałowanie, lecz wciąż stałem na wygranej pozycji w stosunku do innych kirgiskich dzieciaków, którym przyszło najmłodsze lata spędzić na pracy w rodzinnych gospodarstwach rolnych. Żyłem w mieście i to było moją przewagą - cieszyłem się lepszym dostępem do edukacji, kultury, rozrywki i wszelkich innych dobrodziejstw cywilizacyjnych, które na kirgiskiej wsi nie były codziennością, tylko fascynującym, rzadkim luksusem. W wielu miejscach mojej ojczyzny nadal są, ale dwie dekady temu, kiedy jedynie najbogatsi rolnicy mieli w domach telewizory, życie w stolicy było dla dziecka czy dorastającego nastolatka prawdziwym błogosławieństwem.
Żyłem więc całkiem zwyczajnie. Tak bez fajerwerków, ale i bez głodu czy innych niezaspokojonych potrzeb życiowych i byłem szczęśliwym dzieckiem. Bo jak tu nie cieszyć się, kiedy nie ma się pojęcia, że można inaczej?

I częściej bywałbym w domu. I dzwoniłbym, byś więcej nie tęskniła.

Kraj był niesprzyjający, poziom życia dość niski, ale moje szczęście nie ograniczało się tylko do nieświadomości, że są na świecie zakątki, w których żyje się, nie wegetuje od wypłaty do wypłaty rodziców. Mój dom rodzinny, choć skromny, był miejscem dobrym i ciepłym. Moi rodzice nie byli ludźmi sukcesu, ani nie zdobyli niezwykłego wykształcenia, ale być może właśnie dlatego, z powodu swojej prostolinijności, nie zatracili umiejętności cieszenia się taką prostą, niewyszukaną codziennością. Tym rodzinnym szczęściem, co wielu wydaje się oczywistością, której nie trzeba pielęgnować. Oni pielęgnowali ją zawsze, dbając zarówno o nasze wychowanie, jak i więzi rodzinne. To było takie proste, szczęśliwe, bardzo normalne życie. Do dziś jestem za nie wdzięczny rodzicom.
Byłem dobrym uczniem. Nie wychylałem się jak szkolne kujony, ale nie przynosiłem rodzinie wstydu. Na relacje z rówieśnikami też nigdy nie mogłem narzekać, byłem raczej postrzegany jako towarzyski dzieciak, a później nastolatek, który ma swoją stałą grupę znajomych - mimo że nasze drogi rozeszły się w przeróżne strony po ukończeniu szkoły, a ja z większością z nich bezpowrotnie straciłem kontakt, z sentymentem wspominam te chwile, które spędziliśmy wspólnie... te pierwsze przyjaźnie, miłostki, sukcesy i niepowodzenia. Nie mogłem narzekać na te lata.

I znów namalowałabyś na moim laptopie kolorową łąkę, a ja już bym za to nie krzyczał.

Nie wybrałem tej drogi, to ona mnie wybrała. Zawsze decyduje sama - gęstym sitem odsiewa niezliczenie wielu kandydatów, a na barki nielicznych, co szczęśliwie przecisnęli się przez jego oczka, zrzuca głazy odpowiedzialności. Lecz mimo trudów, stresu i nieustającej nauki, nie wyobrażam sobie siebie w innym zawodzie.
Gdy pyta się kilkuletnich chłopców, kim chcieliby zostać w przyszłości, znakomita większość snuje wizje kariery w policyjnym mundurze, wozie strażackim albo w kokpicie samolotu - w tej trzeciej grupie od dzieciństwa byłem ja i w przeciwieństwie do większości dzieciaków, nigdy z tego marzenia nie wyrosłem. Kirgistan nie jest krajem o rozwiniętej infrastrukturze lotniczej, życie w stolicy, w pobliżu jedynego portu lotniczego oraz siedziby skromnej, acz istniejącej narodowej linii lotniczej dało mi pewną szansę. Kosztowała mnie ona wiele finansowych wyrzeczeń i parę lat błagań rodziców, którzy nie byli w stanie bez poświęceń dołożyć się do spełnienia moich marzeń, ale w wieku siedemnastu lat, po paru długich latach odkładania każdego tyina, udało mi się przystąpić do szkolenia na pilota turystycznego - gdy moi przyjaciele podejmowali się kursów na prawo jazdy... ja zdobywałem moje pierwsze godziny doświadczenia w powietrzu. Zdobywając licencję PPL w wieku osiemnastu lat, otworzyłem sobie pierwszą furtkę do kariery w lotnictwie cywilnym.
Lecz mimo to w okresie nastoletnim nie precyzowałem swoich planów na siebie. Ostrożnie oceniałem szanse i możliwości. Wykorzystując talenty matematyczno-techniczne, interesowałem się mechaniką, motoryzacją i początkowo miałem plan, by iść w tym kierunku i w przyszłości porwać się na studia inżynieryjne. To były plany osiągalne, bardzo racjonalne... lecz koniec szkoły i głębsze rozeznanie w możliwościach takich zawodów w Biszkeku odwiodło mnie od tego pomysłu. Bo kto by chciał klepać biedę i podążyć śladem rodziców, którym tak daleko było do bogaczy?
Chciałem osiągnąć coś więcej. Zacząłem więc poszukiwać drogi ucieczki z ubogiego, odartego z perspektyw Kirgistanu i po kilku miesiącach łapania się wszelkich możliwych prac oraz sumiennego odkładania, które raz już przyniosło mi spełnienie marzeń, udało mi się wyemigrować tam, gdzie ucieka większość Kirgizów spragnionych życia - do Rosji. Z deszczu pod rynnę, można rzecz, ale w przeciwieństwie do środkowoazjatyckich krajów postsowieckich, rosyjskie metropolie są w stanie zaoferować wiele młodemu, ambitnemu człowiekowi, o ile ma on odrobinę samozaparcia i ambicji. Znałem język rosyjski i miałem jasno sprecyzowane cele - dlaczego więc nie rzucić się na głęboką wodę? Nie spróbować?
Dostałem się do Saint Petersburg State University of Civil Aviation, samym przejściem przez studencką rekrutację osiągając więcej niż mogłem w ojczyźnie. I tak zaczęła się moja wieloletnia droga przez mękę nauki, kucia na blachę procedur i wykształcania w sobie bezgranicznego posłuszeństwa wobec zasad i regulaminów - ale mimo trudów i nauki, jakiej nie spodziewałem się, zaczynając te studia, nie traciłem entuzjazmu i ambicji. Miałbym porzucić marzenia, dostawszy się do najlepszej rosyjskiej szkoły lotnictwa cywilnego?
Po ukończeniu studiów na szczeblu licencjackim, ze świeżą licencją pilota cywilnego, rozpocząłem swoją praktykę. Najpierw w małych, lokalnych liniach lotniczych, by rok później odbyć swoje pierwsze loty poza granicę Federacji Rosyjskiej. Jeden z nich doprowadził mnie do słynnego Heathrow, którego potęga potrafiła zwalić z nóg młodego, niedoświadczonego pilota. Floty rosyjskich linii lotniczych i przestarzałe lotniska blakły w porównaniu z możliwościami, jakie dać mi mogła brytyjska rzeczywistość. Rozklekotane Suchoje, które znałem najlepiej, wywoływały uśmiech pożałowania, zestawione z najwspanialszymi Boeingami i Airbusami, kołującymi na Heathrow. Podlana alkoholem, brudna i niedouczona Rosja pod każdym względem przegrywała z profesjonalizmem, jaki tamtego dnia zobaczyłem w Wielkiej Brytanii.
I tak kilka miesięcy później zawitałem w Londynie, by, pomyślnie przeszedłszy egzaminy wstępne, znaleźć swoje szczęście u jednego z największych na świecie przewoźników lotniczych.

I wieczorem chciałbym słuchać, co dziś robiły twoje ulubione lalki.

W miłość wpada się jak w wodną toń bez umiejętności pływania. Poznajesz tę odpowiednią dziewczynę i już wiesz, że to właśnie ona. Nie inaczej było ze mną, nigdy bowiem nie miałem wątpliwości, że Lilianne to kobieta, z którą chcę spędzić życie.
Poznaliśmy się za pośrednictwem znajomych, na jednej z wielu studenckich imprez w Londynie, na którą wybrałem się z ówczesną sympatią - by poznawszy jej przepiękną koleżankę, zupełnie zapomnieć o istnieniu tamtej. Miałem niespełna dwadzieścia trzy lata, kiedy odnalazłem moją drugą połowę. Nasza relacja rozwijała się szybko, intensywnie i obdarowała mnie szczęściem, jakiego nie mogłem sobie w przeszłości wyobrazić. Czy wszystko działo się zbyt szybko?
Być może, ale mimo upływu lat, niczego nie żałuję. Szybka wymiana kontaktów, gdy zatonęliśmy w swoich oczach podczas tamtej pamiętnej imprezy, szybka pierwsza randka ze wspólną nocą, szybkie deklaracje uczuć, wspólne zamieszkanie i coraz poważniejsze plany. Ona studiowała., ja zaczynałem karierę zawodową... byliśmy pełni marzeń i ambicji, które pragnęliśmy razem spełniać.
Szybko pojawiła się również ciąża, zupełnie nieplanowana - a w jej wyniku równie szybki, organizowany pospiesznie ślub i rewolucja życiowa, na którą mimo młodego wieku bardzo chcieliśmy być gotowi.

I może zjedlibyśmy pudełko lodów na kolację? Oddałbym ci wszystkie waniliowe.

Masz córkę.
Nie zdążysz się obejrzeć, a masz też ulubionego teletubisia, dinozaura, księżniczkę Disneya i rasę psa. Nie wiesz, kiedy to się dzieje, ale wplata się w życie jak norma równa oddychaniu. Jest i już. Z czasem w katalog normalności wskakują również brokatowe spinki z motylkami i koślawe warkoczyki, zaplecione drobnymi rączkami czterolatki o fryzjerskim zacięciu. Oczywiście, jeśli nie jesteś ojcem z gatunku łysych. Ja nie byłem i raz spaliłem się ze wstydu, bo wyszedłem z domu, zapomniawszy pozbyć się fantazyjnej fryzury autorstwa Mary. Była z siebie taka dumna! Szybko jednak czmychnęła do swojego pokoju, widząc moje zaciśnięte w irytacji usta.
Rodzicielstwo okazało się trudną sztuką. Znacznie trudniejszą niż można sobie to wyobrazić, zwłaszcza gdy jest się młodym, niedoświadczonym, a dusza nadal pragnie wolności, jakby jeszcze nie zdążyła się wyszaleć. Nigdy nie uchylałem się od odpowiedzialności za rodzinę, której stałem się głową, błędnie jednak skupiłem się na aspekcie materialnym tej odpowiedzialności, zostawiając Lilianne praktycznie zupełnie samą z Mary i... oddalając się od nich. Im więcej dni spędzałem w powietrzu, tym dalej było do siebie naszym sercom, mimo że długo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Bo przecież byłem. Rozmawiałem, bawiłem się, oglądałem te cholerne bajki i słuchałem o życiu ulubionych lalek małej córeczki.
Tylko... jak wiele razy przed tym uciekałem, poszukując świętego spokoju z daleka od własnego dziecka? Gdybym miał na to pytanie odpowiedzieć uczciwie, spaliłbym się ze wstydu.

I czytałbym Ci do snu te długie bajki, choćbym miał po to dzwonić z drugiego końca świata.

Podobno koszmary zapamiętuje się najlepiej, ale ja z tamtej nocy nie pamiętam wiele.
Spotkanie u znajomych w Newcastle przebiegło w doskonałej atmosferze. To była kameralna impreza dla kilku osób, jakich wiele. Kto w wolny weekend nie wyrwał się chociaż raz z domowych pieleszy, by nacieszyć się życiem towarzyskim? Tamtego wieczora mieliśmy zrezygnować z planów, gdy okazało się, że teściowie nie będą w stanie zająć się Mary, ulegliśmy jednak namowom zaprzyjaźnionej pary, która zapewniła, że ułożenie dziewczynki do snu w ich mieszkaniu nie będzie dla nich kłopotem. Nie wypadało się nie zgodzić.
Nie pamiętam dobrze drogi do domu i nie ma to związku z alkoholem, którego wtedy nie wypiłem wcale tak wiele. Zapisała mi się w pamięci deszczowa aura i światła reflektorów, które odbijały się od mokrego asfaltu. Pamiętam też uroczy, spokojny obrazek - Mary śpiącą na tylnej kanapie naszego samochodu. Lilianne też wyglądała wtedy pięknie, spod przyczernionych makijażem powiek obserwując drogę, gdy jej szczupłe dłonie spoczywały na kierownicy. Powrót do domu, jakich wiele.
Najżywszym obrazem z tamtej nocy jest ten ułamek sekundy, zanim mój świat się skończył. Oślepiający błysk reflektorów tuż za boczną szybą i głuchy łoskot, który do dziś wydaje się zbyt surrealistyczny, by mógł być czymś więcej niż wytworem bujnej wyobraźni.

I na spacery byśmy wychodzili tak często, jak byś chciała.

Wiesz, jak to jest pochować własne dziecko?
We wspomnieniach tego dnia najwyraźniej zapisały się nieistotne detale. Z krążenia cmentarnymi alejami najlepiej zapamiętałem gromadę ptaków, które w zwartym kluczu cięły niebo pomalowane wyjątkowym błękitem. Utkwiła mi też w pamięci czarna spinka na falujących puklach Lilianne i krótka chwila, kiedy moje spojrzenie skrzyżowało się z ukradkowym zerknięciem teściowej. Natychmiast spuściła wzrok. Nie umiała popatrzeć mi w oczy.
Miałem wrażenie, że poruszam się w nierzeczywistym świecie. Poczucie głębokiego surrealizmu potęgowała derealizacja, w którą wpędziły mnie proszki uspokajające i otępienie po silnych środkach przeciwbólowych. Głęboki dół pośród nagrobków i żałobna melodia, która rozbrzmiewała podczas tej wędrówki, wydawała się taka nierzeczywista, jak dość realny, ale jednak tylko sen!
Pamiętam też szczegóły, jakieś nieistotne detale małej trumienki takie jak zdobienia na krawędziach. Do dziś wracają mi też w głowie urywki, kiedy ta trumienka spuszczana była w głąb ziemi, a Lilianne, kurczowo zaciskała palce na moim przedramieniu, jakby ten widok wykraczał poza jej siły psychiczne.
Bo wykraczał. Tak samo jak poza moje własne.

I poszedłbym w tych twoich warkoczykach, dokąd chcesz. Nawet i  w tłum ludzi.

Po stracie jedynego dziecka świat nigdy już nie wygląda tak samo.
Podzieliłem swoje życie na przed i po, jakby wszystko, co było dotychczas ważne, zatrzaśnięte zostało wraz z wiekiem trumny mojej córki... a może tak właśnie się stało? Cel, dla którego żyłem, pracowałem, starałem się - choć nie zawsze mi to wychodziło - odszedł bezpowrotnie. Dom ogarnęły cisza i porządek, o których nieraz głośno marzyłem. Nikt już nie hałasował, nie śmiał się, nie rozlewał soku w kuchni i nie absorbował sobą. Kiedyś celebrowałem każdy dzień spokoju, kiedy Mary spędzała weekendy u teściów, a ja wreszcie mogłem odetchnąć słodyczą ciszy i błogiego lenistwa.
Znienawidziłem ten spokój, bardzo szybko uzmysławiając sobie, że nigdy go nie chciałem. Dlaczego aby pojąć, jak cholernie kochałem ten domowy rozgardiasz z małym dzieckiem, musiałem stracić to bezpowrotnie?!
Śmierć Mary potłukła moje serce na małe kawałeczki, lecz musiałem znaleźć powód, żeby posklejać je z powrotem... bo przecież trzeba żyć. Trzeba mieć cel i sens. Ja swój odnalazłem w Lilianne, która obok Mary była dla mnie najważniejsza - to dla niej zmuszałem się, by wyjść rano z łóżka i powrócić do życia. Wpadłem w wir walki o odzyskanie żony, która po śmierci naszego jedynego dziecka wpadła w głęboką depresję, zamykając się na mnie, rodzinę, przyjaciół... na cały świat. Walka wciąż nie ustaje i... być może nigdy nie dobiegnie końca, ale cóż innego mi pozostało?
Tak wiele bym zmienił! Tylu słów bym nie wypowiedział! Odkupiłbym wszystkie swoje grzechy braku zaangażowania! Oddałbym każdy dzień, który mi jeszcze pozostał, aby ten jeden raz cofnąć czas!

Żebyś tylko wciąż tutaj była.
rodzina & miłość
RODZICEAndriej Anatolijewicz Achmadijew & Irina Walerjewna Achmadijewa
RODZEŃSTWOIraida Andriejewna Achmadijewa - młodsza siostra
Nikołaj Andriejewicz Achmadijew - starszy brat
DZIECIMary Jewgienijewna Achmadijewa (✟5)
DALSZA RODZINAzostała w Kirgistanie
STATUS ZWIĄZKUżonaty
PARTNERLilianne Achmadijewa
BYLI PARTNERZYnikt na tyle ważny, by wspominać
osobowość
introwertyk względnie stabilny psychicznie powrót do normalnego życia
Merkury (40%), Saturn (40%), Uran (20%)
optymizm
35%
pesymizm
65%
impulsywność
15%
cierpliwość
85%
asertywność
90%
uległość
10%
aktywność
65%
bierność
35%
odwaga
70%
ostrożność
30%
zmienność
20%
stabilność
80%
wrażliwość
45%
obojętność
55%
planowanie
55%
spontaniczność
45%
ciekawostki
 
🪁 W rzeczywistości nie ma na imię Eugene - w dokumentach figuruje jako Jewgienij Andriejewicz Achmadijew (rus. Евгений Андреевич Ахмадиев), lecz od przeprowadzki do Wielkiej Brytanii posługuje się angielską wersją swojego imienia, uważając ją za wygodniejszą dla Brytyjczyków, a przede wszystkim ładniejszą.

🪁 Jego życie jest mieszaniną kultur trzech tak różnych krajów, że nie utożsamia się w pełni z żadną narodowością, a w jego stylu bycia można dopatrzeć się zarówno tradycji kirgiskich, wyniesionych z rodzinnego domu, jak i rosyjskich naleciałości z młodzieńczych czasów oraz zwyczajów, które weszły mu w krew podczas życia w Anglii. Nie jest związany z żadnym z tych krajów, postrzegając siebie przede wszystkim jako obywatela świata.

🪁 Ma dużą łatwość w nauce języków obcych. Posługuje się ojczystym językiem kirgiskim należącym do rodziny języków tureckich, a także rosyjskim, którego uczył się od dziecka oraz angielskim, wymuszającym posługiwanie się zupełnie innym alfabetem i gramatyką niż dwa poprzednie. W każdym z nich mówi płynnie i z lekkością. Być może powinien zostać tłumaczem - teraz już na to za późno.

🪁 Z sentymentem wspomina rodzinne strony, lecz rzadko wraca do Biszkeku. Od dawna nie potrafi już odnaleźć się w świecie prostych, ubogich Kirgizów z ich specyficzną, ludową kulturą. Z rodziną widuje się więc głównie za sprawą wideorozmów i tak mu najwygodniej.

🪁 Jest ateistą. Wychował się w rodzinie muzułmańskiej, o dość liberalnym sposobie bycia - takim, jakie prezentuje zdecydowana większość środkowoazjatyckich muzułmanów. Nigdy nie uważał siebie za osobę szczególnie religijną, a zainteresowanie wiarą zupełnie stracił po wyjeździe do Petersburga.

🪁 Chociaż gryzie się to z jego religijnym sceptycyzmem, wierzy w życie duszy po śmierci. Długo upierał się, że śmierć kończy wszystko - strata dziecka zmieniła jednak jego pogląd na życie po życiu. Tak jest łatwiej nie zwariować.

🪁 Mimo wychowania w innej wierze oraz obecnego niepraktykowania żadnej religii, ślub wziął w tradycji chrześcijańskiej. Zgodził się bez wahania na spełnienie tego marzenia swojej ukochanej, jemu osobiście bowiem obrządek ślubny był zupełnie obojętny. Eugene nie przywiązuje wagi do tradycji, jest więc bardzo elastyczny w tym względzie, choć najchętniej w ogóle nie brałby udziału w żadnych religijnych szopkach.

🪁 Lata przede wszystkim na trasach długich i ultra-długich, a największe doświadczenie i poziom przeszkolenia ma na Boeingach 777 i 787. Za ich sterami do dziś zasiada najczęściej.

🪁 Nie przepada za stagnacją. Mimo że w jego pracy oraz życiu osobistym nie ma zbyt wiele miejsca na naturalną spontaniczność, a to poukładane życie według harmonogramów mu nie wadzi, lubi częste zmiany otoczenia i doświadczanie nowości. Oszalałby, gdyby jego żywot miał ograniczać się do wiecznego oglądania tych samych ścian mieszkania, biura i kilku ulic na trasie praca- dom.

🪁 Nie jest największym fanem ćwiczeń fizycznych, ale regularnie biega i odwiedza siłownię - głównym tego powodem są względy zawodowe. Poza wydolnością i wytrzymałością organizmu, które mogą przydać się w krytycznych sytuacjach, przy dobrej kondycji znacznie łatwiej znieść jetlag.

🪁 Fizycznie potrafi znieść wiele obciążeń. Łatwo przychodzi mu dostosowanie się do różnych stref czasowych, jest w stanie przespać noc w polowych warunkach, a kac jest dla niego tylko lekkim dyskomfortem. Rzadko też choruje. Jest tak nieprzyzwyczajony do jakichkolwiek ograniczeń fizycznych, że jeśli już go dopadają - znosi je bardzo ciężko. Tak, jest jednym z tych facetów, którzy umierają na katar.

🪁 Największym jego lękiem jest utrata sprawności i samodzielności. Nie wyobraża sobie bycia ciężarem dla najbliższych, polegania na czyjejś dobrej woli czy pieniądzach. Gdyby na starość zniedołężniał, prawdopodobnie popełniłby samobójstwo.

🪁 Jest leworęczny. Przysporzyło mu to niemało strachu, bo podczas wypadku przed skomplikowanym złamaniem kości lewego ramienia nie uratowały go nawet kurtyny w drogim aucie. Po kwartale ze śrubami w ręce i rehabilitacji Eugene wrócił do normy, był jednak okres, kiedy bał się, że nie odzyska w lewej ręce pełnej sprawności.

🪁 Lubi muzykę i otacza się nią, kiedy może, lecz w jego słuchawkach nie dudnią współcześnie popularni wykonawcy. Jest entuzjastą muzyki wymagającej, przede wszystkim muzyki poważnej, progresywnych odmian rocka i metalu oraz jazzu awangardowego.

🪁 Każdy ma swoje guilty pleasure - Eugene nie jest wyjątkiem. Lubi filmy grozy, od ambitniejszych produkcji po najbardziej absurdalne, krwawe obrzydliwości pokroju Martwicy Mózgu czy Zombiebobrów. Im głupszy film, tym bardziej go bawi - ale nie przyznaje się głośno do tego zamiłowania!

🪁 Nawet w dalekie podróże wyjeżdża tylko własnym autem, nie korzysta z transportu publicznego. Dużo czasu spędza za kierownicą. Lubi prowadzić samochód tak samo jak przepada za pilotowaniem samolotu - to dla niego przyjemne, odprężające zajęcia. Jeśli potrzebujesz transportu, dzwoń do Eugene'a!

🪁 Jest osobą introwertyczną i zamknięta na innych. Oszczędny w wyrażaniu uczuć i obciążaniu innych swoimi rozterkami, kumuluje je w sobie, przygniatając się coraz większym ciężarem problemów, które pewnego dnia zarwą wreszcie jego psychikę.

🪁 Od czasu wypadku łączenie alkoholu z prowadzeniem samochodu jest dla niego jednym z najbardziej drażliwych tematów, jakie może sobie wyobrazić. Mimo całego spokoju, jaki ma w sobie, osobie pijanej, chcącej wsiąść za kierownicę, zabrałby nie tylko kluczyki do samochodu, ale przy okazji wybiłby jej zęby.

🪁 Jest bardzo otwarty na odmienności i tolerancyjny, co bezpośrednio wiąże się z kulturą jego ojczyzny. Chętnie poznaje ludzi z zupełnie innych światów niż jego własny, ich kulturę, wartości i sposób myślenia. Jest w stanie zaakceptować bardzo dużo, więc jeśli identyfikujesz się jako helikopter bojowy, naprawdę to zrozumie.

🪁 Mało jest w jego życiu zawodowym miejsca na ekstrawagancje związane z wyglądem. Sztywno ustalony, dopasowany mundur i gruba książka zasad dotyczących prezencji pracowników British Airways ogranicza mu możliwość zabaw z wyglądem zewnętrznym. Znalazł jednak miejsce na pewną dozwoloną ekstrawagancję - nosi bardzo długie, sięgające niemalże pasa włosy. Gęste, grube, czarne kosmyki uważa za swój duży atut i lubi bawić się przeróżnymi uczesaniami.
Upiera się, że nigdy nie zetnie włosów.

🪁 Zwraca dużą uwagę na dłonie, które uważa za nośnik wielu informacji o higienie człowieka. Takie niepozorne drobiazgi jak obgryzione paznokcie, zadarte skórki czy brud za płytką wzbudzają w nim obrzydzenie. Sam o swoje dłonie dba aż do przesady jak na mężczyznę i to jedne z części ciała, które lubi w sobie najbardziej.

🪁 Woli koty od psów, ale marzy mu się posiadanie Tajgana, ale to raczej marzenie nie do spełnienia - w Wielkiej Brytanii nie sposób znaleźć hodowle tych psów, a Eugene nie jest do tego stopnia zdeterminowany, by transportować zwierzaka z Kirgistanu.
[Obrazek: 1AwmZ4]
#2 (19.10.2022, 23:08 )

karta zaakceptowana!
witamy na forum





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości