welcome to
Yellowlair Oats



#1 (07.05.2016, 22:55 )
I'm a sell out sensation with a nasty reputation

James Shono Moore


dane podstawowe
DATA URODZENIA01.09.1991
MIEJSCE URODZENIALondyn, Anglia
ZAWÓDmuzyk, wokalista,  dziennikarz radiowy, lektor, aktor dubbingowy
STAN CYWILNYżonaty
ORIENTACJAheteroseksualny
WYKSZTAŁCENIEMaster of Music in Performance (MMus) & Advanced Diploma in Performance
(AdvDip) (Royal Academy of Music)
STATUS FINANSOWYbardzo bogaty
JĘZYKIangielski i niemiecki, ale przywitać się czy powiedzieć jakiś wyuczony banał potrafi w większości europejskich języków
DZIELNICAAuerate Avenue
PROBLEMY ZDROWOTNEdelikatny zespół jelita drażliwego, mała wada wzroku
WIZERUNEKSeonghwa Park
biografia
Do radia przychodzi młody mężczyzna. Siatkarski wzrost sprawia, że czubki jego damskiego irokeza niemal szorują po górnej framudze drzwi, gdy pokonuje on próg studia emisyjnego, a jego ciemne oczy mierzą otoczenie spod przyczernionych ostrym makijażem powiek. Postać zdaje się nie pasować do tego świata. Stanowi odrealnioną i intrygującą mieszankę męskości - bijącej z dumnej postawy, z oczu, z gestów - oraz niewieściej delikatności, zaklętej w kobiecych atrybutach, takich jak makijaż, staranny manicure, czy brzęczące przy ruchach rąk błyskotki. Trudno uwierzyć, że ten młodzieniec jest popularnym muzykiem, który potrafił zatrząść w fasadach rockowym środowiskiem, ale w istocie - to oczekiwany przez dziennikarkę James Dashinima Moore.
Początkowo budzi mieszane uczucia. Jego chłodne spojrzenie zdaje się budować mur i krępować, a niecodzienność nasuwa obawy, że okaże się on niezrozumiałym ekscentrykiem. Lecz gdy dziennikarce wkrada się do głowy myśl, że to będzie ciężki wywiad - James dla kontrastu wita się z nią uprzejmie i ośmiela pogodnym uśmiechem. Jego melodyjny bas pieści kobiecy słuch, wywołując dreszczyk podniecenia i silnie kontrastując z androgyniczną otoczką wizerunkową. Dzisiejszy gość rozgłośni na pierwszy rzut oka wydaje się składać z samych kontrastów i sprzeczności!

Mało można przeczytać o twoim dzieciństwie. Pochodzisz z Londynu, urodziłeś się 1 września 1991 roku, jesteś młodszym z bliźniaków i... na tym kończą się sprawdzone informacje. Skąd ta skrytość?
Żadna skrytość. Po prostu moje dzieciństwo było nudne i typowe, nie ma o czym mówić... ale może dziś jest dobra okazja, żeby zapełnić tę lukę. Jak wspomniałaś, jestem młodszym z braci, Charles urodził się 10 minut przede mną i jesteśmy bliźniakami jednojajowymi. A co dalej? Pewnie to samo, co u innych dzieci: zabawa i poznawanie świata. Może z tą różnicą, że jako dwa klony mieliśmy więcej możliwości dokuczania dorosłym. No i od początku byliśmy muzykalni. Rodzice zapisali nas do szkoły muzycznej, gdy mieliśmy pięć lat, bo fałszowaliśmy do wszelkich utworów muzycznych i rozwaliliśmy cała zastawę stołową, budując sobie z niej prowizoryczną perkusję. Gdyby rodzice nie zaspokoili tak szybko naszej potrzeby muzycznego rozwoju, pewnie w końcu zrobilibyśmy sobie krzywdę własnymi pomysłami! Charles trafił do grupy pianistów, ja z kolei uparłem się na śpiew i rodzice nie byli w stanie na mnie wpłynąć. Byłem pięcioletnim smarkiem, który nie wiedział, co się wokół niego dzieje, ale chyba miałem wtedy niezłą intuicję, bo to był najlepszy wybór, jakiego mogłem dokonać.

Skąd taki pociąg do muzyki? Pochodzisz z muzykalnej rodziny?
W pewnym stopniu. Mój dziadek był saksofonistą jazzowym i chyba można znaleźć na jego temat jakieś wzmianki w internecie... William Moore, to nie zbieżność nazwisk. Zmarł, gdy miałem niespełna pięć lat, ale trochę go pamiętam. Bardzo możliwe, że coś dostaliśmy od niego w genach.

A rodzice?
Ojciec za młodu miał ponoć jakieś przygody z gitarą, ale jego kariera nie wypaliła i został księgowym. Smutna historia. Matka natomiast nigdy nie pracowała zawodowo i szczerze mówiąc nie wiem, czy ma w ogóle jakieś wykształcenie.

Albo mi się wydaje, albo wypowiadasz się na temat rodziców z pewnym chłodem…
Owszem, nie mam zbyt wielu powodów, by mówić o nich ciepło. Obecnie mamy poprawne stosunki, ale w przeszłości bywało z tym różnie i mam im nieco do zarzucenia... Najlepsze momenty dzieciństwa łączę z moimi dziadkami ze strony matki. Gdy rodzice rozgrywali swoje chore małżeńskie gry, to babcia i dziadek zajmowali się naszym wychowaniem. Wspaniali ludzie.

Co było tak bardzo nie w porządku w twoim domu rodzinnym?
Cóż, z pozoru stanowiliśmy przykładną rodzinkę z przedmieścia, ale z perspektywy czasu nazwałbym moją rodzinę nieco dysfunkcyjną. Rodzice nie do końca spełniali swoje role. Ojciec większość czasu spędzał w pracy, a w domu chciał mieć tylko święty spokój. W zasadzie nie mam z nim żadnych wspomnień, bo w nic się nie angażował. Gdy do niego przychodziliśmy, tylko wyciągał portfel i od razu pytał, ile chcemy. Matka z kolei za wszelką cenę chciała wepchnąć nas w ramy idealnych synów, jakich sobie wymarzyła. Jeden syn prawnik, drugi lekarz, jej mokry sen… jak widać, marnie jej wyszło! (śmiech) Nie wychowywała nas, nie pozwalała na inność, a bardziej od naszego samopoczucia ważne było, co ludzie powiedzą. Ze sobą też fatalnie żyli. Teraz myślę, że po prostu pobrali się byt młodo i pochopnie. Wiem, że wzięli ślub z naszego powodu, bo zaliczyli wpadkę. Może dlatego nie umieli przekazać nam miłości rodzicielskiej? Może podświadomie winili nas za wejście w ten nieudany związek? Ja miałem gorzej niż Charles. On był potulny jak owieczka i dostosowywał się do wymogów matki, a ja lubiłem się kłócić, rządzić, sprawdzać, na ile mogę sobie pozwolić. Miedzy mną i matką ciągle wybuchały awantury.

To z tego powodu jako nastolatek przyjąłeś tak wyrazisty wizerunek? Chciałeś zrobić rodzicom na złość?
W pewnym stopniu na pewno. Ale to nie były tylko szczeniackie zagrywki. Zawsze fascynowałem się rockową stylistyką, bliski był mi ten cały karykaturalny pudel metal z lat 80, uwielbiałem jednocześnie Mercury’ego z jego modowym szaleństwem, pociągała mnie kontrowersja shock rocka w stylu Alice’a Coopera… uwielbiałem też na pewnym etapie życia black i pagan metal. W sumie do dziś lubię posłuchać. To była ogromna mieszanka inspiracji, która idealnie wpasowała się w subkulturę emo. Emo w tamtych czasach było na fali. Nigdy nie identyfikowałem się z tą subkulturą ideologicznie, ale wizerunkowo mi pasowała. Teraz jest mi obojętne, co się mówi o moim wyglądzie, jestem na innym poziomie psychicznym niż byłem jako wrażliwy nastolatek, ale myślę że gdybym wtedy nie miał wokół siebie innych pomalowanych dzieciaków z czarnymi grzywkami, nie miałbym odwagi tak się nosić. Taki był ze mnie chojrak.

Twoja matka musiała być przerażona…
I to jak! (śmiech) Przez te parę lat rzuciła we mnie kilkoma talerzami. Dziś sam mam dzieci i lepiej rozumiem jej próby uczynienia mnie "normalnym", ale wtedy dom trząsł się od awantur. Mama kompletnie mnie nie rozumiała, a ja nie próbowałem tłumaczyć. Właśnie wtedy zacząłem pracować na finansową niezależność, żeby jak najszybciej wysiąść z tego szalonego wagonu.

Kiedy podjąłeś pierwszą pracę?
Miałem piętnaście lat. Zacząłem od prostej studenckiej rozgłośni radiowej, oczywiście za zgodą rodziców. Miałem do tego dryg. Do tego mój głos brzmiał już wtedy na tyle dojrzale, że nikt nie podejrzewał, co za szczeniak siedzi za radiowym mikrofonem.

W podobnym czasie powołałeś do życia Majesty, prawda?
Nie ja. My. Mogę być uważany za lidera Majesty, ale założycieli zespołu było trzech. To była praca moja, Charlesa i Iana Blackmore’a. Od dawna coś razem brzdąkaliśmy, ja wtedy byłem już po rezygnacji z nauki klasycznego śpiewu i miałem osobistych nauczycieli, a Charles z Ianem od dawna siedzieli w klimatach gitarowych. Zrobiliśmy wśród grających rówieśników mały casting na basistę oraz perkusistę i tak powstało Majesty. Czuliśmy się wtedy niesamowitymi, poważnymi muzykami… dziś tylko się śmieję z tamtej naiwności, ale było coś uroczego w naszych pierwszych próbach w garażu, koncertach w jakichś młodzieżowych klubikach, w wieczornych spotkaniach przy pełnym szkle i dyskusjach o muzyce... No i w marzeniach o wielkiej karierze, które o dziwo się spełniły.

Dlaczego Majesty? Ta nazwa słabo oddaje ostrego hard rocka i niegrzeczne teksty, które tworzycie.
Och, rozważaliśmy różne nazwy! Odpadło Devilish, Sex Beasts, Pussy Destroyers… jak widzisz, dobrze się stało, że wybór padł akurat tak. Majesty miało być przewrotną nazwą, która nasunie skojarzenia z patetycznym rockiem i elegancją w stylu Queen. To miało zaskakiwać, a nawet szokować w zestawieniu z naszymi piosenkami, które traktowały głównie o dupach i ruchaniu.

Zdaje się, że ty napisałeś najwięcej tych tekstów…
Chyba nawet wszystkie o tematyce erotycznej? Co zrobić, tak już byłem. Jako nastolatek myślałem tylko o seksie. Uch, koszmarne wtedy miałem podejście do kobiet... Byłem w szkole popularny i za bardzo korzystałem z tej popularności. Oczywiście wielu mnie nie znosiło z powodu zniewieściałego stylu, ale wierz mi, taka metroseksualna powierzchowność to lep na młode dziewczyny. Byłem inny, wymuskany, pewny siebie i umiałem bajerować... miałem ogromne powodzenie i wykorzystywałem je do maksimum. Sprowadzałem do domu mnóstwo dziewczyn i z perspektywy czasu widzę, jak przedmiotowo je traktowałem... nie umiałem być wierny, ulegałem pokusom, miałem mnóstwo przygód na jedną noc. Straciłem nad sobą kontrolę. Do tego stopnia, że jako osiemnastolatek nieplanowanie zostałem ojcem.

Sława przyczyniła się do wydłużania listy kochanek, prawda? Jesteś na scenie od dekady, a echa plotek o twoich seksualnych ekscesach nie milkną.
Oczywiście. Gdy pojechaliśmy w pierwszą trasę, miałem siedemnaście lat. Trasa trwała nieco ponad trzy miesiące, a ja w tym czasie listę zaliczonych dziewczyn poszerzyłem do trzycyfrowej liczby. Wtedy nawet nie musiałem się starać, panienki zawsze się znalazły. Ale czy w showbiznesie przygodny seks z fankami to coś nadzwyczajnego?

Pewnie nie. Ale mówi się, że pobiłeś pod tym względem rekordy... wiesz, że uchodzisz za najbardziej niegrzeczną gwiazdę młodego pokolenia?
O proszę, więc rozrzucanie nasienia po każdym zakątku świata przyniosło interesujące plony! Dopiszą mnie do księgi rekordów Guinessa?

A chciałbyś? W jakiej kategorii się widzisz?
Może posiadacz najdłuższej listy partnerek seksualnych? Tester największej ilości zboczeń i perwersji? Uczestnik największej liczby orgii? Nie mam pojęcia! Nie wiem nawet, czy ta medialna łatka naprawdę mi się należy. Nie znam łóżkowego przebiegu innych rozrywkowych panów z estrady, więc jak tu się porównać? Swoją drogą, parę uroczych dziennikarek też udało mi się bardzo dobrze poznać, wiesz...?

Zamierzasz dołączyć mnie do kolekcji?
A pozwolisz?

Ta rozmowa schodzi na niebezpieczny tor...
Sama prowokujesz! (śmiech)

Okej, wróćmy do zespołu. Jak to się stało, że osiągnęliście taki sukces jako siedemnastoletni chłopcy?
Łamiesz mi serce. Ale skoro chcesz zmienić temat... Na pewno talentu nam nie brakowało, ale przede wszystkim mieliśmy szczęście. Nasz manager, David Jost, dowiedział się o nas z jakichś zinów z młodymi londyńskimi zespołami. Wybrał się na nasz koncert i bardzo mu się spodobało. Był pracownikiem wytwórni EMI. Okazało się, że szukali kogoś takiego jak my. Młodych chłopaków, którzy przełamią trend popowych boysbandów, którzy będą ładni, ale przy tym ostrzy, zbuntowani, z muzyką w stylistyce heavy metalu. Szeroko pojęty rock był wtedy niszą, która nie miała takiej grupy. No i my zapełniliśmy tę lukę. Gdyby nie fakt, iż EMI poszukiwało takiego zespołu, na pewno byśmy teraz nie rozmawiali.

Ale chyba nie było łatwo na początku? Mieliście podobno konflikty z wytwórnią?
To za dużo powiedziane, ale faktycznie, współpraca nie była idealna. Pozwoliliśmy na zaopiekowanie się naszym wizerunkiem, bo wytwórnia nie chciała nas pod tym względem zmieniać. Mieliśmy być tymi zbuntowanymi chłopakami z długimi włosami, wpisywaliśmy się idealnie w ich wizje i było świetnie. Z muzyką było nieco gorzej... Producent próbował ingerować w nasze nagrania, żeby nieco ugrzecznić tekst i wygładzić muzykę, która nie w każdym utworze była dostatecznie komercyjna. To opóźniło nasz start, bo nasz manager walczył o pozostawienie płyty w stanie niezmienionym. Udało się, ale dopiero po roku. Sto razy traciłem przez ten rok nadzieję na sukces. Teraz cieszę się, że przeforsowaliśmy w pełni nasz materiał. Inaczej nie umiałbym identyfikować się z tą płytą. W sumie... już nie do końca umiem, bo nie jestem tak wulgarny i najeżony jak kiedyś, ale wtedy byłem właśnie taki i dziś "Fuck like a beast", "Love Machine" czy "Sex Drive" budzą we mnie sentyment.

I... co się stało potem? Była debiutancka płyta, która momentalnie zdobyła status złotej, świetnie poszła wam europejska trasa koncertowa, później amerykańska, planowaliście podbić Azję, a nagle słuch o was zaginął. Dlaczego?
Ach, to nawet po latach ciężki temat... powodów było kilka, ale głównym okazaliśmy się my, ja i Charles. Jeżeli chodzi o to, co tyczyło się nas wszystkich, to nasze rodziny naciskały na zwolnienie tempa, żebyśmy mogli skończyć szkoły. A mnie i Charlesa poróżnił konflikt na tle finansowym. Wiesz, niby niczego nam nie brakowało, mieliśmy luksusy, dziewczyny, sławę, a mordercze tempo promocji zespołu jeszcze nas nie męczyło... ale w pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że nie mamy pojęcia, co dzieje się z naszymi pieniędzmi. Podpisywaliśmy umowy jako niepełnoletni i właściwie to nasi rodzice mieli wtedy ostateczny głos. Okazało się, że postanowili orżnąć własnych synów na kasę. Wpływy ze sprzedaży płyt, koncertów i całej reszty w 90% trafiały na konto rodziców i nie mieliśmy do nich dostępu. Do rąk dostawaliśmy jedynie mały procent. Nigdy tych pieniędzy nie odzyskałem. Strasznie mnie to rozjuszyło, doszło w domu do ostrej awantury... wtedy ostatecznie się wyprowadziłem. Miałem ledwie osiemnaście lat. Charles natomiast miał zupełnie inne poglądy. Nie widział nic złego w tym, że rodzice... cóż, nie bawmy się w eufemizmy, zwyczajnie nas okradli. Nie wiem, może uznali, że im się te pieniądze należą, ale ja nie potrafiłbym zrobić tego moim dzieciom. Ich zarobki to ich zarobki, mogę je najwyżej odłożyć na konto, do którego dam im dostęp, gdy dorosną. W każdym razie to nas z Charlesem na długo poróżniło i nie chcieliśmy ze sobą grać. Dlatego zniknęliśmy, zanim w pełni się rozpędziliśmy.

Po epizodzie z zespołem zająłeś się radiem, prawda?
Tak, zacząłem pracować w BBC One. Rozpoznawalność pozwoliła mi tam zakotwiczyć mimo bycia gówniarzem. Zacząłem też wtedy studia.

Royal Academy of Music, znalazłeś się wśród najlepszych.
I nigdy nie wątpiłem, że sam należę do tego grona. Może to zabrzmi narcystycznie, ale ze wszystkich posiadanych przeze mnie fizycznych atutów, głosu i możliwości wokalnych zawsze byłem najpewniejszy. Mogę kogoś odrzucać z wyglądu, denerwować lub śmieszyć i nie będzie mnie to dziwić ani boleć, ale niepochlebne opinie na temat mojego śpiewu by mnie zaskoczyły.

Nie wierzę, że kiedyś jakąś usłyszałeś. Ale zanim zajmiemy się twoim głosem, ciekawi mnie jeszcze pewien epizod z tamtego okresu twojego życia. Doszukałam się informacji, że uwiodłeś swoją szefową, to prawda?
Nie uwiodłem, po prostu się zakochaliśmy. To był pierwszy poważny związek w moim życiu.

A różnica wieku?
Szesnaście lat to nie tak dużo. Danielle była niesamowita, zresztą... wpisywała się w mój gust. Nigdy nie ukrywałem, że dojrzałe kobiety pociągały mnie bardziej od rówieśnic. To początkowo miał być jedynie romans, ale skończyło się na tym, że ona odeszła od męża i zaręczyliśmy się. Ale nie wypaliło.

Dlaczego wam się nie udało?
To była głównie moja wina. Nie byłem wierny, ona parę razy mnie nakryła... staraliśmy się to poskładać, ale za bardzo to spieprzyłem. W trakcie naszego kryzysu wyprowadziłem się z Londynu, ona została, rzadko się widywaliśmy... i się rozpadło. Żałuję, że ten związek tak się skończył, ale nie żałuję, że był. Wiele się dzięki Danielle nauczyłem na temat wierności, stabilności uczuć. Poza tym to był piękny okres w moim życiu.

Skoro chcieliście to naprawić, skąd twój nagły wyjazd z Londynu? Nie sądzisz, że właśnie to przekreśliło wasz związek?
Bardzo możliwe ale po czasie to i tak tylko gdybanie. Mój wyjazd był związany ze zmianą pracy. Odszedłem z BBC do rozgłośni w Newcastle z powody konfliktu z innym dziennikarzem ze starego radia. Kiedyś trochę za mocno oklepałem mu twarz...

Pobiłeś go?!
Był gejem i przez dobry rok próbował mnie przekonać, że wie lepiej, jakiej jestem orientacji. Podobno byliśmy sobie pisani, przynajmniej jego zdaniem. Ja miałem ambiwalentne odczucia, nawet bardzo. Raz podczas nocnego dyżuru był tak namolny, że trochę za bardzo mnie zdenerwował. Pozwał mnie później o uszkodzenie ciała... w każdym razie konflikt narósł tak bardzo, że potrzebowałem się ewakuować z tego toksycznego bagienka. Z przyjemnością zmieniłem otoczenie.

Nadal mieszkasz pod Newcastle, prawda?
Tak, ale dopóki jesteśmy na antenie, nie powiem ci, gdzie dokładnie. Odrobinę prywatności mam jedynie w domowym zaciszu i nie chcę tego zmieniać.

Rozumiem. To tam poznałeś swoją żonę?
Tak. Niedługo po przeprowadzce. Trudno uwierzyć, że to już siedem lat...

Czytając na twój temat różne plotki, taki staż związku w twoim przypadku wydaje się niemożliwy.
I jest niemożliwy, bo mimo że jesteśmy razem od ponad sześciu lat, wykonaliśmy na naszej drodze tyle zakrętów, że trudno je zliczyć.

To prawda, że Elena na początku była dziewczyną Charlesa?
Niestety tak.

Przecież on jest gejem!
Ale potrzebował wielu lat, by wykonać coming out. Ja sam długo nie byłem pewny jego orientacji, choć domyślałem się. Próbowałem być ślepy na dowody, które same wpadały mi w ręce. Cóż, nie chciałem brata geja. Miałem wrażenie, że różnica w preferencjach seksualnych nas poróżni, rozdzieli. Była między nami silna więź i bałem się ją stracić, choć z innych powodów to i tak się stało. W każdym razie wtedy naprawialiśmy naszą relację po ten awanturze o finanse. Charles mieszkał u mnie. Spotykał się wówczas z dziewczynami, chyba sam siebie oszukiwał co do swojej orientacji. I pewnego dnia przyprowadził do domu najpiękniejszą dziewczynę, jaką widziałem w życiu i... bum, to było jak rażenie piorunem. Wszystko przestało się liczyć. Była już tylko ona. To był czas, w którym powracaliśmy na scenę z Majesty, mieliśmy zaplanowaną trasę powrotną, wiesz, takie badanie rynku, czy ktoś nas pamięta. Elena pojechała z Charlesem, a wróciła ze mną i do tego w ciąży z Elyon, naszą pierwszą córką.

Brzmi pięknie, ale ta sielanka chyba nie trwała długo?
Niestety. Podobnie jak z Danielle, ja zawaliłem sprawę. Po sukcesie tej krótkiej trasy Majesty na nowo ruszyło z wielką mocą. Nagrywanie nowej płyty, intensywna promocja, rok w trasie... Ela urodziła Elyon i z nią została, a my pojechaliśmy. Pewnie się domyślasz, że długo nie wytrzymałem w wierności, a ona się o tym dowiedziała. Można powiedzieć, że przez długi czas nie wiedziałem zupełnie, na czym stoję. Wyczekiwałem powrotu do domu, do niej i córki, ale przy tym bałem się, że nie wybaczy mi moich hulanek w trasie. Nie wybaczyła. A w każdym razie nie od razu.

Pechowo zbiegł się powrót zespołu z przyjściem na świat waszej pierwszej córki. Pewnie nic nie mogłeś z tym zrobić?
Były kontrakty, plany, w grę wchodziły miliony. Ja byłem tylko trybikiem wielkiej muzycznej machiny. Gdybym się wycofał, nigdy bym się nie wypłacił z kar finansowych i może jeszcze skończyłbym, schylając się po mydło w pierdlu.

Ale w końcu wróciłeś do domu, a niedługo później świat obiegła informacja o twoim nieudanym samobójstwie. Powodem było wasze rozstanie?
Tak, ale gdybym był wtedy w normalnym stanie psychicznym, pewnie nie posunąłbym się do tak desperackiego kroku, tylko bym o Elę walczył. Wróciłem kompletnie wyniszczony psychicznie i fizycznie. Tryb życia w trasie był naprawdę okropny, spaliśmy po trzy godziny dziennie, mieliśmy setki wywiadów, koncertów, spotkań z fanami... powrót był bardziej niż udany. Osiągnęliśmy ogromny sukces, ale kosztem niemal całodobowej pracy przez rok i zdrowia psychicznego. Przy pierwszej płycie nie harowaliśmy aż tak wariacko. Wierz mi, że takie zobowiązania są potwornym obciążeniem. Tempo było tak szalone, że po kilku miesiącach musiałem zmienić całkowicie garderobę, bo ubrania dosłownie ze mnie spadały. Zdarzyło mi się nawet zemdleć po paru koncertach z przemęczenia. Wróciłem rozczarowany sławą, przemęczony, słaby, zły i przy tym przerażony perspektywą stanięcia oko w oko z Eleną. Ona wiedziała, co się działo po koncertach, zresztą czytała te wszystkie ploty o moich romansach i ekscesach seksualnych... niestety, okazało się, że to było dla niej za wiele. Wcale się temu nie dziwię. Odeszła, a ja się załamałem i po par tygodniach wylądowałem w szpitalu, z pociętą żyletką ręką. Zresztą ona sama też moje zdrady potwornie odchorowała.

Ale w szpitalu była z tobą, prawda?
W szpitalu się pogodziliśmy. Była ze mną, bo też przeżyła załamanie tym wszystkim... potwornie żałuję, że nie mogłem jej wtedy ze sobą zabrać na ten rok... wtedy widziałaby, co jest prawdą, co medialnym szumem, no i przy niej nie miałbym ochoty patrzeć na żadną inną kobietę. Ale dla Elyon to nie byłoby zdrowe, więc Ela musiała zostać w domu z małą. Ale przezwyciężyliśmy to.

Po pewnym czasie pojawiły się plotki, że Elena jest z Ianem, nie z tobą. Była cały czas obecna przy zespole, ale mimo domysłów fanów oficjalnie była kojarzona z innymi członkami Majesty. Dlaczego?
Dla jej bezpieczeństwa. Ja pokazywałem się wtedy z Michelle, później z Lauren, by odciągnąć uwagę od Eleny. Jestem wokalistą, frontmanem zespołu. Ściągam największą uwagę nie tylko mediów, ale i fanek, które często są młode, spontaniczne i z zazdrości gotowe skrzywdzić moją ukochaną. Nie dało się ukryć, że Ela jest przy zespole, bo gdy tylko mogła, wszędzie ze mną jeździła, zresztą paparazzi złapali nas razem nie raz i nie dwa. Mogliśmy tylko odciągnąć podejrzenia fanów i ukierunkować na innego członka zespołu. W końcu i tak się nie udało, bo fani okazali się zbyt spostrzegawczy i nas zdemaskowali.

Rozumiem, że po twojej próbie samobójczej już się nie rozstawaliście?
Bywały bardzo ciężkie momenty, bo zanim nauczyłem się, czym jest ta cholerna wierność, skrzywdziłem Elę jeszcze wielokrotnie. Ale tak, od tamtej pory jesteśmy razem.

Chciałabym też zapytać cię o Charlesa. Wasze relacje wówczas uległy ochłodzeniu czy to też medialne przykrywka, jak z ukrywaniem związku z Eleną? Po reaktywacji zabrakło dla niego miejsca w składzie Majesty, pojawiły się zarzuty ze strony rodziny zmarłej fanki, a obecnie mówi się o jego chorobie alkoholowej... nie ma najlepszej passy.
To nie była medialna przykrywka. Faktycznie, trochę nam się posypało. Charles nie pojawił się w reaktywowanym Majesty, bo w przeszłości nawalał i pił, po prostu. Nie brakowało sytuacji, kiedy tak zachlał, że nie był w tanie wyjść na scenę. Wytwórnia nie chciała stawiać na niego, nie ufali mu, więc mogliśmy wrócić jedynie bez niego. Oczywiście miał ogromne pretensje, co mnie nie zaskakuje. Dlatego po czasie wrócił do składu, choć warunkiem było pozytywne rozwiązanie spraw związanych ze śmiercią tej nieszczęsnej Raluci... Charles był podejrzany o maczanie palców w jej śmierci. Na szczęście udało się udowodnić, że te zarzuty były jedynie urojeniami jej matki.

Urojeniami?
Tak. A w zasadzie urojeniami ich obu. Dziewczyna była tak zakochana w moim bracie, że stworzyła sobie jakiś swój świat. Jakieś pamiętniki, listy do Charlesa, opowieści znajomym... raczej nikt jej nie wierzył w związek z moim bratem, ale gdy popełniła samobójstwo, matka weszła w posiadanie tych jej zapisków i uwierzyła. Właściwie... nie dziwi mnie, że ta kobieta zrobiła z Charlesa winowajcę. Musiała być tak załamana, że łatwiej jej było skierować gniew po śmierci córki na niego niż uwierzyć, że sama odebrała sobie życie.

I później Charles wrocił do Majesty. Ale tylko na chwilę.
Bo znów pił, a pijany zawalał obowiązki i robił się agresywny. Nie wykorzystał swojej szansy.

Z Charlesem czy bez niego, longplay "The Crimson Idol" i epka "World Behind My Wall" okazały się wielkim sukcesem. Udało ci się pogodzić z ukochaną żoną i żyć z nią szczęśliwie w ukryciu. Ale wtedy pojawiły się problemy z głosem. Co stało się w Londynie w lipcu 2016?
Już wcześniej miałem problemy z głosem. Była chrypka, niemoc, uciekło mi ze skali kilka dźwięków... bałem się, ale nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś się dzieje. Zresztą nie mogłem, wciąż byliśmy w trakcie promocji tych płyt, bardzo intensywnie koncertowaliśmy. Nie mogłem pozwolić sobie na chorobę i udawałem, że nie ma problemu, aż moje struny głosowe nie wytrzymały. Tamtego dnia straciłem głos w trakcie koncertu. Natychmiast zabrano mnie do szpitala. Boże, management postawił wtedy na nogi cały szpital! Badania, konsultacje laryngologów, stres... diagnoza to był niedowład strun głosowych i guzki śpiewne. Gdybym wtedy usłyszał, że to nie do naprawienia, to pewnie byłby do kolekcji jeszcze zawał serca. Na szczęście lekarze jednomyślnie stwierdzili, że powinienem wrócić do formy, jeśli dam sobie odpocząć i przejdę rehabilitację. Zajęło to sporo czasu i przez kilka tygodni miałem zakaz prób wydawania z siebie dźwięków, co nie było takie proste, ale odzyskałem w pełni głos i skalę. Bogu dzięki. Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie dam się tak zajechać jak wtedy.

Ale Majesty nie przetrwało tej próby...
Jeszcze wrócimy. Fakt, że po takim nerwowym okresie, jakim były te katorżnicze trasy promujące "The Crimson Idol" nie mogliśmy na siebie patrzeć i potrzebowaliśmy od siebie odpocząć, ale zespół został zawieszony, nie rozwiązany. Skupiliśmy się na solowych projektach, a to fajna odskocznia od pracy w zespole.

Twój solowy album nosi tytuł "I'm not OK", to niezbyt optymistyczne, prawda?
Tak, bo ten album, teksty na nim, to moje rozliczenie z błędami przeszłości i krzywdami, jakie wyrządziłem sobie i Elenie. To taka moja artystyczna spowiedź. Większość tych utworów powstała po naszym rozstaniu, gdy byłem w kompletnej rozsypce i musiałem to z siebie wyrzucić. Poza tym większość to moim zdaniem świetne utwory. To taka zabawna zależność, że najlepsze rzeczy komponuje się, gdy jest się nieszczęśliwym.

A teraz? Jesteś szczęśliwy?
Bardziej nie mógłbym być! Mam cudowną żonę, która jest dla mnie wszystkim, mam z nią trzy wspaniałe córeczki, Elyon, Leilani i Ophelię. Mam też Mary, której nie widuję zbyt często, ale też ją bardzo kocham. Przede mną perspektywa życia rodzinnego, o jakim zawsze marzyłem i pielęgnowanie uczucia, które przetrwało tak wiele, że mogę być pewny, iż nic go nie złamie. Odniosłem sukces muzyczny, o którym marzyłem od podstawówki. Czego więcej mógłbym chcieć od życia?

Myślisz, że odnalazłeś swoją życiową drogę?
Tak. Wreszcie przestałem błądzić.

Mam nadzieję, że nie spoczniesz na laurach dotychczasowych osiągnięć i zostaniesz na scenie?
Oczywiście! Teraz mam okres luźniejszy, odpoczywam, ale donikąd się nie wybieram!

I nikt nie musi wiedzieć, że niektóre informacje podane przez Jamesa są nieprawdziwą, ugrzecznioną wersją dla mediów.
rodzina & miłość
RODZICEBrooke & John Moore
RODZEŃSTWOCharles Moore
DZIECIElyon Moore, Leilani Moore, Mary Moore
DALSZA RODZINAAaron Withers - kuzyn, Susan Moore - ukochana babcia
STATUS ZWIĄZKUżonaty
PARTNERElena Moore
BYLI PARTNERZYW YELLOWLAIR:

BYŁE PARTNERKI
Danielle Murray, Michelle Lee, Harriet Rathbone, Lauren Quinnell (była żona)

KOCHANKI I PRZYGODY
Aileen Rose, Yvonne Gibbons, Sinead Connelly, Vivienne Thompson, Fay Rain, Kathleen Palmer, Zoe Moyet, Ochiyo Harling, Judith Bramwell, Madeleine Summers
osobowość
=ekstrawertyk akwinofobia, seksoholizm rodzina i kariera
Mars 85%, Uran 10%, Wenus 5%

Dziennikarka patrzyła na Jamesa, gdy opowiadał o swojej przeszłości i próbowała w jakiś sposób go określić, wsunąć do odpowiedniej szuflady w swojej głowie. Lecz Moore nie dawał się łatwo zaszufladkować. Jej pierwsze wrażenie, że to człowiek składający się z samych kontrastów i sprzeczności, tylko się wzmacniało w miarę rozwoju ich szczerego wywiadu.
Rodziły się w niej prawdziwie skrajne odczucia. Z jednej strony James dystansował, porażał chłodem swego spojrzenia i budził jakiś niewytłumaczalny respekt swoim dobitnym głosem, dumną postawą… z drugiej wzbudzał sympatię uśmiechem, dystansem do siebie i dużą dozą luzu równoważonego przez rozsądek i rzeczowość – zdumiewającą w przypadku człowieka tak oderwanego wizualnie od normalności. James wzbudzał sympatię oraz… przyciągał. Czy to była jego tajemnica działania na kobiety? Dziennikarka zdała sobie sprawę, że choć James ze swoim metroseksualnym stylem bycia kompletnie mija się z jej ideałem faceta, zainteresował ją sobą jako mężczyzna, choć nawet się nie starał… był jak chodzący dowód na to, że męskość nie zawiera się w zaroście, obgryzionych pazurach albo klasycznych, męskich ciuchach, lecz w osobowości i sile charakteru – James epatował tą siłą w każdym swoim geście.

Dobrze! To teraz mi powiedz, jaki jest James Moore?
O cholera… szkoda, że mnie nie uprzedziłaś, że to egzamin z autoprezentacji! (śmiech) Możesz sprecyzować?

Na przykład twoje relacje zawodowe. Słyszałam na twój temat tak skrajne opinie, że nie mam pojęcia, które są prawdziwe. Część artystów nazywa cię rzeczowym profesjonalistą i mówi, że uwielbia z tobą pracować. Ale dokopałam się też do opinii, że jesteś rozkapryszoną męską divą, że poniżasz współpracowników, a niektórzy zarzekają się, że nigdy więcej nie podejmą się współpracy z tobą. Gdzie jest prawda?
Jeśli szukasz prawdy, to najczęściej leży pośrodku. Wiesz, generalnie jestem stworzeniem stadnym. Lubię ludzi, jestem towarzyski, przepadam za pracą w dużym zespole, choć nie ukrywam, że najbardziej lubię rządzić... (śmiech) Ale nie zawsze jestem taki miły jak dzisiaj, zdaję sobie z tego sprawę. Bardzo dużo w moich relacjach zawodowych, ale też i w osobistych zależy od zachowania drugiej strony. Nie cierpię osób nadętych i traktujących ludzi z góry. Jeżeli ktoś daje mi się poznać jako taki, nawet nie silę się na udawanie, że go polubiłem. I tak, wtedy potrafię być przykry, nawet bardzo. Raczej rzadko gryzę się w język, jeżeli nie jestem w zasięgu kamer czy mikrofonów. Lubię być szczery i walić prosto z mostu, nawet jeśli narażam się na nieprzyjemności, a gębę faktycznie mam niewyparzoną.

Wiesz, że kobiety widzą w tobie cechy samca alfa?
Nie wiem, czy powinienem się z tego cieszyć? Kobiety lubią samców alfa czy sarkastycznie mówią tak o zarozumiałych chamach? Fakt, że nie mam problemów z pewnością siebie, lubię być w centrum uwagi, zwykle nie idę na kompromisy, ale staram się nikomu nie podcinać skrzydeł, szczególnie w artystycznych aspektach. Bywa, że coś komu narzucę, ale naprawdę próbuję nie być arogancki. Choć lubię czuć, że mam kontrolę nad sytuacją, wpływ na nią. Nie muszę być koniecznie decydujący, ale nie cierpię, gdy coś dzieje się bez mojej wiedzy.

A co z rzekomym pomiataniem pracownikami?
Przewrażliwieni ludzie potrafią parę słów gorzkiej prawdy na swój temat zinterpretować jako obrazę lub pomiatanie. Zwykle nie przebieram w słowach. Nie moją winą jest, że spotykam na swojej drodze całe chmary takich nadwrażliwych płaczków.

Silny charakter jest dobry, ale apodyktyczność już nie...
Możliwe, ale na pewno nie zmienię się dla komfortu paru mięczaków. Widocznie mieli pecha, że na mnie trafili, zresztą... każdy ma wolną wolę. Nikogo nie zmuszam ani do pracy, ani do kontaktów ze mną.

Wydaje mi się, że ubierasz siebie w bardzo łagodne słowa, jak na to, co o tobie czytałam... posłuchaj tego, to fragment wywiadu z twoim bratem: "Na próbie powiedziałem tylko, że nie chcę grać tego utworu, a James wpadł w furię. Złapał talerze i pałki i zaczął ciskać nimi w moim kierunku, krzycząc, że ja mam tu najmniej do powiedzenia. Uciekłem ze sceny w deszczu perkusyjnego żelastwa, a gdy znalazłem się poza polem rażenia, James kopniakami przewrócił kotły i werble".
Ale przecież każdemu zdarza się nie zapanować nad sobą! A nikt nie umie mnie tak wkurzyć jak Charles. Zresztą byłem wtedy gniewnym gówniarzem, miałem siedemnaście lat. Teraz nie jestem tak impulsywny.

Naprawdę? W innym miejscu czytałam, że całkiem niedawno płaciłeś za remont garderoby, którą zdemolowałeś!
Zdarzyło się. Jestem wybuchowy, ale staram się pracować nad agresją. Myślę, że dużo lepiej radzę sobie teraz z nerwami niż jako szczeniak. Nawet jeśli się wścieknę, staram się skupiać złość na przedmiotach, nie na ludziach. Możesz mi wierzyć, że od dawna nie rzucałem w nikogo zestawem perkusyjnym i nie mam takich zamiarów! (śmiech)

Strach ci nie uwierzyć! (śmiech)
Możesz czuć się spokojna, nigdy nie uderzyłbym kobiety. Z pięknymi paniami walczy się tylko nago i w parterze.

W życiu miłosnym też jesteś typem agresywnego dominatora?
Oj, chciałbym! Tak, lubię mieć kontrolę nad swoim życiem i otoczeniem, ale o ile w pracy kieruję się zasadami i trzymam sztywno wyznaczonych granic, w życiu osobistym gorzej mi to wychodzi. Zwłaszcza w kontaktach z kobietami. Wasze wdzięki i seksapil są dla mnie pułapką, w którą za każdym razem wpadam. A prawda jest taka, że zauroczony kobietą daję się wodzić za nos jak ostatni idiota.

I nie wiem, który już raz zawieszasz wzrok na moim dekolcie...
Przepraszam! Ale jak tu nie zerknąć choć od czasu do czasu? Radiowi słuchacze niech żałują, że nie mogą zobaczyć...

Potraktuję to jako komplement. Ale skoro dotknęliśmy tematu kobiet, zostańmy przy nim nieco dłużej. Kobiety, zamiłowanie do nich i seksualność wydają się być kluczowym elementem twojego wizerunku. Twój medialny obraz jest dość kontrowersyjny i to chyba nie jest zwykła kreacja?
Nie przeczę, że w świecie showbiznesu większość podejmowanych działań ma na celu kreowanie medialnego wizerunku. Na pewno w świadomości czytelników tabloidów ja też jestem inny niż w rzeczywistości, tego nie da się uniknąć. Ale w zdecydowanej większości w mediach jestem prawdziwy. Gdy zaczynaliśmy karierę jako siedemnastolatkowie, nasz wizerunek został ukształtowany na zawsze... wiesz, jak to jest. Jeśli wejdziesz do jednej szuflady medialnej, już z niej nie wyjdziesz. A wtedy byliśmy autentyczni. Zbyt młodzi, żeby kombinować, grać, udawać... nasza wytwórnia postawiła na naszą naturalność i pozwoliła nam robić, co chcemy. Skupienie na cielesności, seksie, kobietach było i jest dla mnie najbardziej naturalne, więc z tym wiąże się moja twórczość, osobowość, działania.

Zgadzasz się z ogólną opinią, że jesteś playboyem?
Zależy, co przez to rozumiesz... dla mnie to określenie jest pejoratywne, bo od razu mam przed oczami faceta, który chce tylko dopisywać numerki do listy wyruchanych panienek. Jeśli chodzi o tę definicję, to zdecydowanie nie uważam się za playboya. Ja kocham kobiety. Po prostu. Uwielbiam was i nie potrafię wam się oprzeć. Zachwycacie mnie swoją urodą, kształtami, seksapilem. Dla mężczyzn kobiecość to tajemnica i magia, którą pragną poznać, zgłębić. A mnie ta tajemnica piekielnie pociąga. Jesteście magicznymi stworzeniami.

Jest w twoich słowach sporo romantyzmu, ale w twojej muzyce, skandalach wokół ciebie i rock'n'rollowym stylu bycia nie widzę zbyt wiele romantyka...
Bo nie jestem typowym romantykiem. Jestem muzykiem, artystą, więc na pewno mam w sobie sporo wrażliwości i poczucia estetyki, ale jednocześnie mam w duszy szczyptę rock'n'rollowego brudu.

Jakie kobiety lubisz najbardziej?
O Jezu... łatwiej powiedzieć, jakich nie lubię! Nie mam ulubionego typu urody czy figury. Jeżeli kobieta jest zmysłowa, seksowna, potrafi wykorzystać swoje atuty, to nie ma dla mnie znaczenia jej wygląd. Podobają mi się szczupłe, pełniejsze, pulchne, wysokie, niskie, średnie, jasne, ciemne, blondynki, brunetki... naprawdę, łatwiej powiedzieć, jakich kobiet nie lubię. A nie lubię chudych i naturalnie rudych, chyba że to wyjątkowo urodziwy rudzielec. Chude za to kojarzą mi się z nastoletnimi chłopcami. Nie przepadam też za bardzo za młodymi dziewczynami. Nie lubię uczyć w łóżku, zresztą dojrzalsze kobiety są bardziej zmysłowe.

Ale twoja żona jest od ciebie trochę młodsza...
Nie mówię, że wcale nie interesują mnie młode dziewczyny, bo też je uwielbiam. A w Elenie się zakochałem. Miłość to jak rażenie piorunem, nie masz wpływu, na czyj widok cię walnie.

I tak cię walnęło, że tej jednej udało się ciebie usidlić. Macie trzy córki i od dawna jesteście razem. Dobrze odnajdujesz się w domowych kapciach?
Doskonale! Nie powiem, żebym miał ochotę zupełnie siąść na tyłku i się ustatkować. Wciąż lubię zaszaleć, poimprezować... ale czas na to mam podczas wyjazdów. Wolne zdecydowanie wolę przeleżeć w domowych pieleszach. Na dłuższą metę takie życie pewnie by znudziło, bo nie lubię siedzieć długo w jednym miejscu... ale mam tak wiele obowiązków, że moje życie jest bardzo różnorodne.

Jakim jesteś ojcem?
Dużo czasu poświęcam dzieciom i staram się odciążać Elenę w obowiązkach rodzicielskich. Mój ojciec nie poświęcał nam czasu, więc wiem, jak to boli i dlatego chcę dać dzieciom jak najwięcej siebie. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale jestem tym rodzajem ojca, który jedną ręką podaje maluchowi butelkę, drugą zmienia pieluchę innemu i jednocześnie tłumaczy starszej córce, dlaczego nie wolno zaplatać kotu warkoczy z wąsów. Family guy pełną gębą.

A sława, scena, muzyka? Nadal z przyjemnością to robisz czy w twoje życie wkradło się znużenie? Wielu muzyków po pewnym czasie ma dość, szczególnie po założeniu rodziny.
Kocham to, więc nigdy mi się nie znudzi. Czasem jak każdy potrzebuję odpoczynku, ale muzyka to moja największa pasja. Poza tym jestem chyba trochę próżny i lubię być na scenie, ściągać na siebie uwagę innych, widzieć tłumy wpatrzone w moją sylwetkę… lubię budzić emocje, prowokować, poruszać. Może to jakieś zboczenie, ale to mnie bawi. Nie cierpię być obojętny.

Miewasz jeszcze tremę przed wyjściem na scenę?
Nie i chyba nigdy jej nie miałem. Oczywiście czasem się obawiam, czy wszystko pójdzie dobrze, jeśli robimy coś skomplikowanego, choćby gdy mamy skomplikowane efekty pirotechniczne. Ale samego stania przed tłumem i śpiewania nie boję się ani trochę.

Jesteś bardzo pewny siebie. Czy to nie lekki narcyzm?
Może. Ale wydaje mi się, że jestem po prostu świadomy swoich możliwości. Nie czuję się lepszy od innych, nie mam problemu, jeśli komuś zupełnie się nie podobam, powoduję śmiech wyglądem czy stylem bycia. Ale wiem, że wokalnie jestem na tak wysokim poziomie, że wychodząc na scenę nie mam się czego obawiać.

Mówisz, że kochasz muzykę i scenę, więc skąd inspiracja do napisania „The Crimson Idol”? Album opowiada o muzyku rockowym, który osiąga sławę i nie daje sobie z nią rady, popełnia samobójstwo. Przedstawiasz w niej sławę i showbiznes w bardzo złym świetle. Otwarcie śpiewasz, że to bezduszna machina do zarabiania pieniędzy, że popularność niszczy, a artyści są pędzeni jak niewolnicy. Można to kochać i jednocześnie tak surowo oceniać?
To taka mojego droga krzyżowa, jedyna, której chcę. Paradoks, ale kocham to i zarazem nienawidzę. Każde słowo napisane przeze mnie na "The Crimson Idol" to szczera prawda o showbiznesie, bez standardowego cukrowania. Sława to ciężka orka. To przemęczenie, niedosypianie, rozłąka z bliskimi, często brak decyzyjności i szacunku, bycie wykorzystywanym przez producentów i innych wielkich graczy. Muzyka na światowym poziomie jest na swój sposób prostytucją, dopóki nie wyrobisz sobie marki i nie zaczną się z tobą liczyć... tyle że do tego etapu dochodzi niewielu. Wiesz, ilu znajomych mi muzyków, nie tylko z rocka, ale nawet i tych uśmiechniętych gwiazdek pop dla dzieciaków, to narkomani, alkoholicy, wraki jadące na psychotropach? Padasz ze zmęczenia i wypalenia, ale musisz wyjść na scenę, bo inaczej zapłacisz za straty. Ktoś bliski ci umiera, ale nie możesz wrócić do domu na pogrzeb, bo wiążą cię kontrakty i terminy. Chcesz wyjść na spacer z ukochaną, ale goni cię chmara fanek, które rzucają w twoją dziewczynę kamieniami. Takie dramaty dzieją się w showbiznesie na każdym kroku, u każdej wschodzącej gwiazdy. Musiałem o tym napisać. Opinia publiczna widzi nas jako imprezowiczów leżących palnikiem do góry, a prawda jest zupełnie inna.

Więc dlaczego chcesz to robić? Czemu wróciłeś? To emocjonalny masochizm.
Wróciłem, bo to kocham. Mimo całego zła sława daje wiele wspaniałych momentów, pozwala na spełnianie marzeń, wyżycie się artystyczne, daje pieniądze, pewne społeczne przywileje. Zapisujesz się na kartach muzycznej historii, miliony osób mogą cieszyć się wytworem twojej artystycznej wyobraźni. Inspirujesz, podnosisz na duchu, niesiesz przekaz, który może nie zmieni świata, ale parę osób na pewno. Jeśli jest się wytrwałym, można przetrwać wiele, by dotknąć tej lepszej strony sławy.

Pięknie powiedziane. A ty gdzie się teraz znajdujesz? Wciąż czujesz się jak prostytutka czy przeszedłeś na wyższy etap?
I jedno, i drugie. Wciąż mocno zależę od wielu ludzi, ale liczą się z moimi decyzjami. Tyle mi wystarczy do szczęścia.

Imponujesz mi siłą swojego charakteru.
To, że jestem tu, gdzie jestem i nadal żyję, to nie zasługa mojego charakteru, tylko wsparcia Eleny i innych bliskich mi osób. Owszem, jestem ambitny, nie boję się walczyć, sukces potrafię wydrzeć innym z gardeł... ale gdy nie jestem sam. Umiem znaleźć do tego siłę, motywację i sens tylko wtedy, kiedy stoi za mną ktoś, kogo oddanie i wsparcie czuję. Nie umiem żyć i działać dla siebie. Zawsze robię to dla kogoś.

Nie umiałbyś żyć bez bliskich?
Nie umiałbym. Może bywam gruboskórny i ciężko stać się moim przyjacielem, ale ta wąska grupa przyjaciół, których mam, jest dla mnie życiową podporą. Wewnętrzna siła? Mam jej mnóstwo, ale czerpię ją z miłości oraz wsparcia najbliższych. Bez najbliższych staję się nikim.

A nowi znajomi? Mają szansę stać się kimś więcej?
Oczywiście, ale do tego trzeba mi czasu, zaufania i... szczerze mówiąc, najbardziej lubię tych, którzy mnie nie rozpoznają przy pierwszym spotkaniu. Zdarzyło się, że moja wierna fanka została moją przyjaciółką, ale to jedyny przypadek. Gdy ktoś poznaje we mnie wokalistę Majesty, wiem, że będzie patrzył na mnie przez pryzmat popularności. A ja cenię tych, którzy widzą we mnie człowieka z krwi i kości, ze swoimi emocjami i słabościami, nie wymuskaną postać zza mikrofonu.

Skoro już wspomniałeś o słabościach... jestem ciekawa, z czym problem ma James Moore?
Z ocenianiem ludzi i chyba też lekką hipokryzją. Sam wymagam tolerancji dla niecodziennego wizerunku, a często ulegam pierwszemu wrażeniu i szybko oceniam innych. Bywam też zbyt szorstki, choć staram się z tym walczyć. Dla najbliższych z kolei w drugą stronę, bywam nadopiekuńczy. Pracuję też nad nerwowością, ale o tym już mówiliśmy. Niektórzy narzekają też, że straszna ze mnie gaduła, ale to chyba moje radiowe zboczenie zawodowe.

Zastanawia mnie również twoja seksualność. Nie mam tu na myśli pociągu do kobiet, bo o tym sporo mówiliśmy, ale twoje relacje z mężczyznami. Wydaje mi się, że jesteś pod tym względem zagadką.
Dlaczego zagadką? Wiele razy podkreślałem, że jestem heteroseksualny.

Spotkałam się niedawno z ciekawą opinią pewnego przedstawiciela ruchu LGBTQ na twój temat... przytoczę tę opinię: "Stajemy się bardziej otwarci na różne orientacje, ale w Wielkiej Brytanii wciąż nie brakuje osób, które nie mają odwagi zrzucić swojej maski. Najlepszym przykładem jest James Moore, oczywisty kryptogej. Jego wizerunek czerpie garściami z kultury drag queens, choć Moore oficjalnie nazywa go swoją interpretacją rockowej mody. Równie dużo mówi jego ostentacyjne podejście do gejów. Jest udowodnione, że mężczyźni, którzy czują ukryty pociąg do swojej płci, zakładają maskę nietolerancji. Piętnują, obrażają i wyśmiewają gejów, co Moore robi nagminnie, zdradzając swoje głębokie pragnienia i frustracje. Ktoś powinien mu pomóc być naprawdę sobą."
Wiedziałem, że poruszysz temat tego świra! (śmiech) Niebawem się z nim spotkamy, bo zbliża się termin rozprawy o zniesławienie. W naszej kulturze pomalowany facet jest z góry brany za pedała, często niesłusznie, a nierzadko piejący o tolerancji i swobodzie homosie jakoś o tym zapominają i sami lecą stereotypami, patrząc na mnie. To przykre, bo swego czasu wsparłem kampanię przeciw nienawiści i choć zrobiło to razem ze mną mnóstwo innych heteroseksualnych artystów, uczepiono się po tym właśnie mnie. Każdy na moim miejscu by się zraził i żałował, że chciał im pomóc. Wśród moich znajomych jest mnóstwo homoseksualistów i akceptuję ich, szanuję i nie mam problemu choćby ich po przyjacielsku uścisnąć. Owszem, nie pojmuję, jak posiadacza fiuta może jarać inny fiut i jak kobiece ciała mogą nie podniecać, ale nie muszę ich rozumieć. Gdybym miał coś do nich, musiałbym brzydzić się własnego brata. Ja nienawidzę tylko tych, którzy wiedzą lepiej ode mnie, kogo wolę w łóżku i nawet nie dlatego, że mnie to obraża, tylko dlatego, że to obnaża hipokryzję niektórych osób. Walczą ze stereotypami i szufladkowaniem, a sami patrzą na mnie stereotypowo? Zacytowana przez ciebie wypowiedź mogłaby urazić niejednego drag queen. Mnóstwo z tych artystów to osoby heteroseksualne, a on z automatu wrzucił ich do homowora.

Czyli nie masz nic wspólnego z dragiem? Nie przeczę, że jesteś męski w odbiorze, ale czasem miewasz na sobie kobiece elementy garderoby.
Ale czy miałem kiedyś na sobie sukienkę albo perukę w stylu drag queen? (śmiech) Ja tylko hm... poszerzam modowe horyzonty. Tak to określę. Choć jako że uwielbiam szokować, nie miałbym nic przeciwko przebraniu się za kobietę, gdybym w taki sposób miał wziąć udział w jakimś wyjątkowo ciekawym muzycznym projekcie. Dla jednego teledysku byłem w stanie przefarbować włosy i zupełnie się zapuścić na parę tygodni, więc byłbym gotów i na taką kreację artystyczną. Pomyślę o tym!

Trzymam cię za słowo i mam nadzieję, że się nie wycofasz! A teraz pytanie z serii trudnych... czego James Moore się boi?
Samotności i utraty zdrowia. Panicznie boję się zostać sam, bez osób, dla których mógłbym żyć, ale o tym już wspominałem. Boję się też, że w moim życiu wydarzy się coś, co odbierze mi zdrowie i samodzielność... wierz mi, wolałbym umrzeć niż stać się zależnym fizycznie od drugiego człowieka.

No proszę, na ekranie telewizora wydajesz się niezłomny i odważny, a zauważasz w sobie sporo wad i lęków.
Przecież jestem tylko człowiekiem. Takim samym jak każdy.
ciekawostki
Na koniec trochę luźniejsze tematy! Znalazłam kilka ciekawostek na twój temat. Przeczytam je, a ty powiedz, czy to prawda czy fałsz, okej?

Jasne!

Lubisz rosyjską literaturę i sztukę.
Prawda. Jako gówniarz żałowałem, że nigdy nie będę częścią Chóru Aleksandrowa. Ale to lepiej się stało, bo parę lat temu cały chór zginął w wypadku lotniczym.

Jesteś kociarzem.
Ogromnym! Obecnie mam cztery koty i pewnie na nich się nie skończy.

Jesteś wegetarianinem.
Nie. Większość mięs po prostu mi nie smakuje. Ogólnie unikam ciężkostrawnego żarcia, mam po nim różne... nieprzyjemności. Nie wnikajmy.

Jesteś fanem Queen.
Prawda! Freddie to mój mistrz, a Queen to jeden z najbardziej wartościowych zespołów na rockowej scenie. Dla mnie stosunek do Queen jest testem muzykalności człowieka. Jeśli ktoś mi mówi, że nie lubi lub chociaż nie szanuje ich muzyki, wiem, że mam do czynienia z muzycznym imbecylem.

Jesteś świetnym kierowcą.
Tak mówią. A ja lubię prowadzić, to fakt. Koniecznie z manualną skrzynią biegów, automat zabiera mi połowę frajdy z jazdy.

Panicznie boisz się koni.
Nienawidzę ich! Mój dziadek jako młody chłopak spadł z konia i uszkodził sobie kręgosłup. Do końca życia doskwierał mu ból. Kochany dziadzio przez tyle lat powtarzał małemu Jamesowi, że konie to bezmyślne i głupie kobyły, że wpędził go w akwinofobię. Boję się tych zwierząt, nie ufam im, nie znoszę ich smrodu i wyglądu. Wolałbym, żeby nie istniały.

Jesz jak świnia.
O Boże, prawda! (śmiech) Mam taki paskudny zwyczaj, że opycham się żarciem jak prosię i zdarza mi się wpakować do paszczy tak dużo, że jedzenie wypada mi z ust i pluję nim dookoła. Nie umiem się od tego odzwyczaić... to tyle w temacie uroczego Jamesa, którego kochają fanki!

Jesteś leworęczny.
Prawda.

Jesteś typem sowy.
Tak. Najlepiej myśli mi się w nocy. Chodzę spać bardzo późno i rzadko zwlekam się z łóżka przed południem. Do tego mam płytki i czujny sen, łatwo mnie obudzić.

Nie pijesz kawy.
Owszem, nie lubię jej smaku.

Nienawidzisz whisky.
Za mocne słowo. Raz potwornie się nią strułem i faktycznie, nie jestem wielkim fanem whisky od tego czasu, ale nienawiść to za dużo powiedziane.
#2 (07.05.2016, 23:46 )

karta zaakceptowana!
witamy na forum





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości