welcome to
Yellowlair Oats



#1 (22.12.2016, 02:30 )

[Obrazek: HXsWMdl.jpg]
[Obrazek: _87728224_victoriagate.jpg][Obrazek: ebtGdiA.jpg]
#2 (22.12.2016, 02:32 )
I'm a sell out sensation with a nasty reputation

Długi, grudniowy wieczór był idealnym momentem na wybranie się do wielkiej galerii handlowej w samym sercu miasta i dokonanie ostatnich świątecznych zakupów. Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami, a James nadal nie miał prezentów dla najbliższych - a w każdym razie nie miał wszystkiego, co planował zakupić. Dziewczynki dopiero niedawno napisały swoje listy do Świętego Mikołaja - które swoją drogą okazały się wyjątkowo długie... - więc w zasadzie od niedługiego czasu James i Lauren mieli możliwość kupienia im tego, co sobie wymarzyły. Wokalista zawsze starał się znaleźć dla nich coś od siebie, co powinno wpasować się w ich gust, ale wykraczało poza listę ich życzeń, by miały miłą niespodziankę, ale jednak zawsze bazował na tym, co maluchy wyraźnie sobie zażyczyły i starał się spełnić wszystkie ich zachcianki. Tak było łatwiej. Pozostało mu też kupienie czegoś innym bliskim, zaczynając na ukochanej, a kończąc na kręgu przyjaciół, od Roxanne po Elenę i Iana. O, i może znajdzie się coś dla Aarona? Cholera... tylko co? Kupienie czegoś, co spodoba się kuzynowi, było nie lada wyzwaniem, które dziś brunet zamierzał podjąć, choć wcale nie miał pewności co do powodzenia. Prawie nie znał kuzyna, a w każdym razie nie tego obecnego, który nijak miał się do nastoletniego Aaronka, jaki zapisał się w pamięci Jamesa, więc też nie wiedział, co mu kupić. Niemniej liczył, że pomysł sam się znajdzie, kiedy będą mijać różne witryny sklepowe. A jeśli nie... cóż, mówi się trudno. Kupi mu jakąś zajebiście drogą whisky i kuzyn tak czy siak będzie zadowolony.
James wysiadł z samochodu. Zaparkował w najodleglejszym kącie, na najniższej kondygnacji wielkiego, podziemnego parkingu, by jak najmniej osób zauważyło jego samochód. Nie spodziewał się, że zazna świętego spokoju kiedy wejdzie prosto w ten wielki, przedświąteczny tłum, który przemierzał dziesiątki sklepów, w ostatniej chwili wykupując prezenty dla rodziny i przyjaciół, składniki na świąteczne potrawy czy ozdoby choinkowe. Byłby idiotą, gdyby sądził, że nikt go nie rozpozna i całe zakupy odbędą się anonimowo, ale chciał sobie i Lauren zapewnić tyle spokoju, na ile mogli liczyć - a ukrycie samochodu w ciemnym kącie było pierwszym krokiem. Co prawda pod galerią parkowało całe mnóstwo luksusowych aut, ale sporo osób wiedziało, jakim samochodem porusza się Moore, więc lepiej było się schować. Zapewne jeszcze kilka miesięcy temu nie zdobyłby się na takie wejście w tłum ludzi i bez osobistego ochroniarza, ale odkąd siedział w Yellowlair Oats na co dzień i często przemykał przez tutejsze ulice, tym większe miał wrażenie, że mieszkańcy stopniowo przyzwyczajają się do obecności Jamesa Moore'a w mieście. Wszyscy wiedzieli, że tu mieszka, a jego często spacery z Faustem po mieście pozwoliły oswoić się z widokiem rockmana na ulicy, w sklepie czy turlającego się po parkowych trawnikach w towarzystwie swojego psiaka. Zrobiło się nieco spokojniej. Nadal nie mógł liczyć na pełną anonimowość, bo szarym człowiekiem nie był i zapewne nigdy już nie będzie, ale nie obawiał się ataku ze strony chorych fanek czy dziesiątek par oczu wlepionych prosto w niego i śledzących każdy jego ruch. I całe szczęście! Tylko dlatego wybierając się do centrum miał taki dobry humor.
Jak zawsze rzucał się w oczy niecodziennym, ale niewątpliwie eleganckim wyglądem. Założył zwykłą, czarną koszulkę i wąskie, czarne rurki, ale na tym kończyły się zwyczajne elementy jego ubioru. Na szyi połyskiwały mu dość ciężkie wisiory, narzucone miał na siebie długie, czarne futro (klik c:), na nogach dość ciężkie, skózane kozaki z wysoką cholewą i srebrnymi, zdobnymi klamrami. Włosy nienagannie ułożone, na twarzy mocny makijaż. James jak zawsze.
- Last Christmas, I gave you my heart. But the very next day you gave it away. This year, to save me from tears... - nucił w ślad George'a Michaela, którego głos jeszcze przed chwilą rozbrzmiewał w samochodowych głośnikach. Wysiadł z auta, obszedł je i otworzył drzwi pasażera, usługując Lauren w tej drobnej czynności. Następnie to samo uczynił z tylnymi drzwiami stalowej Panamery i klepnął się w udo, żeby przywołać psa. Zachęcił go jeszcze słowami - Chodź, chodź, Pimpuś! Wysiadamy!
W dłoni miał dla niego przygotowaną smycz. Wprowadzenie psa do galerii handlowej nie powinno stanowić problemu, ale zwierzaka biegającego luzem przy nodze pana ktoś mógłby się doczepić i na to mógł nawet nie pomóc fakt, iż właścicielem tego czworonoga był James Moore. Musiał więc zachować środki ostrożności, nawet jeśli nie lubił krępować swojego pupila smyczą i wcale nie musiał tego robić, zważywszy na wychowanie psiaka. Nie wyobrażał sobie bowiem wejść do zaludnionego centrum zupełnie samotnie, bez jakiejkolwiek ochrony - a za tę właśnie miał Fausta.
.
#3 (22.12.2016, 03:26 )

Lauren z prawdziwą niecierpliwością czekała na dzień, w którym wybiorą się do centrum handlowego po świąteczne zakupy. To niby nie było nic szczególnego. Niby blondynka robiła takie zakupy od lat, rok w rok, chcąc obdarować ukochane osoby prezentami. Ale za każdym razem to było wyjątkowe. Uwielbiała klimat Bożego Narodzenia i chociaż to było trochę kiczowate i przesadzone, to zawsze mu się poddawała i jak szalona obwieszała łańcuchami, lampkami czy bombkami wszystko, co się da i chciała znaleźć dla najbliższych jak najlepsze prezenty. Zawsze wszystko kupowała od serca i nad każdym prezentem umiała zastanawiać się godzinami. Namyślała się, analizowała, przypominała sobie jak bliscy wspominali, że czegoś im brakuje czy coś by sobie chętnie kupili... traktowała to naprawdę w wyjątkowy sposób. Wszystkie święta więc były dla niej inne i niepowtarzalne.
Ale żadne nie mogły równać się z tegorocznymi! Lauren przez cały grudzień czekała z niecierpliwością i im bliżej było do Bożego Narodzenia, tym mocniej coś ją skręcało z tej niecierpliwości. To był pierwszy rok w rodzinie Moore'ów. Pierwszy raz miała przeżyć Boże Narodzenie nie jako beznadziejnie samotna dziewczyna, która spędzi ten magiczny dzień z kotem na kolanach i przed telewizorem albo z mamą czy dziadkami. W te święta miała wejść jako żona i matka... i to nie jednego malucha, a od razu trójki! Mary i Maijsa zaczęły ją traktować jak prawdziwą matkę, a ona była z tego powodu przeszczęśliwa i chciała im podarować najlepsze święta w ich życiu. Takie, jakich nigdy dotąd nie przeżyły. Starała się jak mogła. Myślała, że to niemożliwe, ale po wykupieniu prawie całego sklepu z ozdobami świątecznymi udało jej się przyozdobić w bożonarodzeniowym stylu całą ich wielką willę wewnątrz i na zewnątrz tak, że kiedy ktoś przejeżdżał nocą przez Auerate Avenue, ta na co dzień piękny, ale stonowany, niby toskański pałac wyglądał jak lunapark z figurkami uśmiechniętych reniferów w ogrodzie. W salonie stała ogromna choinka, a z kuchni docierały do nosów piękne zapachy świątecznych potraw, które Lauren próbowała przygotować sama, ale w końcu i tak w kuchni tylko przeszkadzała, a wszystko pichciła jej babcia. Chcąc dodać do świąt coś od siebie, starała się przygotować je nie tylko w angielskim, ale też w rosyjskim stylu, żeby urozmaicić angielską tradycję tym, co wyniosła z własnego domu, gdzie jej dziadkowie bardzo pilnowali tradycji przywiezionych z ojczystego kraju. Na świętowanie 7 stycznia oczywiście nie mogła liczyć (choć i wtedy zamierzała zrobić jakąś miłą uroczystość), ale udało jej się podłączyć pod Boże Narodzenie parę potraw i tradycji ze Wschodu: w kuchni za sprawą jej babci pojawiały się racuchy, bliny, pierogi, kompot z suszu, a w wielu miejscach willa została ozdobiona prawdziwymi gałązkami świerka, kilka innych drobiazgów czekało na dzień świętowania.
I chciała się też wykazać dzisiaj, kupując prezenty. Nie mogła się doczekać tego dnia! Chociaż pojechali do centrum większym samochodem, który został głównie przypisany jej i prawie tylko ona siadała za kierownicą, dziś zajęła miejsce pasażera w obawie, że z niecierpliwości zrobi coś głupiego. Zachowywała się trochę jak dziecko, które z podekscytowania wręcz przebiera nogami.
Gdy wreszcie dojechali i kluczyli po parkingu w poszukiwaniu ustronnego miejsca, Lauren miała ochotę wywalić Jamesa z auta i wepchać się za kierownicę, żeby szybciej gdzieś zaparkować.
- Jeśli po zakupach znajdziemy auto szybciej niż w godzinę, to będzie wielki sukces - stwierdziła widząc, gdzie jej ukochany parkuje. Lecz nie protestowała, gdyż wiedziała, że znalezienie odosobnienia to najlepszy możliwy pomysł. Spodziewała się, że z Jamesem w centrum handlowym może być ciężko. Nieraz wyskakiwała na zakupy z Eleną albo Roxanne i już wtedy zawsze musiało znaleźć się sporo osób, które się za nimi obejrzały i dało się słyszeć ciche "patrz, panienki Moore'a i Blackmore'a idą!". Z Jamesem w takim miejscu jeszcze nigdy nie była, ale po tym, co widziała, gdy razem kilka razy pojechali do teatru, juz wiedziała, czego może się spodziewać. Ale i tak miała wyśmienity humor i nawet spotkanie z fankami Jamesa wcale jej nie przerażało! Świąteczny nastrój udzielał się wszystkim, więc może i to okaże się wyjątkowo miłym doświadczeniem?
Wysiadła z auta, kiedy James otworzył jej drzwi... nie, ona wyskoczyła jak na sprężynach. Poprawiła odrobinę ubranie. Ubrała się jak zwykle podobnie do Jamesa, dopasowując się do jego stylu ubioru: miała na sobie czarne futro z długiego, mięciutkiego włosia, czarne rurki, prostą bluzkę z dekoltem i również czarne botki ze skóry i ze srebrną klamrą, ale na wysokim obcasie. Wyglądała trochę jak żeńska kopia Jamesa, wyłączając dużo lżejszy makijaż i burzę jasnych włosów. Z ramienia zwisała jej skórzana torebka na srebrnym łańcuszku, a włosy ułożone miała w miękkie, luźne fale (, ). Zerknęła na siebie w szybie samochodu, gdy zamknęła drzwi. Makijaż nie wymagał poprawek, więc tym lepiej.
- This year, to save me from tears, I'll give it to someone special... - zawtórowała Jamesowi w piosence, doskakując do niego i uwieszając się dosłownie jego ramienia Dodała zniecierpliwiona. - Chodźmy już!
Rozejrzała się po okolicy. Nawet na parkingu było mnóstwo ozdób choinkowych, a w wieczornym mroku wszelkie lampki świeciły się pięknymi kolorami. To robiło wrażenie.
- Jak ślicznie! - zachwyciła się. Jak dziecko, jak dziecko!
#4 (22.12.2016, 22:56 )

Faust też bardzo cieszył się z nadchodzących świąt. Nie miał zielonego pojęcia, o co w tym chodzi, ale i tak bardzo się cieszył! Q domu panowała miła atmosfera, były fajne ozdoby, które dało się zerwać i zniszczyć w zabawie... żyć, nie umierać! I ludzie też byli jacyś weseli, jakby czekali na coś dobrego! Faust pierwszy raz w życiu przeżywał coś takiego. Gdy mieszkał z policjantem - opiekunem, nie obchodzili świąt wcale. Z Jamesem w ubiegłym roku natomiast też nie było tak wesoło, bo nie urządzali w domu świąt, tylko muzyk zapakował do samochodu jego i dzieci i pojechali do rodziny Iana, na gotowe. Także psiak doświadczał czegoś zupełnie nowego dla niego i ciekawego.
Siedział na tylnej kanapie auta, chociaż wcale mu się tam nie podobało! Jego pan najczęściej poruszał się dwuosobowym autem i to on siedział obok niego na miejscu pasażera. Do tego się przyzwyczaił. Niemniej skoro trzeba było posadzić tyłek z tyłu, to posadził i czekał, aż dotrą na miejsce. Zniecierpliwienie Lauren podburzało i jego, aż Faust nie mógł się doczekać, aż dojadą... dokądkolwiek się wybrali! Na miejscu wyskoczył z samochodu, gdy James otworzył drzwi i wydał mu poleceniem. Stanął przy jego nodze i zamerdał ogonem, podniósłszy wzrok na właściciela.
No, wysiadłem! To gdzie idziemy?
#5 (23.12.2016, 20:45 )
I'm a sell out sensation with a nasty reputation

Lauren była tak zaaferowana nadchodzącymi świętami, że James od paru dni obserwował ją z narastającym rozbawieniem i po cichu porównywał ją z Maijsą i Mary, które - jak to dzieci - szybko poddały się przedświątecznemu nastrojowi i teraz odliczały dni (a może nawet godziny?) do Bożonarodzeniowego obiadu i jakże wyczekiwanego przez nie dorwania się do prezentów. Tak, Lauren zachowywała się podobnie, choć nie czekała na konkret w postaci lawiny kolorowych paczek pod choinką, ale na sam dzień święta i zdaje się, że same przygotowania do Bożego Narodzenia dawały jej równie wielką frajdę, co ten zbliżający się wielkimi krokami 25 grudnia. Nie mogła usiedzieć w miejscu i ciągle wpadała na kolejne pomysły nadania willi świątecznego klimatu, na nowe potrawy, wyciągała jakieś ciekawostki na temat rosyjskiego Bożego Narodzenia... nakręciła się jak szalona, a James śmiał się po cichu z jej infantylnego nieco zachowania. Miło było widzieć, że jej twarz wręcz dwadzieścia cztery godziny na dobę rozpromienia szeroki, szczery uśmiech, a jasne oczy błyszczą się wesoło przy realizacji kolejnego świątecznego pomysłu, ale był tym już zmęczony. Ale czy powinien się dziwić? Starała się, żeby te święta były najlepsze na świecie. To miały być pierwsze takie święta w ich życiu, gdy tworzyli rodzinę i chcieli we własnych czterech ścianach odwzorować niepowtarzalny klimat tego szczególnego święta. James nigdy dotąd tego nie robił. W rodzinnym domu tradycję miał okrojoną do absolutnego minimum i po świątecznym obiedzie zwykle uciekał do siebie lub - jak często się zdarzało - szedł do radia, żeby pracować na antenie, gdy inni brali wolne i spędzali święta z bliskimi. Po wyprowadzce z rodzinnego domu natomiast albo w święta wybierał się do Iana, gdzie zawsze drzwi stały przed nim otworem, albo w ogóle ich nie obchodził, bo znów pracował. Ewentualnie siedział w domu sam, w towarzystwie kota i oglądał telewizję przy szklaneczce whisky. I teraz, gdy już czas oczekiwania na Boże Narodzenie wyglądał skrajnie inaczej niż jego dotychczasowe doświadczenia, sam pozwolił się nieco porwać temu świątecznemu klimatowi - ale nie do tego stopnia, co jego ukochana. Śmiał się z niej po cichu, ale i tak uważał, że to będą najlepsze święta w jego życiu. Szkoda, że musiał czekać na nie całe ćwierć wieku...
Pochylił się nad Faustem i przypiął mu smycz do szelek, które psiak miał na sobie. Zajrzał przy tym do kieszonki, którą miał naszytą na materiał szelek. James miał zwyczaj chować tam jakieś wartościowe drobiazgi, bo przy Fauście były najbezpieczniejsze na świecie - dziś wsunął do środka złożone w kostkę listy do Mikołaja, które wysmarowały dziewczynki. Dobrze, znajdowały na swoim miejscu. Na szczęście, bo gdyby zapomnieli je zabrać, to musieliby wracać się do domu. James nie pamiętał niczego z tej listy.
- Dobra, chodźmy już, bo zaraz się tu zapalisz z radości - zaśmiał się, patrząc na wariacko rozentuzjazmowaną Lauren. Zatrzasnął tylne drzwi auta i zamknął go pilotem, chwycił smycz Fausta ruszył do wyjścia z parkingu i pokierował się ku głównemu wejściu do centrum.
.
#6 (23.12.2016, 20:59 )

Lauren w przeciwieństwie do Jamesa wszystkie święta w swoim życiu pamiętała jako szczęśliwe i udane. Pod tym względem miała więcej szczęścia niż ukochany, ale i tak to zbliżające się Boże Narodzenie traktowała jako coś wyjątkowego i jeszcze większego od wszystkiego, co przeżyła do tej pory. Pierwszy raz w życiu mogła nazwać siebie szczęśliwą, tak w całości. Miała wszystko, czego zawsze chciała i czuła się... kompletna, o. Spełniona. To były najlepsze słowa na określenie jej obecnego samopoczucia i statusu życiowego. I to miały być pierwsze święta w takim momencie żywota: z dziećmi, mężem, którego kochała najbardziej na świecie, w wielkim, przepięknym domu, który pachniał świątecznymi wypiekami, a we wszystkich kątach połyskiwały świąteczne ozdoby i świąteczny klimat dało się wyczuć nawet w jego najodleglejszych zakątkach. To było coś niesamowitego! James miał rację, gdy porównywał blondynkę z dziewczynkami, bo faktycznie zachowywała się trochę dziecinnie, ale to właśnie zawsze uważała za istotę świąt: jakieś dziecinne oczekiwanie na tę wymarzoną wieczerzę, prezenty i radowanie się z widoku lampek migających na choince. To było coś absolutnie niezwykłego, co przeżywa się tylko raz do roku i w obliczu tego jednego święta Lauren nie chciała zachowywać udawanej powagi. W tym niezwykłym czasie dawała ponieść się chwili i wcale tego nie żałowała!
Faust wyskoczył z samochodu, a Lauren przykucnęła przed nim i złapała w dłonie jego długi, szczupły pysk, tarmosząc go po kudłatych policzkach i uszach. Tak rozpierała ją pozytywna energia, że dziewczyna miała ochotę wręcz wytarmosić wesołego psiaka z radości! To było dość nietypowe, że pies miał im w tym towarzyszyć, ale Lauren domyślała się, że James nie wyjdzie bez niego z samochodu, więc nie protestowała, kiedy zawołał go do auta przed wyjazdem z domu. Zresztą jemu w kontekście zabierania psa w różne miejsca zawsze było wolno więcej niż przeciętnym śmiertelnikom. Do niektórych lokali czy sklepów szarym obywatelom nie pozwalano wprowadzać psa, jemu za to nikt nigdy nie zwrócił uwagi, bo nikt nie chciał zrobić złego wrażenia na gwieździe. Z tego powodu obecność Fausta na pewno nie pokrzyżuje im planów wejścia do niektórych sklepów, więc dlaczego mieli go ze sobą nie zabrać?
- Idziemy kupować prezenty, misiaku! - roześmiała się do owczarka i podrapała go jeszcze za uszami, pocałowała w środek kudłatego czoła i podniosła się. Przytuliła się lekko do Jamesa i razem z nim ruszyła najpierw ku wyjściu z parkingu, a później na górę, przed wielki budynek galerii, zmierzając do głównego wejścia. - Zobaaaaacz...
Aż zachłysnęła się powietrzem na widok niesamowitych ozdób świątecznych, które rozjaśniały budynek galerii. Na ścianach dziesiątki, ba, setki, a może tysiące kolorowych, ułożonych według barw lampek migało w jednostajnym ruchu - najpierw srebrne, później złote, czerwone... aż ściany rozbłysnęły wszystkimi barwami, które kojarzą się z Bożym Narodzeniem. Wokół wejścia spleciono metry złotych i srebrnych łańcuchów, formując je w fantazyjne sklepienie nad drzwiami. Lauren nie mogła się doczekać, aż zobaczy, jak urządzono wnętrze galerii.
Chwyciła Jamesa za ramię i zaczęła ciągnąć, żeby szybciej weszli do środka, ale w połowie drogi zmieniła kierunek i pociągnęła go bardziej w bok. Zauważyła, że na jednej z równie pięknie i bogato przystrojonych lamp, które oświetlały otoczenie budynku, zawieszono jemiołę.
- Zobacz, świąteczna jemioła! - rzuciła radośnie, gdy udało jej się zaciągnąć tam Jamesa, a później, żeby tradycji stało się zadość, wręcz przykleiła się do niego, zarzuciła mu ręce na szyję i mocno pocałowała. Wokół było mnóstwo ludzi, którzy wchodzili lub wychodzili z wielkiego budynku galerii handlowej, ale Lauren wcale nie przejmowała się ich obecnością.
#7 (23.12.2016, 21:33 )
Kobieta - żona, przyjaciółka, kochanka, matka i sportowiec w 1!

Elena właśnie podążała w wielką wyprawę po ostatnie świąteczne zakupy, które musiała tym razem wykonać w samotności. Jej mąż nie dawał jej się wymknąć samopas, żeby móc podpatrzeć, co ewentualnie dziewczyna kupi mu na święta, ale ostatecznie skapitulował i postanowił nie deptać jej po piętach. Chociaż i tak szatynka miała wątpliwości, czy nie postanowił jej trochę szpiegować i nie wywęszyć cichcem, co też ona wybierze dla niego w te ich pierwsze święta. Miał też się gdzieś wybrać, ale wiadomo to, co takiemu wariatowi przyjdzie do głowy? Ian bywał czasem nieobliczalny i za to go w głównej mierze też darzyła sympatią, ale mimo wszystko czasami patrzyła na niego podejrzliwie, jakby się spodziewała jakiegoś dziecinnego psikusa albo podstępu. Był wesoły i szalony, ale w tym wypadku musiał zostawić ją samą w podboju centrum i dać jej święty spokój, pozostawiając swoje cztery litery w innym miejscu. Lubiła z nim spędzać czas i dotychczasowe zakupy były najmilszymi w jej życiu, ale chciała mu zrobić niespodziankę i znaleźć coś, co będzie mu odpowiadało, a więc zanosiło się na poszukiwanie różnych zabawnych prezentów, jak coś, co mogłoby straszyć, albo rozśmieszać, jak koszulka z porąbanym napisem... z tym mógł być drobny problem, ale w końcu wpadła na plan B, który zakładał, że jeśli nie będzie w stanie odszukać niczego idealnego, na widok którego krzyknie w duchu "O TAK! MAMY TO!", to po prostu kupi mu jeden z typowych, acz zabawnych sweterków bożonarodzeniowych, na który będzie patrzył przez cały rok z uśmiechem szerokim niczym banan. Nie kochała go taką miłością, jaką powinno się darzyć męża, ale był to rodzaj silniejszego uczucia niż przyjaźń, w dodatku w tym momencie nie miała już innych perspektyw na życie, bo miłość jej życia wybrał inną, więc skoro już tak wyglądało jej życie, to chciała je uczynić tak dobrym, jak mogła, bez pełni szczęścia w postaci wymarzonego męża. I tak właśnie podjechała swoim niebieskim Volkswagenem Scirocco mk4, który okazał się wręcz idealnym dla niej autem, bo nie potrzebowała wielkiej krowy, rzucać się w oczy też nie chciała, więc jakaś specyficzna marka kompletnie nie wchodziła w grę, a poruszanie się nawet po małym Yellowlair Oats było dla niej prawdziwą przyjemnością, kiedy miała całkiem zgrabne autko. Nie przywiązywała też przez to większej wagi do tego, by parkować w jakimś ustronnym miejscu, bo i po co, prawda?
Ruszyła energicznym krokiem ku wejściu do galerii, zacierając wręcz ręce z uciechy. Miała w planach jeszcze rozejrzeć się za paroma rzeczami, ale jednak kupowanie prezentu Ianowi sprawiało jej największą radość. Elyon już była obkupiona prezentami po uszy, więc akurat tę osobę miała już z głowy, ale inni? Warto było zerknąć, czy nie ma czegoś ciekawego jako nawet mały, ale cieszący bliskich dodatek. Już skręciła ku wejściu i pewnie od razu by tam weszła, przyglądając się cudownie przyozdobionemu wejściu, gdyby jej wzrok nie padł na lampę i osoby pod nią stojące. Wszędzie by rozpoznała tę szczupłą blondynkę, wielkiego nietoperza i Fausta. Poczuła nieprzyjemne uczucie smutku, kiedy tak na nich patrzyła i wyobrażała sobie, że to ona mogła być teraz przy tym niesamowitym chłopaku, ale jakiś czas temu pogodziła się z rzeczywistością i stosunkowo szybko odsunęła od siebie emocje, nakazujące jej ucieczkę od osób, które przecież lubiła. Nie udało się, ich drogi się rozeszły, należało żyć dalej. Pokręciła głową z niedowierzaniem i uśmiechając się lekko, by dodać sobie otuchy, skręciła w ich stronę.
- Nie do wiary, nawet tutaj? Może poczekajcie z dalszym ciągiem na waszą sypialnię? - kiedy już była blisko nich zaśmiała się w powitaniu, bardzo dobrze maskując humor nie do końca zgodny z tym okazywanym. Nie chciała dać niczego po sobie poznać, była dorosłą kobietą, która z godnością ponosi konsekwencje swoich czynów. Nie zamierzała zamieniać się w dziecko.
#8 (23.12.2016, 22:12 )
I'm a sell out sensation with a nasty reputation

Gdy Lauren wyraziła wielki zachwyt nad ozdobami bożonarodzeniowymi, które zawisły na całym budynku galerii, James podniósł głowę i zmierzył wzrokiem morze świecących radośnie lampek i splecionych z wielkim pietyzmem łańcuchów, które wyglądały niczym wyrwane z bajki o świątecznym charakterze. Do dopełnienia piękna tego obrazka brakowało jedynie gór śniegu wokół, bo tego - oczywiście jak co roku - wcale nie było i James nie spodziewał się, by miał spaść w najbliższym czasie. No, może na Sylwestra, na jeden dzień, żeby jak co roku wkurzyć sylwestrowiczów swoją obecnością i pokrzyżować i plany szybkiego i łatwego przemknięcia z domu do miejsca zabawy. Ale i tak było ładnie, choć Jamesowi daleko do zachwycania się głupimi ozdobami tak, jak robiła to właśnie jego "ukochana". Uważał święta Bożego Narodzenia za cholernie kiczowate, prawie tak samo jak groteskowe wręcz w sposobie obchodzenia Halloween i musiał rzecz jasna przyznać, że zestawienie barw lampek, łańcuchów czy pomysł na takie konkretne przystrojenie galerii był naprawdę dobry i fajnie się prezentował, ale... bez przesady. To mogło być miłe dla oczu, ale nadal pozostawało kiczem w najściślejszym tego słowa znaczeniu.
- Znalazła się fanka teatru i innej sztuki wyższej, która zachwyca się ozdobami świątecznymi jak siedmiolatka - burknął. W przypadku Lauren taki zachwyt wyglądał naprawdę dziwacznie, zupelnie to do niej nie pasowało...
Zdawał sobie sprawę, że Lauren może zrobić coś durnego, bo zachowywała się, jakby czymś się naćpała przed wyjściem do tego centrum handlowego, a zdarzało jej się zachować w tak rażąco infantylny sposób, gdy była taka wesoła, że wolał patrzeć na nią uważnie i pilnować jej poczynań. Oczywiście w praktyce niełatwo było nad nią zapanować i kiedy zaczęła ciągnąć go pod tę jemiołę, nie zdążył na czas zareagować. Zanim się obejrzał, stali oboje centralnie w świetle ulicznej lampy, a Lauren rzuciła się na niego i przyssała mu do ust w sposób, jakiego nie powstydziłby się żaden glonojad. Och, na miłość boską! W takim miejscu? Naprawdę? Tradycja z jemiołą była na swój sposób urocza, ale nie w miejscu publicznym, gdzie znaleźli się właśnie na oczach dziesiątek, a może nawet i setek ludzi. Przed wyjazdem obiecywali sobie, że zrobią wszystko, by nie zwracać za bardzo uwagi ludzi i ograniczać wybijanie się z tłumu do minimum - choć nie było to łatwe, bo samym swoim wyglądem wokalista wyróżniał się na pierwszy rzut oka - a teraz coś takiego? James był pewny, że przelizaniem się pod jemiołą zwrócą uwagę wszystkich dookoła i przy okazji całe mnóstwo osób ich rozpozna. Wspaniale!
- Lauren, co ty... - zdążył tylko powiedzieć, zanim zatkała mu usta swoimi własnymi. Położył jej ręce na ramionach i próbował od siebie odepchnąć, żeby nie kontynuować dalej tego przedstawienia, ale uczepiła się go jak dzikie zwierzątko i nie był w stanie oderwać jej tak, by nie robić dodatkowej szopki. Poddał się więc i grzecznie, a zarazem dość biernie przyjmował jej czułości, czekając, aż to się wreszcie skończy. 
I nagle pojawiło się wybawienie, ale... cholera, dlaczego takie! Wybawienie w postaci Eleny, która pojawiła się niespodziewanie i choć James ucieszył się, że ktoś im przerwał to żałosne przestawienie, to poczuł wewnątrz jakieś nieznośne ukłucie poczucia winy na myśl, że to właśnie ona ich nakryła na całowaniu pod jemiołą. Tak bardzo nie chciał pokazywać jej się w tego typu sytuacjach z Lauren, tak bardzo by chciał, żeby to ona znalazła się na jej miejscu! Gdy James usłyszał jej głos, stało się to dla niego pretekstem, żeby trochę gwałtowniej odsunąć od siebie Lauren i nie robić im przy okazji wstydu tym zachowaniem. Chwycił ją dłońmi za policzki i odsunął od siebie jej twarz. 
- Elena, my nie... - zaczął, ale zdał sobie sprawę że odruchowo usiłuje tłumaczyć się Eli z pocałunku z Lauren, czego w ich obecnej sytuacji absolutnie robić nie powinien. Urwał wpół zdania, zmieniając tor swych słów. - Daj spokój, to nie ja! Lauren zachowuje się, jakby w nią jakiś diabeł wstąpił! - rzucił do szatynki, czując jakąś nieprzepartą potrzebę wytłumaczenia się szatynce. - Mamy w domu żywą choinkę, która wali na cały salon, nie wiem, może nawdychała się jej zapachu i ją odurzył...
Przeniósł na Elenę wzrok. Boże, jak ślicznie wyglądała...
- A ty co, też na poszukiwanie prezentów? - dodał. Jasna cholera - mogła wybrać się do galerii w każdej chwili. Ale nie, musiała tego konkretnego dnia, o tej konkretnej porze, kiedy oni. Musiała ich zobaczyć. Musiała sobie coś pomyśleć. Ich związek był przegraną sprawą, ale... kurwa mać! James miał ochotę rzucić wiązanką przekleństw, że to właśnie ona ich zobaczyła w tym momencie!
.
#9 (23.12.2016, 22:30 )

No cóż. James rzeczywiście przywiązywał sporą wagę do krycia się przed tłumami klientów galerii i wcześniej umawiali się, że postarają się przemykać gdzieś bocznymi uliczkami, coby nie ściągnąć na siebie zbytniej uwagi, ale Lauren w przeciwieństwie do niego nie czuła aż tak ciężaru jego popularności i nie pilnowała się tak na każdym kroku, a czasem się zapominała i robiła coś, czego nie powinna, co zwracało na nich uwagę. Też doświadczyła nieprzyjemności czy niechcianego zainteresowania pojedynczych osób w tłumie, które rozpoznały jej twarz z jakichś głupich portali plotkarskich, w których pojawiała się na zdjęciach, zawsze u boku Jamesa. Ale to było nic w porównaniu, jakie zainteresowanie ludzi ściągał na siebie on, gdy wychodził z domu, więc jej nieodpowiedzialne nieco zachowania były jak najbardziej usprawiedliwione!
Tak jak obecne, gdy na widok jemioły zachciało jej się romantycznych tradycji świątecznych i siłą zaciągnęła Jamesa pod lampę, żeby go pocałować pod tą jemiołą. Nie pomyślała, że wokół jest mnóstwo ludzi i zwróci ich uwagę, ale... była zdania, że wcale nie powinni się tym przejmować! Trudno, zobaczy ich kilka osób i tyle, i tak by ich przecież zauważyli, prawda? Dlatego Lauren nie przejęła się, gdy James próbował ją od siebie odsunąć i zamiast sobie dać spokój, jeszcze mocniej objęła go rękami i wpiła się ustami w jego usta. Nie zamierzała robić jakiegoś długiego przedstawienia, ale przecież jeden mały pocałunek nie zaszkodzi, prawda?
Wtem usłyszała głos Eleny i James w końcu skutecznie ją od siebie oderwał, bo tym razem mu się nie opierała. Na jej twarzy oczywiście od razu wykwitł wielki uśmiech, gdy zobaczyła przyjaciółkę i zaśmiała się wesoło najpierw z jej słów, a potem ze stwierdzenia Jamesa. Tak, zachowywała się trochę, jakby zapach choinki ją odurzył i właściwie trochę się tak czuła. Ale to było bardzo pozytywne odurzenie, takie przedświąteczne wariactwo, które wprowadzało w wyśmienity humor. Lauren była absolutnie pewna, że dziś nie istniała żadna siła, która jest w stanie popsuć jej ten cudowny nastrój. Jak dziecko, jak dziecko!
- Tak, tak, Elena - wtrąciła. - James jeszcze tego nie wie, ale naćpałam się choinką i postanowiłam dodać pikanterii naszemu życiu seksualnemu. Znam tu taki fajny, oblegany przez ludzi sklep z ciuchami... wiesz, mają tam takie fajne, duże, naprawdę wygodne przebieralnie...
I poruszyła sugestywnie brwiami, dając przyjaciółce jasno do zrozumienia, po co zamierza Jamesa do takiej przebieralni zaciągnąć. Oczywiście długo nie wytrzymała i roześmiała się, bo żadnych takich planów nie miała. Choć to byłoby interesujące doświadczenie... i nawet pasujące do nich, bo nie potrafili nad sobą panować, gdy byli razem.
Uspokoiła się szybko i gdy później przemówiła, to już normalnym tonem. Nadal bardzo pogodnym, ale śmiech już nie cisnął jej się tak na usta.
- Bo my właśnie po prezenty jedziemy. Prawie nic jeszcze nie kupiliśmy. Dziewczynki niedawno napisały swoje listy do Świętego Mikołaja, więc dopiero teraz mamy jak wydać fortunę w sklepach z zabawkami - dodała do słów Jamesa i zwróciła się do ukochanego, przenosząc na niego wzrok. - Właśnie. Zabrałeś chociaż te listy? Bo jak nie, to chyba cię zabiję.
Nieplanowany powrót do domu po te listy życzeń Mary i Mai wcale jej się nie uśmiechał. Ona chciała już, teraz, zaraz rzucić się w wir przedświątecznych zakupów!
#10 (23.12.2016, 23:24 )
Kobieta - żona, przyjaciółka, kochanka, matka i sportowiec w 1!

Szatynka, podobnie zresztą jak i Lauren, nie miały jeszcze okazji doświadczyć tak bardzo dobitnie ciężaru rozpoznawalności, jak to odczuwali James i Ian, chociaż zdaniem Eli blondyn był w tym temacie dość wyluzowany, bo rzadko kiedy zdobywał się na unikanie zaciekawionych spojrzeń. On ogólnie miał dość luźne podejście do tego, kim był i chociaż w zwykłej codzienności było to całkiem dobre, to zawsze, kiedy w grę wchodziła trasa i pakowanie się w większe grono fanek ich obecnie nieistniejącego już zespołu nie ruszyłby się bez żadnej ochrony. Miała już kiedyś potężne doświadczenie odnośnie ich siły rażenia, kiedy zalegały pod willą i było wówczas ogromne zamieszanie. Te dziewczyny były nieobliczalne i ciężko było przewidzieć, co postanowią wywinąć, dlatego kiedy należało zapewnić sobie bezpieczeństwo, zawsze je miał. I Elena dzięki temu była dużo spokojniejsza, kiedy wiedziała, że takie spotkanie nastąpi, bo już widziała, że ich ochroniarze potrafili jakimś cudem powstrzymać tę płaczącą, wyjącą, krzyczącą i rzucającą się masę.
Ale kiedy sama szła do centrum handlowego, w którym przebywali zwykli ludzie, być może niespecjalnie interesujący się życiem prywatnym gwiazd, nie miała oporów przed zachowywaniem się jak zwykle, bez przemykania ciemnymi uliczkami i unikania zainteresowania innych, dlatego teraz nie omieszkała podejść do swoich przyjaciół i zwrócić na siebie ich uwagę.
- Właśnie widzę - odparła nieco zaczepnym tonem - Lauren, daj mi tego trochę, powariuję z tobą!
O tak, Elena chętnie by się czymś naćpała, by nie przeżywać zbytnio przebywania w towarzystwie mizdrzącej się do Jamesa i wieszającej się na nim Lauren, ale nie miała zamiaru szaleć na równi z blondynką i kwiczeć z uciechy na widok każdej ozdoby choinkowej. Święta były takim czasem, kiedy beztroskie zachowanie było usprawiedliwione, a skoro tak, to mogła sobie pozwolić na odrobinę dziecięcej uciechy, nie przejmując się niczym, choć szatynka była zdania, że wariactwo bez żadnych granic nie mogło być usprawiedliwione absolutnie niczym. To było uciążliwe i chociaż na razie dziewczyna jeszcze nie znała rozmiaru tego szaleństwa, to już wydawało jej się to przesadą, szczególnie to, jak Lauren odniosła się do Jamesa w temacie list prezentów dla dziewczynek. To było wręcz absurdalne, bo jakie to miało znaczenie, czy on sam wróci się do willi, czy pojadą razem? I tak zakupy ich nie ominą, a to nie było nic złego, zapomnieć o listach, kiedy miało się na głowie dużo innych spraw do załatwienia tego samego dnia. Ale jak widać to nie miało znaczenia, lepiej było nafukać i robić z siebie wariatkę... W tym momencie Elena miała poważny dylemat, czy dobrze zrobiła pozwalając na to, by oddać bruneta Lauren bez walki, bo a nuż przez to wpakował się w bagno...?
Zaśmiała się słysząc o sklepowej przebieralni, co Lauren mogła uznać za wesoły śmiech, ale była pewna, że jeśli James zwrócił uwagę na sposób, w jaki to zrobiła zauważy, że to było zagrane. Wiedziała, że ten chłopak potrafił lądować z kobietami w przeróżnych miejscach, ale aż niesmaczne było dla niej to, że jego żona może nie móc wytrzymać i planować ewentualne zbliżenie w przebieralni... To było wręcz karygodne, zero przyzwoitości i nawet jeśli gdzieś by im się to zdarzyło, to nie powinno wychodzić od niej. Czy prywatność i komfort już w ogóle się dla niej nie liczyły? Dla niej takie zachowanie było wcale nie lepsze od klubowej dupodajki, ale cóż... Nie jej to w tej chwili oceniać, prawda?
- Ach tak? Uważajcie, bo nie daj Boże ktoś was nakryje na sprawdzaniu, jak nowa bielizna sprawdza się w użyciu - zażartowała, niby to lekko, po czym dodała - Tak, wreszcie wyrwałam się z macków pana gitarzysty i dał mi wybrać się samopas po prezent dla niego, bo przecież od tygodnia chodzi za mną krok w krok i wiecznie wszędzie ze mną, bo a nuż chcę mu coś kupić i on koniecznie chciał wiedzieć, co. Ale udało mi się go dzisiaj spacyfikować i uziemić w domu, chociaż cały czas mam wrażenie, że może zechcieć zamienić się w detektywa i mnie śledzić, bo stwierdził, że może też się gdzieś wybierze coś kupić.





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości