welcome to
Yellowlair Oats



#1 (24.12.2016, 04:39 )


#51 (20.06.2022, 22:57 )
you're not mentally sick, you're just unique!

Cieszyło go, że mimo wyraźnych trudności Evelyn stara się wygłaszać swoje opinie i rozwijać tematy, które wynikały z rozmowy - Marshell zaczął z wolna oswajać się z jej zaskakującą nieśmiałością, przyjął już do wiadomości, że coś zmieniło zachowanie dziewczyny, więc cieszył się każdym przejawem odwagi, gdy ta mówiła o swoich przemyśleniach i próbowała przełamać swoją niepewność w mowie. Nadal intrygowało go, co mogło się stać, że Evie tak bardzo się zmieniła, ale uważał, że byłby ostatnim kretynem, gdyby teraz zadał takie pytanie. Ledwie usiedli przy stoliku i zaczęli sączyć kawy, stara przyjaciółka czuła się ewidentnie nieswojo i brakowało jej pewności siebie, więc jak głupim posunięciem byłoby ze strony Marshella zapytać, co się stało, że jest taka nieśmiała?
Nie chciał sprawdzać!
Mógł za to sporo wywnioskować ze szczątkowych informacji, które dziewczyna mu podała. Szkoła średnia była dla niej straszna, miała też spore problemy z rodzicami... to wszystko mogło wpłynąć na nią tak szkodliwie. Liczył, że będzie miał okazję dowiedzieć się szczegółów; że ta nowa Evie obdarzy go takim zaufaniem, by wyznać, co dokładnie - nie ogólnikowo - tak ją skrzywdziło. Ale na wszystko przyjdzie czas.
- To prawda... przykro jest patrzeć na osoby, które popadły w obsesję zdrowego życia i odmawiają sobie wszystkich przyjemności. Nie mówię, że zachowanie rozsądku w trybie życia jest złe, bo brakiem umiaru można sobie zrobić krzywdę, ale dobrze jest od czasu do czasu pozwolić sobie na więcej. Kurczę, co to za życie, gdy człowiek odmawia sobie wszystkiego, co się da? Nikt nam nie gwarantuje, że podczas spaceru nie spadnie nam cegła na głowę - odrzekł, przyznając dziewczynie rację, bo jej podejście wydawało mu się zdecydowanie bardziej zdroworozsądkowe niż to, które czasem prezentowały jego zdrowo żyjące ciotki w średnim wieku. - Trzeba korzystać z życia, bo nie wiadomo, kiedy się skończy! I wiesz co? Też jestem zdania, że zamienniki nie mogą równać się smakiem z niezdrowymi oryginałami.
Ostatnie zdanie dodał niemalże konspiracyjnym tonem, trochę żartem, ale naprawdę tak uważał. Zamiennik zawsze jest zamiennikiem i nigdy nie będzie idealną kopią oryginału - z zasady czymś się różni. Zamienniki części samochodowych nie są sygnowane przez autoryzowanego producenta, bo choć stworzone identycznie, pochodzą z innych firm. Zamienniki tonerów do drukarek pozwalają oszczędzić, ale nie gwarantują dobrej jakości i długowieczności produktu. A zamienniki standardowego jedzenia... cóż, jakieś składniki czy proporcje zawsze odróżniają je od oryginału, więc nigdy nie będą smakować tak samo. Pewnie istnieją osoby, którym bardziej smakuje taki zbożowy batonik niż czekoladowy standard, ale Marshell wątpił, by dotyczyło to większości kubków smakowych. 
Ważniejsze jednak od zdrowego życia był dla niego drugi temat, który powoli rozwijał się, dość nieśmiało i ostrożnie, ale zaczynał zmierzać w rewiry przeszłości - tych chwil, które spędzili już z daleka od siebie. Evie mówiła o swoim życiu, było więc prawdopodobne, że zdradzi szczegóły, które tak bardzo ją zmieniły... a nawet jeśli nie, to Marshell i tak bardzo liczył, że dowie się czegokolwiek o tym przegapionym czasie. Chciał poznać Evie od nowa i ciekawiło go wszystko.
Prawdopodobnie gdyby Evelyn nie zapytała sama, dlaczego Marshell tak nagle wtedy zamilknął, on sam nie poruszyłby dzisiaj tego tematu. Nie wpadłoby mu to do głowy, bo znając swoje motywacje - wstydliwe zresztą bardzo z perspektywy czasu! - nie widział w tym niczego tajemniczego. Być może popisem egoizmu było z jego strony to, że nie wpadł na wyjaśnienie dziewczynie tamtych wydarzeń, nie miał prawa oczekiwać od niej przecież, że domyśli się, jak trudny i buntowniczy wówczas okres przeżywał jako nastoletni chłopak... choć chciał wyjaśnić, a głębokie poczucie winy ciążyło mu, gdy patrzył na uroczą twarz dziewczyny, pewnie by się z tym nie kwapił. To było ich pierwsze spotkanie, niemalże zapoznawcze po tak długim czasie, więc jego planem z początku było poruszanie tylko bezpiecznych, płytkich nieco tematów, żeby te pogaduszki nie zniechęciły Evelyn do niego. Zwłaszcza ta płochliwa, szalenie delikatna jej wersja, która właśnie z nim rozmawiała, mogła łatwo zrazić się, gdyby zrobiło się nieprzyjemnie. Lecz skoro sama poruszyła ten temat, najwidoczniej była zdecydowana o rozmówieniu się właśnie dzisiaj. Ta myśl zresztą szarpnęła go jeszcze silniejszym poczuciem winy. Jak bardzo musiało jej to ciążyć...
Pierwszą reakcją na pytanie dziewczyny było głębokie westchnienie, będące wyrazem zakłopotania i poczucia winy, które zalały Marshella przytłaczającą falą. To złośliwe sumienie wracało do niego jak bumerang za każdym razem, gdy wspominał stare czasy, a w jego głowie pojawiał się obraz uroczo uśmiechniętej, nastoletniej Evie. Zerwanie z nią znajomości odczuł najdotkliwiej, ale była ona twarzą całej grupy osób, o których Marshell swego czasu zapomniał, zrywając znajomość niespodziewanie. Dziś żałował i tęsknił do wielu z nich - było jednak za późno na uratowanie tych relacji. Zerwały się bezpowrotnie i tylko łut szczęścia, porównywalny do dzisiejszego spotkania z Evelyn, mógł je wskrzesić.
- Nie zrobiłaś nic złego... to ja zawiniłem. Ja i tylko ja - odparł, nie żałując stanowczości w swym głosie, by wybić dziewczynie z głowy wszelkie głupie myśli, które mogły podsuwać jej obawy, że straciła przyjaciela ze swojej winy - były niesłuszne i powinny zniknąć raz na zawsze! Rozwianie obaw i wątpliwości dziewczyny wiązało się z jego bardzo nieprzyjemnym zetknięciem z demonami przeszłości, lecz wiedział doskonale, że sam te demony wyhodował i prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym przyjdzie mu się z nimi zmierzyć. Ten dzień właśnie nadszedł. - Tamten okres był dla mnie trudny i dawałem w kość chyba każdemu, komu się da. Wpadłem w okropny okres buntu przeciwko rodzicom i temu ich rządzeniu każdym aspektem mojego życia, a od tego już o krok od wejścia w nieodpowiednie towarzystwo. No i niestety w nie wpadłem. Najpierw w grupę kolegów, z którym zaczęliśmy tworzyć muzykę... takie rockowe, garażowe granie. Zacząłem uciekać w to, żeby odciąć się od muzyki klasycznej i pianina. Od tego zaczęły się imprezy, wagary i mnóstwo innych głupot, które wówczas robiłem. Byłem tak zajęty tymi łobuzerskimi wygłupami, że zaniedbałem mnóstwo osób... nie tylko ciebie. Chciałem zadzwonić, ale nie wtedy, kiedy matka przekazała mi, żeby się z tobą skontaktować. Szczeniackie robienie na przekór, nawet gdyby miało być na moją szkodę... wstyd mówić. A później po prostu wszedłem tak głęboko w to toksyczne środowisko, że już nie myślałem o starych przyjaciołach. Przepraszam. Tamten czas najchętniej wyrzuciłbym z głowy na zawsze. Cholernie mi za niego wstyd. Gdyby się dało, cofnąłbym czas...
Nie wnikał w głupstwa, które popełniał ani nie zdradzał z nazwiska osób, z którymi wtedy trzymał. Nie dlatego, że była to wielka tajemnica - było mu zwyczajnie wstyd.


@Evelyn Hill
#52 ( 5 godzin(y) temu)
Tell me, how am I supposed to move on?

Dobrze, że tego kretyńskiego pomysłu nie zamierzał realizować. Chociaż zadawanie pytań wprost to nic złego, bywały momenty, kiedy są naprawdę potrzebne, ale były osoby, z którymi trzeba było się obchodzić ciut delikatniej. Niestety, Evelyn nie była na ten moment gotowa żeby zrelacjonować przebieg swojej przemiany w nieśmiałą dziewczynę. Zwłaszcza, że proces ten zaczął się w momencie, kiedy doszło do sytuacji, w której udział miała typowo kobieca sprawa. Nie widziało jej się opowiadać o tym Marshellowi, a przynajmniej nie w tej chwili, gdzie widziała go pierwszy raz od dawna. Potrzebowała na to czasu, gdyż to wspomnienie było dla niej naprawdę wstydliwe. Do dziś potrafiło przypominać o sobie i nadal nie potrafiła sobie wybaczyć, że nie była wówczas ostrożna. Jaki to był wstyd! Mimo wszystko miesiączka była czymś zupełnie normalnym, stanowiła nieodłączną część funkcjonowania kobiecego ciała i nie powinien to być powód do wstydu, lecz rozmawianie o niej z mężczyzną mogło być krępujące. I dla Evelyn tak owszem było. 
Marshell miał szczęście, że napotkał Evie teraz, a nie dobrych parę miesięcy wcześniej, kiedy to dopiero zdecydowała się odciąć od toksycznej matki, wyprowadzić się do ojca. i zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Wtedy mogłoby zdecydowanie trudniej mu przychodzić rozmawianie z dziewczyną, kto wie, czy by wtedy tym razem naprawdę uciekła. Nie dość, że jej osobiste lęki były nasilone to jeszcze w tamtym momencie wciąż była przejęta przeprowadzką. Evelyn nie powinna mieć absolutnie żadnych wyrzutów sumienia, że to zrobiła. W końcu chodziło tu o jej dobro, o które przecież miała prawo zawalczyć. Niestety takowe się u niej pojawiły, tak samo jak myśli, czy nie lepiej byłoby, żeby do mamy jednak wróciła. Nie dawała spokoju jej i jej ojcu przez długi czas. Próbowała kolejnych swoich manipulatorskich sztuczek, które miałyby sprawić, że córka wróci do niej. Ostatecznie się poddała, gdy jej numer telefonu został zablokowany przez obydwóch, choć z czasem dziewczyna zdecydowała się odblokować go z powrotem. Z głupią nadzieją, że może przyjdzie moment, kiedy mama przeprosi ją za wszystko co zrobiła, że w końcu zrozumie, że to nie wszyscy wokół niej są potworami i chcą dla niej wszystkiego co najgorsze, tylko to ona swoim zachowaniem zniechęca ludzi. Ludzi, których tak łatwo przychodziło jej krzywdzić...
 - Dużo rzeczy, których może zabrać nam zdrowie lub życie, może wydarzyć w każdej chwili. Nie warto dobrowolnie się ograniczać się do maksimum możliwości - podsumowała z pewniejszym tonem w głosie, widząc że jej obawy były błędne (jak zwykle zresztą) i wcale nie uznał ją za głupią. Znowu nie spełniły się najgorsze i najczarniejsze scenariusze, wytworzone w jej umyśle, a mimo to nadal taki sposób myślenia wygrywał u niej nad zdrowym rozsądkiem. Nawet w błahych rzeczach. Jej ojciec miałby sporo do opowiedzenia w tej sprawie. Córka mieszkała u niego od dobrych paru miesięcy, a nadal potrafiła zaskoczyć go swoim przewrażliwieniem i tłumaczeniami. Niestety większość nie wprawiała w rozbawiony nastrój, tylko dawała mu do zrozumienia jak jego była żona naprawdę źle wpłynęła na ich córkę. Zarazem cieszył się, że w porę zareagował. Wolałby się nie przekonywać co by stało się z Evelyn, gdyby mieszkała z nią kolejne lata. Zwłaszcza o możliwości, w której jego córce na wytrzymywanie tego wszystkiego ostatecznie zabrakłoby sił. 
Nawet jeśli poruszony przez dziewczynę temat nie należał do przyjemnych, lepiej że stało się to teraz niżeli później. Odciąganie to w przyszłość, kontynuując odnawianie znajomości, mogło mieć gorsze skutki. Kto wie, czy Evelyn nie zaczęłaby przy spotykaniu się z Marshellem dopowiadać sobie wiele i wytworzyłaby w swoim umyślę taką teorię, w której udałoby się przypisać w niej tylko i wyłącznie swoją winę i trudno byłoby ją od tego odciągnąć. Mogłaby nabawić się o wiele większych (i przede wszystkim - niepotrzebnych) wyrzutów sumienia, co mogłoby ją skłonić do zaniechania znajomości z nim. Dlatego też dobrze, że zebrała się ostatecznie na odwagę, by uświadomić go, że ta niewyjaśniona sytuacja nadal ją męczyła i chciałaby wiedzieć dlaczego do niej doszło
Stanowczy głos Marshella przedarł się przez zagubiony umysł studentki, był niczym jak grom z jasnego nieba, który zniwelował wszystkie gdybania, wskazujące ją jako winowajcę tego wszystkiego. Zrealizował swój cel. Choć Evelyn nie czuła się z tego powodu o wiele lepiej. Nie dlatego że nadal miała swoje "ale" i próbowała wmówić sobie, że jest inaczej, lecz źle jej było, gdy słuchała jego słów. Pamiętała jacy rodzice Marshella byli, że wywierali na nim presję, zmuszali i oczekiwali, że to czego chcieli to zrobi, że poprowadzi swoje życie tak jak oni  tego chcą. Rozumiała go w tym aspekcie i to bardzo dobrze. Sama mierzyła się z podobnym problemem - jej matka działała wręcz tak samo.
Uniosła lekko swoją głowę, ale nadal nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy, zamiast tego błądziła wzrokiem po powierzchni stołu. Wiedziała, że oczekuje na jej reakcję, ale nie potrafiła momentalnie zebrać wszystkiego do kupy i wypowiedzieć swoje zdanie. Potrafiła przed sobą przyznać się, że owszem, naprawdę rozumiała dlaczego wpadł w bunt i skąd wynikały jego decyzje w tym okresie, jednak było jej po ludzku przykro. Że w tym wszystkim zabrakło miejsca dla niej. Może i jako nastolatka nie potrafiłaby wygłosić konstruktywnych zdań, nie sypnęłaby mądrymi spostrzeżeniami, ale okazałaby mu wsparcie. Na swój nastoletni sposób, ale jednak. 
- Rozumiem... - odezwała się niepewnie. Nadal nie potrafiła w pełni odnaleźć dobrych słów, które mogłaby mu przekazać. Najłatwiej byłoby zwyczajnie powiedzieć jak ona się wówczas czuła, ale obawiała się, że może nimi go tylko bardziej zranić, więc przeciągała to w czasie. - Niestety pamiętam jacy twoi rodzicie byli... i pewnie dalej są... rozumiem twoje postępowanie... ale... - mówiła dalej, wyraźnie pauzując między kolejno to wypowiadanymi zdaniami. Nadal nie ośmieliła się spojrzeć nawet na samą jego twarz. - Naprawdę zastanawiałam się czy to może ja coś źle zrobiłam, że zdecydowałeś się do mnie już więcej nie odzywać... Że poszłam o jeden złośliwy komentarz za daleko, że zachowuje się zbyt gówniarsko, że masz mnie tak naprawdę dość i to że się wyprowadziłam rozwiązało tylko problem...  czułam się porzucona... - przyznała z trudem, ponownie spuszczając głowę w dół. - A mogłam wysłać kolejnego smsa. Lub zadzwonić... A też tego nie zrobiłam, tylko umiałam gdybać dlaczego tego dotychczas nie zrobiłeś...  - a jednak udało jej się wygrzebać możliwość wzięcia winy również i na siebie, mimo że Marshell zapewniał ją, że jej nie ponosi. A tu znowu zaczęła tak myśleć, myśleć "po swojemu". Że mogła faktycznie ponowić próbę kontaktu. Mogła wysłać kolejnego smsa, zadzwonić do niego, może by odebrał, może by w okresie tego buntu kazałby jej spadać albo wyraźnie by podkreślił, że nie chce z nią już się zadawać i ma o nim zapomnieć. Jakkolwiek by ją w tym uzmysłowił, przynajmniej Evelyn wiedziałaby na czym stoi i nie byłaby skazana na rozmyślanie i zastanawianie się nad tym wszystkim jak to miało miejsce. Nie musiała obwiniać się, że nie wykonała tego cholernego telefonu sama. Miała w końcu swoje zmartwienia na głowie. Rozłam rodziny nie przechodzi się od tak, zwłaszcza że nikt nawet się nie silił na to by z nią o tym porozmawiać i zapewnić jej odpowiednią opiekę. Była skazana na radzenie sobie z tym w samotności. Mogła zwyczajnie nie mieć głowy, by próbować na własną rękę utrzymać kontakt z Marshellem. 

@Marshell Warren





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości