welcome to
Yellowlair Oats



#1 (04.01.2018, 22:55 )
Kobieta - żona, przyjaciółka, kochanka, matka i sportowiec w 1!

20.03.2013

Elena właśnie wróciła do domu po pierwszym spotkaniu Jamesa w swoim życiu... Nie sądziła, że wychidząc tego dnia na spacer przyjdzie jej poznać chłopaka, którego od dawna oglądała na ekranie telewizora i co tu dużo mówić, wzdychała do niego. Była nawet na paru koncertach W.A.S.P. i jeszcze więszą sympatią zapałała do nieziemsko wyglądającego wokalisty. Nigdy nie myślała, że będzie mogła go poznać osobiście, a tu jednak się tak stało i to jeszcze w jego mieszkaniu. Dosłownie ją zamurowało przy pierwszych minutach kontaktu, bo była wniebowzięta, czego starała się nie okazywać, ale niestety jej się to nie udało. Nie przemyślała jednego żartu i wyszło ciut niezręcznie, za co pluła sobie w brodę, bo była pewna, że za jego treść chłopak ją znienawidził. Ale jeszcze pomijając kwestię tego drobnego nietaktu był poważny zgrzyt, a mianowicie Michelle. Okazało się, że ten niesamowity człowiek miał partnerkę, z którą najwidoczniej dobrze mu się żyło, bo gdy weszła do mieszkania razem z jego bliźniakiem, on zabawiał się w łazience z ową dziewczyną... To było dla niej dość bolesne, w tym momencie szczególnie, bo okazało się, że nie ma szans u chłopaka, który sprawił, że w jej brzuchu wzruszyło się do lotu całkiem pokaźne stadko motyli. To było coś takiego, jakby ktoś przełączył w jej ciele jakiś włącznik, jakby coś się uruchomiło i trwało nadal, tylko teraz z poczuciem przegranej. Nie walczyła, bo potraktował ją na końcu spotkania dość oschle, wyraźnie okazał, że ma ją za śmieszną albo żenującą? Przynajmniej ona tak to odebrała, ale w gruncie rzeczy możliwe, że przesadzała. Bo to był on, James. Nie była jednak psychofanką, rozumiała, że on też ma prawo mieć swoje życie i zwyczajnie nie oglądać się na nikogo w realizacji swoich zamierzeń. Bo i na kogo miałby patrzeć? Na stadko zakochanych w nim fanek? Każdy artysta miał takie grono wielbicielek lub też wielbicieli, tak przynajmniej Elena sądziła, ale czy z tego powodu miał nie układać sobie życia? Oczywiście, że to byłoby paranoją nie z tej ziemi, więc nikt nie chciał tak postępować. Ale... jednak ją to zabolało. Spóźniła się? Może mogła wcześniej jakoś zainicjować kontakt? Może to tylko tak jej się wydaje, że jej nie polubił? Nie, Elena, nie oszukuj się, to nie może być prawda. Nie rób sobie nadziei... nikt nie jest z kimś dla samego bycia, on musi ją kochać, a skoro tak... To nie można się w to wtrącać, po prostu nie i tyle!
Nawet jeśli była przekonana, że woklaista to właśnie ten jeden jedyny... Kiedyś była bardzo kochliwa, szukała swojego ideału, więc to nie było tak, że nie miała pojęcia o różnych typach facetów. Nie miała na koncie wielu związków, w zasadzie trzy jakieś trwające dłużej niż tydzień czy miesiąc, ale przez taki czas zdążyła się już zorientować, jak mniej więcej mogą podchodzić meżczyźni do życia, kobiet, wspólnie spędzanego czasu... Tak, to już mniej więcej wiedziała. Ekspertem nie była, ale całkiem zielona też nie. A James... inteligentny, odważny, śmiały, PRZYSTOJNY... Tak, to zdążyła wybadać już na początku. I to ją strasznie kręciło, a ona się obawiała, że nie ma nawet najmniejszych szans na bycie blisko, może jako przyjaciółka, jakoś się z nim widywać... cokolwiek... Ale widziała, że chyba Charles był nią zainteresowany... W gruncie rzeczy byli nawet podobni, może i z charakteru by byli, w końcu bliźniacy... Nie znała wielu bliźniąt, nie wiedziała, jak wygladają różne rozbieżności, ale skoro nie mogła mieć tego, na którego punkcie zwariowała dzisiejszego dnia... Zresztą gdyby się okazało, że jednak jest podobny, a James i tak nie wyparowałby jej z głowy, to miałaby namiastkę tego jedynego i mogłby być blisko! Gorzej, że między nimi nie było najlepiej, więc nie do końca byłoby to takie pewne. W każdym razie nie chciała niczego przesądzać, na nic się nie nastawiała i jeśli rzeczywiście blondyn z dredami by się nią na poważnie interesował i do tego posiadałby charakter bliski wokaliście... Co miała do stracenia? Najwyżej by im nie wyszło. Gorzej, gdyby miała szansę na związek z Jamesem i to spieprzyła... tego by sobie nie wybaczyła do końca życia. Już okropnie przeżywała to faux pass, czując paskudny ucisk w żołądku i napięcie w nogach, a co dopiero takie błędy, które skreśliłyby ją na zawsze w oczach bruneta? O nie, to by ją zabiło... On był taki idealny, tak cudowny i zniewalający... Co ona by dała, by móc być taką Michelle!
Rozgrywała teraz w głowie różne inne scenariusze tego spotkania, że chłopak daje jej jakieś sygnały, że jest w jego typie, że może też poczuł to samo, fantazjowała niemalże widząc go przed sobą, ale były to tylko marzenia dziewczyny, która była niegodna tego wyjątkowego człowieka. Była tylko szarą myszką, jakich wiele, o przeciętnym typie urody, z zapewne nieciekawym zajęciem dla takich ludzi jak on, z wiejskim pochodzeniem i stylem ubioru, który ani trochę nie wpisywał się w jego gust. To była porażka na całej linii i nagle zapragnęła zmienić to, co mogła - ciuchy. Żal jej było ulubionych elementów - kowbojek, kapelusza... ale to musiało razić. Że ona tego nie zauważała wcześniej! To było takie żałosne... Jeszcze była bez makijażu, przy Jamesie i Michelle musiała wyglądać jak prosta dziołcha ze wsi, której jeszcze z butów słoma wystaje... Miała ochotę zapaść się pod ziemię, ale teraz już nic nie mogła zrobić. Tylko wciąż to analizować, nie mogąc przestać o tym myśleć, drążąc temat, planując zakupy i wiele innych rzeczy, które mogłaby robić lepiej, chociażby inaczej się wysławiać, choć z tym nie było wcale źle, tylko jej pokręcona psychika, w tym momencie w akcie paniki, doszukiwała się w niej samych minusów i spraw do natychmiastowego poprawienia. Jaka ona była beznadziejna!
#2 (08.01.2018, 15:18 )
Kobieta - żona, przyjaciółka, kochanka, matka i sportowiec w 1!

4.11.2013
Elena, oddalając się szybko, niemal biegiem od Jamesa, poczekała aż zniknie mu z pola widzenia i wtedy puściły jej całkowicie emocje. Miała ochotę krzyczeć z niemocy, z tego cholernego poczucia niesprawiedliwości i nie mogła powstrzymać dławiącego ją płaczu.Nie mogła dobrze nabrać powietrza do płuc, łapała jego hausty, nie mogąc się uspokoić i jak po omacku trafiła do niewielkiego parku, gdzie znajdowało się kilka ławeczek. Na jednej z nich usiadła i tam próowała doprowadzić się do porządku, ale marnie jej to wychodziło. Niszczyło ją od środka tak miażdżące uczucie bezradności, beznadziei i zwyczajnej przegranej, że nie umiała nawet pozbierać myśli do kupy. Nienawidziła Michelle, nienawidziła Charlesa, nienawidziła całego tego świata i nawet stwierdziła w tych silnych emocjach, że nienawidzi też Jamesa. Nienawidziła go za to, że jest tak cudowny, że w tym wszystkim to właśnie jego musiała pokochać i za to, że nigdy nie będzie mogła z nim być. To było tak cholernie niesprawiedliwe! Wszystko w niej zdawało się w tej chwili dusić z żałości, od środka ściskało ją coś, nad czym nie dało się zapanować i odbierało jej zdolność normalnego oddychania. Łzy ciekły po jej policzkach zupełnie poza kontrolą, wielkimi kroplami, zasłaniając jej pole widzenia, a głowa zaczynała boleć od nadmiaru myśli i napięcia. Toczyła ze sobą w tej chwili wielką wojnę, by się nie cofnąć i złapać Jamesa. W tym momencie zdawało się być wszystko jedno - to, czy ją wyśmieje, czy go to zszokuje, wystraszy, załamie, nieważne. Miała ochotę go dopaść i wszystko mu wygarnąć, od tego, jak ją traktował na początku, przez bawienie się nią jak zabawką, kiedy było mu to wygodne, aż po chwilę obecną, kiedy postanowił po powrocie z koncertów po prostu z powrotem zająć żoną, a ją miał głęboko w nosie i przez ten cały czas nawet się nie zastanowił, że może dla niej to nie jest zabawa jak z przygodną fanką. Bo tak się czuła. Fanki były, ale nigdy się nie wiedziało, czy jakaś nie ma jakiegoś syfa i nie przeniesie go na faceta, prawda? Ale Elena to inny temat! Była pod ręką, na pewno zdrowa, bo przecież sprawdził ją Charles i lgnęła do niego jak ćma do światła, więc czemu miał nie korzystać, czyż nie? A żeby była zawsze chętna, to trzeba było jakoś ją do siebie przekonać, przywiązać ją do siebie, zbajerować, tak? Tak to teraz dla niej wyglądało i było najbardziej logicznym wytłumczeniem tego jego zainteresowania jej osobą. Bo niby dlaczego miałoby być inaczej? Jaki miałby inny powód, by brać ją do łóżka, a potem wrócić bez słowa wyjaśnień do żony? No nie było innego! Była dla niego tylko zabawką, z którą miło było spędzić czas i jednocześnie nie przypominała wielkiego glonojada koloru pomarańczy albo spieczonego mięcha. Tak, to mu musiało bardzo pasować. Szkoda, że dla Eli to znaczyło o wiele więcej, niż mógłby przypuszczać. Ona go kochała i miała wielką nadzieję na jakąś zmianę, przełom, nawet zaczęła w pewnym momencie myśleć, że naprawdę mu się podoba, że może on też coś do niej czuje, bo z takim zainteresowaniem się nią, możnaby rzecz, opiekował podczas tego całego koszmaru. A to była tylko gra, w którą ona znów dała się mu wciągnąć, tym razem nie w roli popychadła, z którego można sobie stroić niezłe żarty, tylko robiła za zabawkę do łóżka... Ta myśl ją tak silnie zabolała, że ukryła twarz w dłoniach, zasłoniła nimi usta i zaniosła się takim płaczem, jakiego nie pamiętała w swoim życiu. Czuła, że straciła sens swojego życia, który zyskała przez te parę miesięcy i wszystko runęło w gruzach, a teraz nosiła pod sercem dziecko Jamesa, czego była pewna bardziej niż tego, że trawa nigdy nie zmieni koloru na niebieski, i nie mogła mu tego powiedzieć, bo tylko by go rozbawiła. Nie mogła powiedzieć, bo wtedy dowiedziałby się też Charles i zostałaby samotną matką wychowującą dziecko. Nie chciała być sama. Tak cholernie w tym wszystkim czuła się samotna! Nic nie miało sensu poza tym maleństwem, które miało wnieść w jej życie choć mały pierwiastek tego, którego kochała, a którego nigdy nie będzie miała. To wszystko to było dla niej zbyt wiele. Przez cały ten czas jeszcze się łudziła, że może się myli w swoich osądach, że to musi być coś więcej, jednak teraz była pewna, że tylko coś sobie wmawiała. James zapewniał ją jeszcze niedawno, że może na niego liczyć, ale... ona od razu pomyślała, że to kolejny sposób na ewentualne zatrzymanie jej przy sobie, bo gdzie on znajdzie drugiego takiego jelenia, który będzie zadbany i zdrowy, a jednocześnie nie oczekując wyraźnie niczego w zamian, skoczy z nim do łóżka gdy tylko tego będzie chciał? No żaden, bo tylko ona była tak w niego zapatrzona! Jaka ona była głupia... To była prawda, co słyszała z jego ust na swój temat. Była tylko głupią dziołchą ze wsi, która ma siano zamiast mózgu i należało się z tym w końcu pogodzić. Może najlepiej by było, gdyby wróciła do Bone i znalazła tam równie głupiego męża, który może idiota, ale będzie ją szczerze kochał? Ona go nie pokocha, ale przynajmniej będzie szczęśliwa, że nie jest sama... Tylko kto zechce taką życiową porażkę z dzieckiem? Chyba tylko idiota bez perspektyw... No cóż, nie nadawała się do niczego innego, niż do przerzucania gnoju, trzeba się z tym pogodzić, Elena...
Jak ona mogła pomyśleć, że ktoś taki jak on jest nią szczerze zainteresowany i może coś do niej czuje... Nienawidziła się za taką naiwność. Te wszystkie hasła mające sprawić, że człowiek uwierzy w siebie, w swoje możliwości, w szansę na osiągnięcie wszystkiego - to była jedna wielka bujda. Nie każdy miał zapisane szczęście i sukces. Żyły takie koszmary jak ona, wyłamujące się spoza wszelkich definicji i ram, a takie nie mają prawa osiągać tego, czego pragną. Właśnie to zrozumiała i uznała, że jedyną obroną przed kolejnym uczuciem beznadziei, straty i bólu jest obojętność. I w tym momencie stało się z nią coś, czego się nie spodziewała. Ta świadomość, to zrozumienie swojego położenia sprawiły, że przestała płakać. Otarła łzy, w jednej chwili przestała się dławić płaczem. Przynajmniej na zewnątrz. Wewnątrz czuła się tak, jakby utraciła całą energię życiową, jak wrak, który jest tak kruchy, iż wystarczy jeden lekki podmuch, by wszystko się zawaliło. Po chwili nawet jej oddech zaczął wracać do normy, choć wewnątrz wciąż miała ochotę krzyczeć z bólu. Miała beznamiętny wyraz twarzy, smutne oczy pozbawione typowego dla siebie blasku, a cała twarz nie wyrażała dosłownie niczego. Skoro tak bardzo James grał na jej uczuciach, to teraz nie zobaczy już żadnych. Takie miała postanowienie, w tym przypływie bólu i lęku, że to znowu wróci. Miała dość, choć nie było wcale pewne, że wytrwa w tym, co właśnie sobie obiecała, bo hormony nieraz już doprowadziły do tego, że zachowywała się dla siebie nietypowo, ale jeśli tylko będzie w stanie było pewne jedno - nie pokaże po sobie kolejny raz, że coś związane z tym chłopakiem ją boli. Nie zamierzała być zabawką kolejny raz na czas, kiedy nie ma w pobliżu Michelle.
Wstała z ławki i z takim wyrazem twarzy ruszyła po tych kilka rzeczy, które miała przynieść do domu ze sklepu.
#3 (17.01.2018, 10:41 )
Kobieta - żona, przyjaciółka, kochanka, matka i sportowiec w 1!

PIERWSZY DZIEŃ W SZPITALU
Leżała na łóżku szpitalnym, patrzyła w sufit i chciało jej się wyć. Dosłownie. Cieszyła się tylko, że na ten moment nie ma na to siły i może nie robić przedstawienia, na wypadek gdyby wpadła tutaj pielęgniarka lub lekarz, by skontrolować stan ich dwójki. Nie wiedziała jak to się udało, że była na jednej sali z Jamesem, ale to był powód w pewnym sensie do radości, bo mogła sama kontrolować jego stan i w razie niekompetencji personelu wezwać pomoc, gdyby była ona potrzebna. Ale jego stan zdrowia... to ją doprowadziło do stanu rozpaczy. Zdała sobie bowiem sprawę, że jego zachowanie wcale nie było przypadkowe, tylko w stu procentach przemyślane, zaplanowane... Już od dawna wiedziała, że to miłość jej życia i bez niego nie będzie w stanie funkcjonować. Ona potrzebowała choć tej świadomości, że żyje i jest szczęśliwy, bo tak jej się zdawało, że jest. W każdym razie nie dawał jej powodu do myślenia, że jest inaczej, a ona nie śmiała doszukiwać się oznak zmęczenia psychicznego czy może poirytowania. Był idealny, niezależnie od wszystkiego i jedyne, czego pragnęła, to spędzić z nim trochę czasu, wycisnąć z tego choć tą odrobinkę bliskości, ile mogła, bo nie mogła liczyć na nic więcej. Była zakochaną w nim idiotką, na którą on nie zwracał uwagi i chyba tylko dlatego trzymał z nią kontakt, bo to widział i było mu jej żal. Bo z jakiego innego powodu by to robił? Dzwonił od czasu do czasu albo pisał, by zapytać, czy wszystko w porządku? Ach, tak, żeby pilnować brata. Bliźniaków łączyło coś niezwykłego, więc najwyraźniej wokalista postanowił nadal pilnować tego życiowego nieudacznika, by się sam nie stoczył na dno i nie zniszczył sobie życia, ale żeby nie mógł się wkurzać, że James mu nie ufa  łatwiej było mieć kontakt z nią... Bo ona nie mówiła Charlesowi nic, nawet nie miał pojęcia, że czasem widują się na spacerze albo rozmawiają przez telefon... Gdy tylko kończyła rozmowę usuwała historię połączeń, by uprzedzić ewentualne zapędy gitarzysty do przeglądania jej telefonu i nie dać mu powodów do podejrzeń. To było jak błędne koło, bo nic to nie zmieniało, ona tylko bardziej się dobijała, miała nadzieję, że może kiedyś coś w niej James zauważy, dojrzy jej miłość... Sama nie wiedziała. I zaczęła się odchudzać. Niby nic nie wskazywało, by to się jej ukochanemu podobało, ale to dlatego, że to był cały czas trwający proces bez efektu końcowego, więc jak mogłaby mu się podobać przed planowanych efektem? No właśnie, nie miała prawa. Aż w końcu jej się udało, już była blisko... Wyglądała jak te wszystkie ponętne modelki, ale brakowało jej mięśni, więc niedawno zaczęła ćwiczyć, na równi z morderczą dietą i środkami przeczyszczającymi. Nawet na początku próbowała unikać proszków, zwracając jedzenie, ale problem polegał na tym, że taki sposób ograniczania pokarmu niszczyła zęby, zapach był paskudny, a do tego odruch wymiotny był dla niej czymś nie do przeskoczenia. Gdy to robiła przy bólu brzucha, nie miała z tym kłopotu, bo chciała się pozbyć mdłości i bólu, motywacja była zupełnie inna, ale gdy zwracała coś, co jej organizm usilnie chciał zatrzymać, na przekór jej chęciom... Nic innego jej nie pozostało, jak sięgnąć po te cholerne proszki. Wysiłek fizyczny był dla niej w tym momencie barierą nie do przeskoczenia i o ile kiedyś mogła zasuwać po parku nawet godzinę i czuła się dobrze, to teraz dziesięć minut nawet nie truchtu, a żwawego marszu, przerastało jej możliwości. Padała tak bardzo, że gdy wracała do domu, to niemalże na czworaka docierała do łazienki, myła się i kładła spać, nie będąc w stanie nawet utrzymywać się na nogach o własnych siłach. Ale to miało się zmienić, przecież tylko się zastała przez okres ciąży! To było takie nic! 
Tymczasem podczas jednego ze spacerów, na jakie na razie zamieniła mordercze marsze, znalazła człowieka... dzięki psu, to prawda, ale pies, nie mogąc się inaczej przysłużyć, ściągnął ją do samobójcy, a ona wezwała pogotowie. Widok krwi ją przytłoczył tak bardzo, że na pograniczu omdlenia czekała na wezwanych lekarzy i gdy ją zobaczyli, niemalże tak samo bladą jak samobójcę, również ją zabrali. Tam wypadł chłopakowi portfel i gdy zobaczyła dowód... Przeżyła tak ogromny szok i przerażenie, że straciła kontakt z rzeczywistością. Nagle przez jej głowę przeleciał ostatni album W.A.S.P., którego słuchała niedawno i nie umiała dobrze go zrozumieć. Nie chciała wierzyć, że to może mieć związek z wokalistą, bo on przecież nie cierpiał, prawda? Zauważyłaby coś! Analizowała słowa nie raz i nie dwa, próbując przykleić do nich zachowania chłopaka, jakie zarejestrowała, ale nigdy przy niej nie był smutny. Zawsze wyglądał na zadowolonego. Ale to nie mogła być prawda, skoro teraz targnął się na swoje życie, bo to nie był człowiek, który bez powodu robi coś takiego. Nie ktoś tak silny, niezależny, pewny siebie i idący przez życie niemalże niczym taran. Coś musiało się stać, a ona musiała się dowiedzieć, co... Choć w głębi duszy bardzo chciała, by pierwsza myśl, która jej przyszła do głowy, była prawdą. Że to ma związek z nią, że to bez niej nie może żyć. To byłoby jednak zbyt piękne, dlatego to odrzucała. Bo gdyby tak było, to przecież już by wiedziała! Co by go powstrzymywało? Brat? Nie wierzyła w to. To by było zbyt absurdalne, by mogło być powodem. Brat, któremu on niejednokrotnie podbierał dziewczyny? Dlaczego akurat z nią miałby nie uczynić tego samego, gdyby naprawdę tak bardzo ją kochał? To było bardzo pogmatwane i gdy już raz przyszło jej do głowy, że to może jednak chodzi o nią, natychmiast w jej głowie pojawiała się myśl, że to nie może być to, co sama wydedukowała, bo są inne argumenty, które skreślają taką możliwość. A może nie?
Jej głowa po ocknięciu się na szpitalnym łóżku wyprawiała dzikie cuda, bo nagle zaatakowała ją lawina myśli, w której jedna myśl goniła drugą, a jednocześnie zaczęła wkurzać kobiety na sali, w której na początku leżała, nieustannym wciskaniem przycisku, który miał przywołać pielęgniarkę. Za każdym razem gdy w końcu jakaś siksa w uniformie postanowiła przytaszczyć swój zad do sali Elena zasypywała toną pytań o stan zdrowia Jamesa i dostawała prawie ataku szału, gdy słuchała odmowy o tej samej treści "nie podajemy żadnej informacji osobom spoza rodziny, nawet jeśli uratowały ona temu komuż życie. Proszę się uspokoić, bo podam pani leki na uspokojenie". Wytrącało ją to z równowagi tak bardzo, że potrafiła ochrzanić od góry do dołu taką kobietę, kopać wychudłą nogą w bok łóżka szpitalnego albo bębnić kościstymi palcami o poręcz z taką siłą, że dudnienie było słyszalne na całej sali. Aż w końcu została tu przeniesiona dzięki zapewne bardzo sprawnemu działaniu Josta, bo nie sądziła, że Michelle sama cokolwiek by zdziałała, zresztą nie sądziła, że ta dziewczyna sama z siebie wsadziłaby na salę Jamesa jakąś dziewczynę i bardziej był to pomysł menago zespołu, który uznał to za świetny sposób na pilnowanie tego wariata, by nie zrobił sobie drugi raz krzywdy. 
A teraz... leżała tuż obok niego, mogła wyciągnąć rękę i sięgnęłaby jego skaleczonego ramienia... Mogłaby go dotknąć, tyle że się bała to zrobić. A co jeśli by się obudził i ją zwyzywał... albo okazało się, że jej nienawidzi i tym razem powiedziałby jej to wprost? Albo gdyby go zabolało? Albo... miała mnóstwo obaw i powodów, by teraz płakać. Ale nie mogła. Wszystko więzło w jej wnętrzu i tam siało spustoszenie. Dziewczyna nie mogła wydusić emocji na wierzch, a one szalały w jej wnętrzu, ściskając boleśnie gardło i klatkę piersiową. Jedynie oczy i mina wskazywały na to, że szatynka okropnie cierpi, tyle że nikt nie znał powodu poza nią samą. Gdyby tylko wiedział, jak bardzo go kochała, ile by dała, by móc cofnąć czas i zapobiec tego wszystkiemu... Siedziałby teraz cały i zdrowy w ciepłym domu, a nie leżał na wpół żywy na szpitalnym łóżku. Nie wiedziała, jak miałaby tego dokonać, ale zrobiłaby wszystko, co wpadłoby jej do głowy, by to się nie wydarzyło. Oddałaby za niego bez wahania życie, a on leżał tu obok i nie mógł mieć o tym pojęcia, bo Elena uważała, że nie ma prawa mu o tym mówić. Zburzyłaby tym wszystko, łącznie ze swoim życiem, którego trzymała się wciąż dla niego, bo a nuż potrzebowałby jej pomocy? Wszystko robiła, by móc być przy nim... Wszystko...





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości